poniedziałek, 8 lutego 2010

"Parnassus". Gdzie diabeł nie może, tam Gilliama pośle.


„Przyjdź, usiądź, poddaj się historii, którą ci oferuję. I zobacz dokąd cię
zaprowadzi” zachęcał Gilliam w wywiadach promocyjnych swojego nowego filmu. „Parnassus” wprowadza w świat cyganerii - odmienny, teatralny, uroczy, doskonale wykreowany, pobudzający zmysły. Artystyczna trupa w absurdalnym pojeździe, jak okręt dryfuje ulicami Londynu. Ostatni bastylion wyobraźni unosi się nad zdegenerowanym światem bezdomnych, pijaków, oraz smutnych rodzin pogrążonych w codziennej rutynie. Wieczorami aktorzy dają nieciekawe, z punktu widzenia współczesnego odbiorcy przedstawienia. Subtelny świat, utkany ze starych materiałów, skonstruowany z tekturowych rekwizytów, wykreowany przez staromodne kostiumy, nie jest w stanie przyciągnąć nikogo poza zawadiakami, pragnącymi wyszydzić ludzi żyjących inaczej, niekonwencjonalnie.

Magiczny tabor, koczuje w postindustrialnych przestrzeniach, gdzie rozgrywają się sceny z codziennego życia trupy, okraszone uroczo absurdalnymi dodatkami z pogranicza magii, snu i wiejskiej sielanki, aż chce się na to patrzeć dla samej wizualnej przyjemności. Pierwsza scena przejścia na drugą stronę lustra, ukazuje wnętrze umysłu Parnassusa w konwencji scenografii teatralnej, gdzie pojawia się i znika hipnotyzująca ruda nimfa, zabawia nas przerażającym chichotem. Taki obraz kusi, daje miły przedsmak tego, jaki może być klimat filmu.

Takiej historii możemy i chcemy się poddać, ale wtem wbiega do lustra rozkapryszone dziecko. Nie ma już ślicznego świata, gdzie porcelanowa laleczka tańczy, półbóg mędrzec lewituje, a stare teatralne kotary unoszą stęchłą woń. Czar pryska! Widz prowadzony jest w świat znany i niestety dziś popularny, nieobcy dla każdego gracza komputerowego i zjadacza współczesnych filmów. Wychwalana wyobraźnia powoli przestaje być potrzebna, bo jest teraz w świecie, gdzie wszystko jest możliwe, gdzie graficy komputerowi wyczarują najpiękniejsze kolory, disnejowski krajobraz, stworzą też najczarniejsze piekło.

Dokąd zaprowadzi nas Terry Gilliam? O czym właściwie jest „Parnasus”? Może to odwiecznie snuta opowieść o walce dobra ze złem, w której diabeł zawsze wodzi na pokuszenie. Satyra na problemy dzisiejszego świata; konsumpcjonizm, bezdomność, przestępczość, mafijny półświatek Może to opowieść o relacjach między dorastającą córką, a bezradnym ojcem, który roztaczając swoją wizję świata chronił swoje jedyne dziecko. Kto wie, czy cała opowieść nie jest tylko wytworem wygłodniałego, zmarzniętego umysłu pijaka, albo wizją sfrustrowanego człowieka, który całe życie spędził jako kiepski uliczny artysta, którego jedynym światem jest mały tekturowy teatrzyk. A może „Parnasus” to tylko pomnik Heatha Ledgera, pomnik stawiany charytatywnie (o ironio - z tego tematu w filmie się śmiejemy), przez zacne grono jego przyjaciół? A czy można krytykować, pomnik, który stawiany był w trudach, czy nie należy wybaczyć scenariuszowych błędów, gdy wiemy, że film miał wyglądać inaczej. Czy wyglądałby wtedy lepiej?…. Możemy sobie to tylko wyobrazić.

środa, 3 lutego 2010

„Sherlock Holmes”: Push the tempo


Światła! Kamera! Akcja! W nowy film Guya Ritchiego wchodzimy właśnie
tak. Szybko, bez zbędnych ceregieli. Jedna z najbardziej wyświechtanych literackich postaci, obecna w filmach wielokrotnie, detektywistyczny wzór metra z Sèvres, odgrzana jest po raz kolejny, tym razem nie w ekskluzywnej restauracji podczas inteligenckiej kolacji, ale w barze szybkiej obsługi, na stojąco, polana popkulturalnym sosem. I jakkolwiek olej jest już bardzo stary, to dalej smakuje wybornie.

Nie trzeba być codziennym bywalcem plotkarskich serwisów, żeby wiedzieć jedno – opadły kajdany i Mr Madonna wreszcie jest w formie. „Sherlock Holmes” to powrót do grona najlepszych sztukmistrzów kina akcji. Choć jego, umówmy się, jedyne liczące się dzieła, które nakręcił w 1998 i 2000 roku to filmy tematyczne, a konkretnie kino drobnogangsterskie, to w „Holmesie” też czuć jego południowoangielską rękę. Znów mamy film, w którym zdziecinniali faceci udający twardzieli, wpadają co chwila w tarapaty. Zabawa na całego, załaduj, przeładuj, wypal.


