poniedziałek, 4 maja 2009

Sonic Youth "What We Know" about rock music?


Sonic Youth wracają. Czy oczekujemy od nich czegoś więcej niż zimnego głosu Lee Ronaldo (btw mój ulubiony wokal w SY), zawodzenia Kim Gordon, która pomimo swoich lat wygląda zajebiście i sprzężeń najbardziej wyluzowanego gitarzysty świata Thurston’a Moore’a?

W "What We Know" dostajemy to, do czego SY już nas przyzwyczaiło - zgrabnie napisany kawałek zapowiadający ich nowy LP „The Eternal”. Motyw basowy, znany z historii muzyki rockowej, wybija podkład pod mroźny tekst. Bossowskie wejście refrenu: „Oh, that we know, darkness makes the night more cold”. Moore w 2:10 rozpoczyna taniec na gryfie, pod który Ronaldo podkłada dźwięki gitary przypominające mroczne brzmienie syntezatora.

Drogie dzieciaki ery indie 2.0, zobaczcie jak można powtarzać te same patenty i nie być prymitywnie wtórnym. Niech żyją dinozaury.




http://www.myspace.com/sonicyouth

środa, 29 kwietnia 2009

Christopher Moore "Błazen" ("Fool"): A jak ambiwalencja, czyli dwoistość; w tym wypadku oceny.


Niedawno wpadło mi w ręce najnowsze dzieło Christophera Moore’a pod tytułem Błazen. Dla mniej zorientowanych: Christopher Moore jest obecnie chyba najbardziej popularnym w Ameryce pisarzem (popularny w Ameryce? – już samo takie zestawienie nie brzmi dobrze, pamiętacie Miss Teen USA 2007 i inne tego typu kwiatki? Jeśli nie, patrz YouTube). Mając za sobą lekturę innej książki tego autora, Najgłupszego anioła ( The Stupidest Angel: A Heartwarming Tale of Christmas Terror), który był bestsellerem we wspomnianym wcześniej kraju, po Błaźnie nie spodziewałem się wiele. Przed przeczytaniem przejrzałem jednak wydrukowane na obwolucie achy i ochy od kolejnych recenzentów, opatrzone takimi tytułami jak New York Times. Muszę stwierdzić jasno, że Najgłupszy anioł też miał był takie pamflety na obwolucie (używam czasu zaprzeszłego, bo własny egzemplarz tej książki wręczyłem koleżance przy okazji grupowych mikołajek i nie wiem, co zrobiła z obwolutą, bo książkę pewnie „przekazała dalej”).

Niewiele oczekując, oddałem się lekturze. Pokrótce o fabule: Moor’owska wariacja na temat Szekspira i jego tragedii Król Lear. Przed przystąpieniem do czytania warto zapoznać się z tym tytułem na Wikipedii; informacje tam podane są w zupełności wystarczające, by móc się cieszyć (?) lekturą Błazna. Głównym bohaterem jest Kieszonka, błazen króla Leara, którego cięty dowcip niejednokrotnie nastręcza mu śmiertelnych wrogów, jednak ten sam cięty dowcip i ogromne umiejętności polityczne, w połączeniu z nieczęstą w tamtym okresie zdolnością czytania i pisania, ratują jego mały błazeński tyłek, a nawet… nie, to byłby już spoiler. Dość na temat fabuły, bo to można znaleźć w książce.

Język, jakim napisana jest ta historia, wydaje się być typowy dla tego autora i opiera się na wulgarnej częstokroć dosłowności. Przez dialogi gęsto przewijają się słowa na „k” i nasuwa się mi pytanie: „Czy to „kurwa” jeszcze kogoś śmieszy?” (można również czytać bez cudzysłowu w środku, też będzie dobrze i nawet bardziej emocjonalnie). W całej książce nie brakuje sprośnych żartów i czytelnik odnosi wrażenie, że pan Moore napisał ją właśnie po to, żeby móc sobie dowoli bajać o chędożeniu, niekoniecznie ludzkich narządach rozrodczych i innych, tego typu miłych rzeczach, co (trzeba mu to oddać) czyni z fantazją godną regularnie masturbującego się prawiczka i nawet autorowi tej recenzji, przywykłemu do najbardziej sprośnego i obrzydliwego humoru, czasem uniósł się kącik ust przy wyjątkowo pomysłowych żartach (Minister Walenia Konia – całkiem błyskotliwe!). Wprawdzie podobnych rzeczy nie brakowało w Najgłupszym aniele, ale tutaj, zdaje się to być esencją utworu.

Muszę jeszcze podzielić się z Wami pewną refleksją odnośnie czytelników zza wielkiej wody, którzy masowo kupują takie badziewie. Otóż należy naród amerykański zrozumieć; oni w telewizji nie uświadczą nawet cienia brodawki sutkowej, a co dopiero konkretnego filmowego „momentu”. Biorąc pod uwagę fakt, że telewizja w istotny sposób kreuje nasz obraz świata, wysnuć można wniosek, że przeciętny Amerykanin to człowiek o mentalności wstydliwej pensjonarki, więc czytając te historyjki, co chwilę chichocze w kołdrę, bo jednak otwarcie śmiać się z takich rzeczy w pruderyjnej Ameryce nie wypada.