Duet aktorski, który obserwujemy na ekranie, czyli Robert Downey jr. i Jude Law działa bardzo sprawnie. Law wprawdzie wypada dużo lepiej, niż będący ostatnio w gorszej formie Downey jr., ale to kwestia milimetrów. W ich wydaniu Holmes i Watson to nie dystyngowani dżentelmeni, ale raczej para młodzieniaszków – chuliganów, żądnych dobrej zabawy. Choć i u Conan Doyle’a byli przyjaciółmi, to wtedy przyjaźń oznaczała coś zupełnie innego, poza tym w pewnym sensie Watson był postacią stojącą hierarchicznie niżej niż tytułowy Holmes. U Ritchiego wszystko zaciera się, detektywi kłócą się, przekomarzają, docinają sobie i raz po raz ratują swoje tyłki z opresji. Zaprawdę trudno nie zauważyć podobieństwa do serialowych doktorów House’a i Wilsona, kiedy Watson z litością obserwuje nurzającego się w beznadziei i zblazowaniu Holmesa, a tamten raz po raz mu się odgryza. Ale to wszystko dobrze – taki jest klimat filmu, elokwentne przydługie dialogi zabiłyby wszystko, a przy tak szybkiej akcji pewnie pierwsi pod nóż poszliby główni bohaterowie.


Można zastanawiać się czy nie warto było przy takim budżecie i z takimi możliwościami zrobić tego trochę inaczej – mroczniej, bardziej tajemniczo, na serio. Postaram się odpowiedzieć na to pytanie tak szybko, jak szybko Holmes zadaje, uprzednio dobrze przemyślane, nokautujące ciosy podczas walk wręcz: nie, nie i jeszcze raz nie! Może dobijam teraz czyjąś żądzę koniecznego artyzmu, ale Homes 2.0 jest cool. Komiksowi bohaterowie, trochę gadżetów, walki wręcz, niezbędny slapstick – Holmes i Watson, mimo braku trykotów i peleryn to też trochę superbohaterowie chroniący miasto bezprawia. Ten pierwszy prawie kompulsywnie szukając jakiejś sprawy do rozwiązania jest jak Batman, zapalający swój reflektor nad Gotham, drugi, będący zawsze obok i skłonny do pomocy, to wdzięczny Robin. Galeria przerysowanych czarnych postaci, piękna femme fatale, kadry, w których nie ma miejsca na nieuzasadniony brak akcji - to duży plus jeśli rozpatrujemy film pod kątem kina bez wytchnienia, takiego, które puszczone w telewizji nastręcza dużych problemów ludziom, zajmującym się zabijaniem napięcia, poprzez wsadzanie reklam gdzieś pomiędzy. Owszem, prostota rozwiązań czasem razi, a komizm sytuacji momentami nie jest aż tak komiczny jak byśmy chcieli, banał skądś tam wyłazi, szybki, drogi samochód z plastikową tapicerką – ot co. Nie chce już mówiąc o, choć widowiskowym, to uciętym szybko zakończeniu i napomknięciu o szykującej się następnej części, podanym na tacy tak, jakby na ten most wdrapał się sam Ritchie i pokazał na laptopie filmik „w następnym odcinku”. Ale to wszystko sprawy marginalne – w końcu miała być rozrywka i jest rozrywka. Magia hollywoodzkiego kina. A jak komuś się nie podoba, to niech opuści projekcję. Rozszerzone źrenice, dip serowy do nachos spływający po brodzie, siorbanie coli. Pierwotna przyjemność. I jakoś nie widzę, żeby ktoś wstawał.

środa, 27 stycznia 2010

Vampire Weekend "Contra": Drugi haust ciepłej juchy.


Skończyła się kolejna 365tka w muzyce, powoli dobiega też końca dekada i jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się różnorodne podsumowania. Właściwie nie tyle zaczęły, co nie chcą skończyć, atakując zewsząd. Trochę mam ich już dość, choć można się w nie wgłębić i przeanalizować kilka spraw – zauważyć trendy, tendencje i kierunki. Jako, że ja zupełnie nie o tym, to podzielę się tylko jednym spostrzeżeniem: większość podsumowujących całą dekadę mówi coś w stylu „revival był zły, tak, dałem się na to złapać, ale byłem młody i głupi, przepraszam i obiecuję, że już na zawsze będę zajmował się tylko ambitną muzyką o skomplikowanych gatunkach”. Niezbyt rozumiem to wszystko, bo choć oczywiście takie młodzieńcze gitarowe granie, nawiązujące najpierw do lat 70tych, a potem 80tych, które wjechało w dekadę na dużej kurwie zjadło w końcu swój ogon i to bardzo szybko, to pozostawiło po sobie nie tylko sporo naprawdę dobrych, zwykle debiutanckich płyt (zespołów już nie, bo ¾ z nich, niczym zdezorientowane pingwiny w filmie Wernera Herzoga ruszyło na pewną śmierć), ale też zestaw uniwersalnych prawd. Nie są one ani skomplikowane, ani specjalnie wzniosłe. Po prostu: dziewczyny kochają chłopców z gitarami, chłopcy bez gitar im zazdroszczą, a już ponad wszystko każdy, absolutnie każdy lubi sobie potupać nóżką, szczególnie w szarym zatłoczonym autobusie. Proste.

Podczas którejś tam dyskusji à propos debiutu Vampire Weekend, który na mnie zadziałał bardzo pozytywnie, a mój zacny, znany również wam kolega Phil kręcił dość znacząco nosem, musiałem przyznać mu jedno. To zespół z gatunku one-album-wonder. Nie ma co czekać na jego drugą płytę, bo co mogą na niej pokazać? Jeszcze więcej Afryki? No proszę. Bycie fanem to brutalna sprawa. Trzeba wiedzieć kiedy uśpić konające zwierzę. Póki nie jest za późno.

W środku listopada niespodziewanie zaatakowali mnie jednak „Kuzyni”. Mocny, pierwszy singiel kazał mi przypomnieć sobie Wampirach. Początkowo ostrożnie – tak: świetne gitary, tak: fenomenalny werbel, tak: wokalne wejście w temat jak z małpiarni, tak: basik chodzi jak marzenie. Ale spokojnie, mimo, że nie zapomnę o chłopakach, kiedy będę za rok rozliczał się z singli, i tego, że teledysk urzeka swoją rozrywkową prostotą, to that’s all folks!

Wyszła „Contra”, puściłem od początku, jak Pan Bóg przykazał, a nie tam, że piąty gra pierwszy, a siódmy trzeci. Leci ta „Horchata” i…słabo! No niestety, popłuczyny po self-titled debiucie, tak jak przewidywałem. Nic wielkiego. Zrzuciłem na ipoda, wyszedłem z domu, odpaliłem dwójkę. I wtedy stało się coś zupełnie normalnego o tej porze roku. Zaczął padać śnieg. A ja doznałem.

To niesamowite, jaką „Contra” jest idealnie zimową płytą, nie tylko tekstowo, że coś tam „in december” czy „racing taxis In the Winter”. Bo łatwo chyba nagrać wesoły i żywiołowy materiał na lato, przy którym chce się tańczyć. To często mający miejsce wykalkulowany proceder. Ale zrobić w zimie coś bez natarczywych świąt i dzwonków sań, co spowoduje klimatyczne ocieplenie? „White Sky” ma coś takiego. Wirujący arpeggiowany syntezator i rosnące napięcie, prowadzące do świetnego refrenu - słychać, że Ezra Koenig już nie śpiewa na czuja, że ten szalony koncertowy rok to był najlepszy trening z możliwych. „Holiday” wpada w ucho szybko i wcale z niego nie wypada. Czuć zmianę w stosunku do debiutu, pozytywną – więcej chwytowych mocniejszych gitar bez rezygnacji ze spokojnych momentów. Posłuchajcie tej młodzieńczej energii, kiedy Ezra po wokalnym wyciszającym bridge’u wchodzi z „I’ve got wheels, I’ve got cutter spray”. Działa bez zarzutu.

„California English” to afro-przypomnienie. Śmiać mi się chce jak słyszę wokal na autotunie, który, mimo że podkręcony został do przesady, nie brzmi plastikowo, ale po prostu pasuje. Nie ma co przypisywać tego pomysłu super producentowi XY (i tu zazwyczaj padają dotychczasowe indie sukcesy), bo tak jak poprzednią płytę wyprodukowali sami. Poza tym, oprócz wysmakowanych smyczków, ten numer to sztandarowy przykład songwritingu Koeniga – dziwne słowa, które pozornie są nadętym pseudo-inteligenckim bełkotem ułożone są tak, że razem brzmią idealnie. Świetnie pasuje tu wypowiedź W. Waglewskiego: „Od pewnego czasu moim marzeniem jest zrobienie ze słowa czegoś na kształt dźwięku, żeby nie niosło za sobą jednej, zdecydowanej odpowiedzi, żeby dawało przestrzeń do zagospodarowania”. Wydaje się, że Ezra Koenig też kombinuje w tym samym kierunku.

„Taxi Cab” to na pewno jedna z ciekawszych rzeczy na „Contrze”. Te niechcące się skończyć gamowe, czy nawet barokowe klawiszowe pochody, kojarzą mi się trochę z muzyką tworzoną przez Marka Mothersbaugha do filmów Wesa Andersona. Ospale, spokojnie, dostojnie – jedziemy z Ezrą taksówką, a on powoli opowiada całą historię - „like a real aristocrat”. Kolejne „Run” jest już trochę gorsze, mimo to uwodzi melodią (szczególnie śpiewnym refrenem) i dawką przyjemnej minimalistycznej elektroniki. O „Cousins” już było, natomiast mogę przyczepić się trochę do „Giving Up The Gun”, którego zwrotka niestety trąci lekkim banałem, a refren nie do końca ratuje sytuację. Mam nadzieję, że nie przyjdzie im do głowy, żeby wybrać ten utwór na kolejny „zdobędziemy całe Stany” singiel. Bo to może naprawdę zadziałać i tyle ich widzieliśmy.

Zaczynający się szczekaniem M.I.A. „Diplomat’s Son” to znów użycie starych pseudo afrykańskich chwytów i przy okazji naprawdę dobry numer. Nachodzi mnie refleksja, że to, o co bałem się po debiucie najbardziej, czyli wyczerpanie formuły afro popu to kompletna bzdura, bo to zostało już zrobione n lat temu. Muzyka tego typu, trochę tak jak np. reggae jest bardzo specyficzna, ciężko tu o różnorodność. Plus dla Wampirów, bo oni nie silą się na to z premedytacją, to tylko zabawa. Wiedzą, że ponad wszystko liczy się dobrze napisana piosenka, melodia, która działa, reszta to tylko i wyłącznie żonglerka środkami. A oni umiejętne w nich przebierają.

Trudno o lepsze wyciszenie niż koniec tej płyty, refleksyjne „I Think Ur A Contra”, czyli kilka słów od porzuconego. Zrozumienie miesza się z żalem, są pretensje, ale wiadomo, że już za późno. Pamiętaj, posłuchaj, bądź szczęśliwa. A my znów czujemy klimat, znów robi się cieplej, znów otula nas kołdra Batmanglijowych smyków i ogarnia mądrość Koenigowych słów. Znów śnieg pada za oknem. Tak – myliłem się, tak – „Contra” to bardzo dobra płyta i tak – znów nie mogę wyobrazić sobie następnej. Ale może to i dobrze. Na razie wiem tylko jedno - trzeba jakoś przetrwać tę zimę.

http://www.myspace.com/vampireweekend

sobota, 23 stycznia 2010

Simian Mobile Disco "Temporary Pleasure": Czasoumilacz


Zawsze idziemy z duchem czasu. A że czasy są, jakie są, postanowiłem wyciągnąć mą chudą i wyrozumiałą rękę w kierunku nowej (sprzed 6 miesięcy) produkcji naszych wyspiarskich przyjaciół z Simian Mobile Disco, a konkretnie po płytę „Temporary Pleasure”. Jako, że jest to rzecz dość specyficzna, byłoby dość smutno ją pominąć. Zatem ku radości i ku rzeczy.