No i na koniec: od Błazna ciężko się oderwać!


wtorek, 28 kwietnia 2009

Depeche Mode "Sounds of the Universe" - zagubieni w kosmosie


Krążek zaczyna się jak jedna z płyt Roberta Wyatta. Zlepek dźwięków, które mają doprowadzić do zagłady wszechświata. Przy pierwszym odsłuchu pomyślałem,"nieźle", zaraz usłyszę najlepszy opener od czasu „World In My Eyes”. To jednak closer, a dokładnie „Higher Love” z SOFAD. Charakterystyczny głos Gahana, bardzo mocny, chropowaty, ale już nie ten sam, zapraszający nas na parkiet w house’owym blasku jak na początku lat 90. W 1:47 wchodzi efekt ‘wah-wah’, który prawdę powiedziawszy irytuje. Podbicie bitu w 2:29 nie zmienia nic w tym ‘w końcu trzeba to powiedzieć’ nudnym kawałku. Motyw na wysokości 3:37 pamięta jeszcze czasy „Some Great Reward”. Kawałek trwa prawie 7 minut. Zadziwiające jak na singlowy charakter zespołu.

Może po „In Chains” będzie lepiej? „Hole to Feed” to jeszcze odrzut z sesji solowej płytki Dave’a. Typowy dla wtórności jego debiutu. Czyli stukamy kopytem, aby w refrenie wypaść gdzieś w pobliżu "Hourglass". Gore znowu niepotrzebnie riffuje.

Wydawać by się mogło, że płyta idzie ścieżką wyznaczoną przez znakomity poprzedni album „Playing the Angel”. Nie tylko ze względu na Bena Hilliera, producenta płyty, ale także zachowanie kilku kojarzących się nim efektów dźwiękowych. Jednak pierwiastek scalający wszystko do kupy gdzieś zniknął.

Czas na pierwszy singiel z tej płyty. Z perspektywy czasu i materiału „Sounds of the Universe” stwierdzam, że to nie tylko jeden z najlepszych kawałków tego albumu, ale ta perełka to jedno z najlepszych dokonań DM. Chóralne „wrong” krzyczane między zwrotkami i totalnie rozhisteryzowany głos Gahana. Kiedy Gore dołącza do Dave'a w 2:06 „…till it sounded right, yeah” robi się naprawdę gorąco. Kawałek jest dla mnie tak bardzo związany z klipem, że byłem zdziwiony, kiedy w końcówce nie usłyszałem zgniatanej samochodowej blachy.

„Fragile Tension” pełni na płycię rolę „Precious” z poprzednika i radzi sobie znakomicie. Gahan wchodzi „there’s a fragile tension, that’s keeping us going” – tak, to moja drużyna! W tle słyszalna przesterowana, rozpływająca się gitara, która jest jakby wyjęta z mrocznych knajp u Lyncha. Chrypka w mostku – „coś mistycznego jest w twoich genach” – absolut. Może nie będzie tak źle. W końcu DM nareszcie są zespołem. Kiedyś Gahan szukał na swoim ciele kolejnych miejsc do wkucia, teraz poszukuje rozwiązań muzycznych (trzy kawałki są jego autorstwa). Martin Gore w końcu przestał pić po 30 latach melanżu, idąc na odwyk. Z tej z perspektywy warstwa tekstowa w „In Sympathy” nabiera trochę innego znaczenia. Refren „you right, your wrong…”, który za pierwszym razem zapachniał mi niezłym banałem, domyka wers „…at least to some deegres”, zmieniając go w wyznanie zmęczonych showbizem.

W „Peace” można odnaleźć powrót do psalmowych utworów DM, takich jak „Pipeline” czy „Sacred”. Oprawa twórczości zespołu zawsze miała wymiar mistyczny: rzesza oddanych fanów - misyjny wydżwięk jazdy na wszystkie koncerty, nie wspominając o „piosenkach o wierze i oddaniu”. Kościelny wers „peace will come to me” po niezłym zapętleniu sampli, gdzie głos Gore’a gra główną rolę, przypomina te czasy, gdzie każdy fan wieszał sobie na ścianie zdjęcie bandu zamiast krzyża. Delikatne motywy elektro, wypuszczone na mroczne plamy syntezatora. Ciekawy motyw odliczania w 1:30, niczym czekanie na przyjście zbawiciela.

Jakiś czas temu narzekałem na coldaimie na przedpremierową wersję „Come Back”. Na albumie znajdujemy ją troszkę w innej formie. Bardziej zabrudzona wersja, hipnotycznie wymierza upływający czas – „weeks turn into months, months turn into years”. Podobnie jak „Come back”, „Miles Away/the Truth Is” jest autorstwa Dave’a. Wspomniałem poprzez skojarzenie o hard bluesowym riffie w “Hole to Feed”. Pojawia się on też tu. Gahan cedzi i syczy, a Gore swoim podniosłym „you’re miles away” nieźle dopełnia typową spowiedź depesza.

„Jezebel” – no niestety, stało się. Martin L. Gore popełnił nie tyle co słaby kawałek, bo zaśpiewany jest jak zawsze tip-top, ale wtórności tej ballady nikt nie ukryje. Można się zabawić w „Jaka to melodia?” i zgadywać, który wers, które słowo, który timbre wystąpiło już w jakiejś piosence śpiewanej przez głównego twórcę DM.

„Playing the Angel” była nie tyle poprawną płytą, co wręcz dziełem na miarę najlepszych dokonań DM. „The Sounds of the Universe” czegoś brakuje, nie chodzi nawet tutaj o brak solidnych bangerów, ale o poczucie, że mamy do czynienia z czymś niezłym, dopracowanym, przemyślanym. Dźwięki wszechświata nie spełniły oczekiwań i na wielkie uderzenie galaktycznego deszczu meteorytów będziemy musieli poczekać. No cóż, w maju będziemy mieli wyraźne niebo, więc pewnie i tak każdy z maruderów wyciągnie „ręce, aby poobcować z namiastką wiary” - ostatnią wielką gwiazdą we wszechświecie.

http://www.myspace.com/depechemode