„Wreszcie jakiś powiew świeżości” – krzyknąłem swym umysłem, po tym jak dwaj panowie z Mobile Disco przestali wydawać kolejne płyty z live actami, tudzież remixami kawałków z jakże „posłysznej” debiutanckiej „Attack Decay Sustain Release”. Mój optymizm zmąciły nieco komentarze z tych i tamtych portali, gdzie królowały teksty typu „to nie jest ten sam Simian”, „co się z nimi stało” i ogólnie, że „this sucks, lol”. Lubię jednak wychodzić losowi naprzeciw, tym bardziej mając w opozycji tak zacne i silne argumenty, więc, z nieco mniejszym optymizmem, ale za to większym zapałem („Oni muszą się mylić!”), przystąpiłem do odsłuchu.

Mój pierwszy kontakt z albumem to singiel „Audacity of Huge”, który w połączeniu z teledyskiem daje idealną mieszankę. Krótki, acz intensywny kawałek od razu wciągnął mnie tak, że nawet na sylwestrze zasłużył na swoje 5 minut. Swoją drogą estetyka i kolorystyka klipu zasługuje na jakąś nagrodę, nie wiem jaką, ale jakąś bym jej przyznał. Plastyczność i sugestywność obrazu idealnie zbiega się z muzyką, i co chyba ważniejsze, z przekazem – a więc pogardy dla przepychu i przelukrowanych pączków. Ok, popieramy. I idziemy dalej.

Od razu trzeba zaznaczyć, że na płycie jest dość tłoczno. Magiczny i zwiększający hype na utwór skrót „feat.” w tytule kawałków pojawia się z wysoką częstotliwością. Jednak większego splendoru dodaje mu fakt, iż stoją za nim nie byle jakie nazwiska: Gruff Rhys (SFA), Beth Ditto (Gossip) czy Alexis Taylor z Hot Chip. Widocznie panowie James i Jas musieli wydrukować trochę laurek z zaproszeniami i wypić niejedną banię, żeby nakłonić do współpracy takie persony. Ale za to należy się plusik. I tutaj nadchodzi moment, w którym podnosi się kurtyna i dochodzimy do tego, jaka ta płyta jest naprawdę – przede wszystkim mega eklektyczna. I wychodzi jej to jak najbardziej na dobre. Jest kawałek „Cream Dream”, który możesz sobie puścić zaraz po tym jak zdołałeś wyłączyć wkurwiający budzik; jest też „10000 Horses Can’t Be Wrong”, którą możesz sobie zaaplikować jako dodatek do LSD na dyskotece, no i jest frywolne choć lirycznie „Cruel Intentions”, które nawet jako białe tango na weselu dałoby radę. Oczywiście ta różnorodność wynika ze złożoności i mnogości gości, którzy brali udział w projekcie. Co warte podkreślenia, w każdym z kawałków da się wyczuć wkład konkretnej osoby, ich wpływ jest aż nadto wyraźny i rzekłbym „uszalnie” namacalny – jak słyszę Cream Dream i głos Gruffa to od razu czuję jego walijską rękę, a kawałek Bad Blood jest tak Hot Chipowy, że spokojnie wkleiłbym go na płytę „Made in the Dark”, bez zbytniego uszczerbku dla wyżej wymienionych. Taki GusGus powinien porównać tę płytę do swojego niedawnego „24/7”. Już wyobrażam sobie jak trójka panów z GusGus siedzi przy wódce i dochodzi do nieuchronnej konstatacji: „kurwa, ale wydaliśmy monotonne gówno”. Dokładnie, takie gówno, na które nawet szkoda recenzji. Jak widać, nie wystarczy ładnie się obciąć żeby wydać album. No ale GusGus to temat na inną pogadankę. W każdym razie produkcji od Simiana mogliby się spokojnie nauczyć.

W tym miejscu teoretycznie powinno pojawić się zdanie typu „oczywiście nie ma róży bez kolców” i coś w tym stylu chciałem również zaaplikować przeglądając tracklistę i szukając słabych punktów albumu. Jasne, na siłę można napisać, że kawałek „Turn Up the Dial” nieco odbiega od reszty, ale pisząc to zdanie znów zaczynam mieć second thoughts co do tego czy tak jest, i że niby dlaczego. Dochodzę do wniosku, że, niestety z obiektywnego punktu widzenia nabrałem nieco sentymentu do tej płyty. Co chyba mimo wszystko dobrze o niej świadczy. Oczywiście nie jest to płyta wybitna, typowa 7/10. Jednak jej tytuł mówi wszystko – wciągnie was na chwilę, ale za to pochłonie w 100%. Potem się znudzi, gdzieś uleci, jak to z chwilowymi przyjemnościami bywa. A kiedyś znów wróci i ze swej roli wywiąże się bez zarzutu. Zresztą sprawdźcie sami.

czwartek, 21 stycznia 2010

“Paranormal Activity” – Blair Witch Franchising


Postawmy sprawę jasno – nikogo już nie kręci idea horroru stylizowanego
na para-dokument lub film amatorski. Było minęło. „Blair Witch Project” pod koniec lat dziewięćdziesiątych przetarł drogę dla takich produkcji, ale problem z „Blair Witch” polega na tym, że, niczym Ulysses Joyce’a, stał się on od razu najlepszym i niemal jedynym przedstawicielem swojego gatunku (mówimy tu oczywiście o tym gatunku, który dociera do masowego odbiorcy). Ok, zlinczujcie mnie, był jeszcze „REC”, ale według mnie daleko mu do doskonałości oraz „Cloverfield”, który kasuje dwa poprzednie obrazy budżetem, a my, jeżeli jeszcze tego nie zauważyliście, mówimy to pewnej odnodze „hand-held camera horror”, mianowicie o odnodze wyjątkowo niskobudżetowej.

Tak więc „Paranormal activity”. Hm. Cóż można o PA nim powiedzieć… Ano wabi nas bardzo sprytnie. Na wstępie poznajemy dwójkę młodych ludzi, Katie i Micah, a także dowiadujemy się o ich problemach w nowym domu. Niby banał, ale naprawdę przyjemnie się nam nich patrzy, i choć widać braki w umiejętności posługiwania się kamerą (daj Bóg, zamierzone) pokrywane dość dziwnymi ujęciami, to, hej, mamy tu do czynienia z amatorami, prawda? Zawieśmy na chwilę niewiarę, bo z początku wszystko układa się bardzo ładnie. Dziwne stuki i odgłosy, które pojawiają się w nocy, a których zastosowanie w dobie wszechobecnego gore powinny trącić myszką, naprawdę straszą, i nie można PA odmówić zgrabnego budowania napięcia. Reżyser postawił na straszenie nas tym, czego nie widać, i wychodzi mu to wzorowo;, człowiek w kinowym fotelu ogryza paznokcie i piszczy: „Zamknijcie te cholerne drzwi, zaraz coś przez nie wlezie! Nie wytrzymam! Nie wytrzymam!”

Mamy też oczywiście minusy scenariusza. Zamknięcie całej akcji w czterech ścianach zamiast wywoływać duszą atmosferę wzbudza irytację. Profile psychologiczne obu postaci momentami sypią się niemiłosiernie – vide, Katie, która wie, że coś ją ściga ale bredzi niezmiennie, że będzie lepiej; jakieś płonące tabliczki do rozmowy z duchami; twardziel Micah drażni wciąż i wciąż powtarzając, że sam poradzi sobie z demonem i pokrzykuje na niego jak (WTF?) kumpel z boiska. Czasami nie trzyma się to wszystko kupy, ale z drugiej strony doskonałe sceny, jak chociażby ta, gdy w nocy słychać dudniące kroki na pustych schodach (wierzcie mi, naprawdę przerażająca), wynagradzają wiele potknięć reżysera.

Niestety w pewnym momencie w PA coś pęka. Napięcie siada po około godzinie za sprawą jednego bzdurnego rekwizytu. Ekipa filmowa dokonuje czegoś absurdalnego: drążąc glebę undergroundu coraz głębiej i głębiej w poszukiwaniu złotego samorodka sukcesu, nagle , orientuje się, że zawędrowała za daleko i czym prędzej postanawia się wydostać na powierzchnię - w związku z czym końcówka filmu przypomina uderzenie w pysk àa la popłuczyny po „Świcie Żywych Trupów”. Aż łza się w oku kręci na samą myśl jak bardzo można było spieprzyć tak wiele obiecujące dzieło.

W ramach nawiedzeń odsyłam do „Entity” z 1981 roku. Ten film wytrzymał niemal trzydzieści lat i nadal przeraża. Porównując z nim PA obawiam się, że o tym drugim niedługo zapomnimy. Choć obejrzeć warto. Na tle takiego powiedzmy „Unborn”, PA pozostaje klasą samą w sobie.

Z drugiej strony rozważania nad kondycją współczesnego horroru to już temat na inną pogadankę…

niedziela, 17 stycznia 2010

"Avatar", czyli złote góry z tektury.


Na początek anegdota:
Cztery czy pięć lat temu byłem świadkiem pewnej rozmowy* na pewnym planie filmowym. Rozmawiali James Cameron i Eric Murphy, bardziej znany jako agent hollywoodzkiego gwiazdora Vincenta Chase’a.

Murphy: Jim, te efekty na bluescreenie są niesamowite! Kiedyś wcale nie będziecie potrzebowali aktorów!
Cameron: To prawda, za pięć lat.
Murphy: ?
Cameron: Żartuję!

Ta rozmowa naprawdę miała miejsce i w pewien sposób przepowiedzenie przez reżysera przyszłości może wywołać gęsią skórkę. Ale nie powinno - James Cameron avatarową historię wymyślił w środku lat 90tych i przez ponad dekadę konsekwentnie dążył do jej zrealizowania, będąc świadom własnych ograniczeń finansowych, a przede wszystkim technologicznych. Choć po sukcesie „Titanica” świat kupiłby od niego wszystko, on wiedział, że to nie czas. Ktoś może się żachnąć: „jak to? przecież w „Avatarze” występują ludzie, Cameron nie miał racji!”. Nie bądźmy jednak dziećmi – to wykalkulowany chwyt. Równie dobrze mogłoby ich nie być, albo wygenerowano by ich komputerowo, a wy nie zauważylibyście różnicy.

„Avatar” to film, który ciężko do czegokolwiek porównać, trzeba to Żelaznemu Jimowi oddać (taką ma w Fabryce Snów ksywę, i nie chodzi o dobre zdrowie). To nowatorskie kino, które coś rozpoczyna. Nie wiem czy kolejną epokę, bo klasyczne oglądanie filmów na dużym ekranie raczej nie zaniknie. Tylko jeśli takowe można porównać do oglądania na niebie ładnych fajerwerków, to już seans z Cameronem jest jazdą na największym rollercoasterze. Sprawdzanie „o co cały szum z tymi niebieskimi kotkami” na komputerze czy w zwykłym kinie właściwie mija się z celem. Ma być HD i 3D, cyfra i okulary. A wtedy dopiero poczujecie jak to jest robić unik przed granatem dymnym.

A teraz czas zdjąć okulary i przekrzywić trochę głowę w bok. Oprócz niesamowitych, zapierających dech w piersiach fenomenalnych i nowatorskich efektów i fantastycznego nowego świata, który został stworzony od podstaw, film nie niesie za sobą kompletnie nic. To pusta bajeczka, oparta na ogranych motywach. Nie wiem czy słyszeliście porównania do „Pocahontas”, ale coś w tym jest. Ale jak na fabułę można jeszcze przymknąć oko (choć sprawdźcie to), to już dialogi są naprawdę słabe. Czy ja wymagam zbyt wiele? Film za 300 milionów dolców mógłby mieć dobry scenariusz. Wytwórnia powinna powiedzieć Cameronowi jasno: „ok Jim, ten script jest naprawdę wporzo, tylko ty będziesz widniał w creditsach, ale zapłacimy 100 tysięcy Paulowi Hagginsowi, żeby dodał tu trochę prawdziwego życia, 100 Charliemu Kaufmanowi - każdy film potrzebuje szczypty inteligentnego absurdu, a ekipa z Saturday Night Live da nam kilka dobrych żartów”. Tych ostatnich w filmie praktycznie nie ma, sytuacyjny dowcip jest na poziomie telenoweli.


Kolejną rzeczą, za której Cameronowi należy się solidny opieprz są bohaterowie. Nudni, przewidywalni, papierowi, komiksowi, nierzeczywiści. Kalki kalek. Zły pułkownik Quaritch jest jak jeden z przeciwników Batmana, a grany przez Joela Moore’a Norm Spellman to już zupełna porażka. Jego teksty wypowiadane pełnym udawanego zdziwienia przemądrzałym głosem ważniaka ("Czym jest Eywa?! Jedynym bóstwem Na’vi. Ich boginią, stwórczynią wszystkich żyjących rzeczy. Wszystkiego co znają! Wiedziałbyś, gdybyś przeszedł odpowiednie szkolenie!”), są jak z „Pana Samochodzika” albo „Scooby Doo”. A poza tym standard: twardziel o miękkim sercu (nowa ikona kina akcji Sam Worthington znowu w tej samej roli), nieczuły biurokrata cipa (nie wiem dlaczego Ribisi ostatnio łapie takie ogony), seksowna pilot śmigłowca (tu akurat Michelle Rodriguez wycisnęła z tej roli wszystko – respekt) i pyskata pani naukowiec (Sigourney Weaver wiedziała co robi – w krótkich szortach i przebraniu Avatara wygląda tak dobrze jak 20 parę lat temu, kiedy to razem z Cameronem kręciła drugą część „Obcego”). Po stronie „niebieskich” podobnie: księżniczka, jej rodzice u władzy, najlepszy łowca – absztyfikant i banda prostych dzikusów, żyjących w zgodzie z matką naturą. Główna amantka filmu, córka wodza, Neytiri („grana” przez Zoe Saldane), czyli owa „niebieska Pocahontas” kojarzyła mi się przez cały czas z postacią z jakiejś latynoskiej telenoweli, która lamenty do Matki Bożej z Guadalupe przerywa co jakiś siarczystymi obelgami wypowiadanymi po hiszpańsku (tu w języku Na’vi). W okularach czy bez – szału nie ma.

„Avatar” jest na ustach wszystkich i wszyscy chcą go zobaczyć. To zrozumiałe. Robi wrażenie. W Stanach powstała już nawet nowa jednostka chorobowa, post-Avatar depression, czy coś takiego, a Internet pełny jest wyznań: „Zbudziłem się rano i nie chciało mi się nic, nie chciałem wychodzić do szarego świata, pracować, żyć. Chciałem znów być na Pandorze – była taka piękna i kolorowa”. W pewnym więc sensie film spełnił swoją rolę, pokazał coś nowego. Trudno mi zniechęcać kogokolwiek do obejrzenia, wprost przeciwnie, idźcie, bo to jakaś tam atrakcja. Ale nie można tego filmu chwalić pod niebiosa, przybijając sobie piątki i dając mu dziesiątki, bo kompletnie nie zasłużył. Tym bardziej dlatego, że Cameron pod przykrywką widowiska zmieniającego oblicze kina mógł zamiast banału przemycić dosłownie wszystko, także coś inteligentnego. Niestety, po seansie nie zostaje nic. Słyszę tylko w głowie odgłos kasy liczącej pieniądze. Chi-ching. Chi-ching. A Żelazny Jim gdzieś tam po drugiej stronie oceanu z ironicznym uśmiechem zaciera ręce.

*Owa rozmowa, to fragment odcinka serialu „Entourage” z gościnnym występem Jamesa Camerona (zagrał samego siebie), który wyemitowany został 7 sierpnia 2005 roku na antenie HBO.

środa, 30 grudnia 2009

Rok w albumach: 2009


Choć jaskółki donoszą już od pierwszego pojawienia się mp3 (nie pamiętam co to było, ale chyba „Mietek ciągle chlał”), że koncepcja odbioru muzyki popularnej jako albumu zanika, my z maniakalnym uporem śledzimy każdą niemal premierę (ale nie przesłuchaliśmy nowego 2U). Mamy nadzieję, że istnieją jeszcze ludzie, którzy tak jak my dostają orgazmu przy wąchaniu książeczki z płyty CD. Kasety wracają, a czarne płyty mają się dobrze. Tak więc, głowa do góry.

Spędzając kilkaset godzin w słuchawkach wybraliśmy najlepsze płyty mijającego roku. Niestety nie był on łaskawy dla wytrawnego słuchacza. Zabrakło przedstawicieli ze Szwecji, którzy w ubiegłych latach zajmowaliby co najmniej 10 pozycji (teraz reprezentuje ją tylko jedna). Lepiej niż w ostatnim roku spisała się Anglia (4 pozycje). Cały czas leczą się po New Musical Revival (jeszcze kilka egzekucji i będzie dobrze). Jedno jest niezmienne, najwięcej dobrych płyt powstaje za wielką wodą (11 pozycji, w tym 4 z Nowego Yorku). Mainstream, oprócz słabych płyt Jaya-Z, Rihanny i okropnego pokoleniowego zjawiska jakim jest Lady Gaga, nie miał nic do zaoferowania. A szkoda. Na szczęście więcej
dzieje się w popie plażowym i to nam się podoba.

Przed Państwem 20 płyt, które naszym zdaniem były najlepsze w roku 2009. Bon appé
tit!

20. Dan Deacon "Bromst"


Dan wie jak wkurzyć twoją mamę/ciotkę/ojca/babcię – specjalnie na tę okazję przerobił automatyczne pianino i zaprogramował je tak, żeby grało szybciej niż jakikolwiek człowiek, niech się nawet Rachmaninow schowa. Do tego dorzuca zgrzyt, elektroniczny przester, odgłosy rodem z najlepszych gier Atari, przyspiesza, zwalnia, podlewa wokalem lo-fi, zwiększa soprany, niweluje basy. Posłuchajcie szaleńczego „Red F”, kombinatorskiego „Woof Woof”, pełnego indiańskiego zawodzenia „Wet Wings”, goniącego pianina w „Bulid Voice”. Rozgardiasz, pomieszanie z poplątaniem, istny śmietnik. Postronni słuchacze zaciskają zęby, przytaczając niby żartem scenę z tablicą z filmu „Szczęki”. Ja się wsłuchuję coraz bardziej. Absolutnie nie mogę nic przeoczyć!


19. Bat for Lashes "Two Suns"


Trudno nagrać płytę, która jednocześnie popada w skrajny patetyzm, głęboko wchodzi w klimaty fantasy, jest baśniowa, a przy tym można się z nią mocno identyfikować i poczuć to co autor ma na myśli, nie będąc dziwakiem i nie czując w tym kiczu. Trudno? To praktycznie niemożliwe, ale Natasha Khan robi to po raz drugi. Jak? Odpowiedzią jest chyba piękno. Z jej, przepraszam za określenie, ballad, bo piosenka to słowo zupełnie nieadekwatne, uderza moc tysiąca słońc, kilku księżyców, armii czarodziei i ławicy syren. Brzmienie perkusji w „Glass”, fortepianu w „Moon and Moon”, dwugłosu podszytego zepsutym pianinem w „The Big Sleep” czy „Pearls Dream” jako idealnej całości – takich artefaktów nie znajdziecie byle gdzie.


18. Cass McCombs "Catacombs"


Cass ucierpiał trochę na częstych, niezrozumiałych dla mnie porównaniach do Lekmana. Przecież w piosenkach Jensa nie odnajdziemy aż tak dosadnego country. Nawet alt country tam u niego nie ma. Chociaż tutaj też nie usłyszymy tematów o świnkach i zagrodzie, to bez wątpienia Cass opiera swoje kompozycje właśnie na tym amerykańskich gatunku. Prowadzi go w bardzo przyjemne rejony, dające się lubić i słuchać z przyjemnością. Jeżeli chcecie usłyszeć jak wygląda nowoczesna ballada country, sprawdźcie „You Saved My Life”. Polecam także spowiedź kata, który kocha swoją pracę („The Executioner’s Song”). „Catacombs” jako country bez obciachu.



17. Memory Tapes "Seek Magic"


Zeszłoroczna, Genialna EP’ka Air France zapoczątkowała ten trend. Pojawiające się hasła: glo-fi, hipstergogic pop, balearic pop czy psych-pop to tylko pomocne etykiety, aby nie stracić z oczu (wystarczy otagować, hehe) tych cudownych dźwięków. Namnożyło się tego sporo. I dobrze. Podsumowując minioną dekadę, to moim zdaniem najlepszy gatunek jaki w niej powstał. Coś czuję, że zaskoczy nas nie raz i w tej nadchodzącej. A chłopakom z The Tough Alliance należy się medal. No dobra, ale o co chodzi?

Zastanawiałem się ostatnio, czy ktoś, kto nie wychowywał się w latach 80 zaczai o co biega i poczuje powiew wiatru, słuchając tych kojących dźwięków w letnią noc. Nie bez kozery jedna z metek to psych-pop. Działająca silnie na podświadomość, samoistnie przywołuje marzenia z dzieciństwa. Nie wiem gdzie jest klucz do rozwiązania zagadki, wprawdzie Daywe Hawk wzoruję się na New Order (atmosfera), Talking Heads (wokale), The Cure (solówka z „Bicycle”) z lat 80, ale wydaję mi się, że chodzi tu raczej o wrażliwość zakorzenioną w tamtych latach.

Zawsze uważałem, że „Avalon” Roxy Music to definicja czegoś pięknego, czego nigdy nie osiągniemy, ale dążenie do tego nakreśla sens naszego życia. „Seek Magic” jest właśnie taką płytą.

16. JJ "JJ no 2"

Odszukać magię pozwala szwedzka wytwórnia Sincerly Yours. Znowu plaża i gwiaździsta noc. Już nic nigdy nie będzie takie same. Mnóstwo hajlajtów: usherowy motyw w „Ecstasy”, japońskie wstawki w „Intermezzoo”, top gunowa solówka w „Masterplan”. Wakacyjna muzyka nawet podczas mroźniej zimy. Obrazy, wyobraźnia, miłość, dzieciństwo, najlepsze momenty twojego żywota.






15. Washed Out "Life of Leisure" (EP)




14. Delorean "Ayrton Senna" (EP)

Tego już za wiele. Cztery płyty w tym rankingu pod rząd, traktujące o pieprzonej plaży. Ile dni w roku można leżeć na gorącym piasku z zimnym browarem? Czy was na tym Coldaimie popierdoliło, półnagich dup się wam zachciewa? Do roboty kurwa! I chuj mnie to obchodzi, że są z gorącej Hiszpanii i w nazwie nawiązują do waszego ulubionego filmu. Nie no, w sumie racja. O kurwa, to leci „Deli” teraz, tak? Ja pierdolę trzeba było tak wcześniej. Dalej „Moonsun”. Nie, to dla mnie za dużo. Teraz to bym tylko na plaży leżał. Macie jeszcze jakieś browary?




13. Bill Callahan "Sometimes I Wish We Were An Eagle"


Kiedy zamykam oczy widzę jak Bill siedzi na tarasie swojego domu nieopodal lasu. Jedną ręką gra z diabłem w szachy, a drugą drapie się zawzięcie po wielkiej szramie, przebiegającej przez cały prawy bok – miejscu, gdzie stosunkowo niedawno miał jeszcze duszę.

Mówiąc o powyższym pakcie nie mam na myśli tematyki, to nie odniesienie do zamykającego płytę „Faith/Void”, choć kto wie czy Callahan nie ma racji, może faktycznie mantryczne „It’s time to put God away” to jakieś rozwiązanie na te trudne czasy. Ale chyba nie. Wątpliwość otrzymał za rzeczoną duszę, raczej niesamowitą mądrość, która aż wylewa się z „sennego” „Eid ma clack shaw” i przeplata z melancholią w „Too many Birds”.

„Sometimes I Wish…” to niby „tylko” kolejny ciepłogłosy folk, ale tak obudowany genialnym tłem i świetnie wyprodukowany (Bill to w końcu Smog), że uginają się kolana.

Bill z szelmowskim uśmiechem przesuwa po planszy pionek i naraża swojego laufra – znów daje diabłowi fory.

12. Tesla Boy "Tesla Boy" (EP)

Mamy zapłakanych chłopców, śpiewających o cudownych dziewczynach, które namąciły im w głowach. Kryształowe klawisze dają radę nawet w 2009 roku. Zastanawiałem się gdzie leży ich sekret. To chyba połączenie smutku i szczęścia za jednym razem. Tak jak w najlepszych produkcjach solidnego popu z lat 80 mamy pędzący bit, uderzenia klawiszy, plamy syntezatora. Na sam koniec niespodzianka: chłopcy są z Moskwy.





11. The xx "xx"


Jechałem dziś autobusem. Cholerne sześć godzin przez szaro-białą Polskę na minusie. Ale miało być o miłości. Rozmowa pary za mną była męką – nadęte interpretowanie szkolnych wiadomości o historii Francji. Daję im pół roku. Para przede mną też mnie nie urzekła – infantylne komentarze i plastikowa czułość. Założyłem słuchawki, żeby posłuchać jeszcze raz dialogu Romy i Olivera z The xx. Szepczą sobie na ucho, na zmianę, trochę mądrości i metafor, trochę rzeczy prostych, ale płynących prosto z serca. Język kochanków. Nawet, jeśli naprawdę nie są razem, to czują klimat jak nikt inny, a wszystko osadzone jest na naprawdę dobrze skomponowanej i wyprodukowanej muzyce. Punktowe gitary można liczyć, uderzenia automatu perkusyjnego są ograniczone, jeśli pojawia się coś jeszcze, np. motyw syntezatora, to na pewno było to mocno przedyskutowane. Piękny skrajny minimalizm. Less is more - to na pewno ich motto. Nawet ostatnia decyzja o zmniejszeniu składu z 4 do 3 osób wydaje się być w tym duchu. Widocznie tak jest lepiej.

10. Doom "Born Like This"

Jak przystało na posiadacza takiej ksywy Doom sieje zniszczenie. Utrzymany w konwencji gangsterskiej opowieści o superprzestępcy album to twarde 40 minut dobrego hip-hopu, śniegowa kula, której nie da się powstrzymać. Nie jestem łatwym odbiorcą rapu, kręcę nosem, szukam czegoś innego, mainstreamowe zajawki kręcą mnie rzadko, „prawdziwe” twarde życie z palcem odzianym w złoty sygnet na spuście wysadzanego kamieniami glocka raczej mnie śmieszy. Doom jest prawdziwy, on i jego koledzy mają tu świetną nawijkę: „Microwave Mayo”, „Gazillion Ear”, kiedy Doom chrząka na początku „Ballskin” masz wrażenie, że warczy na ciebie wściekły pies. Nic dziwnego, w końcu jego idolem jest Charles Bukowski (gościnnie w „Cellz”). Mhhhh!


9. Flaming Lips "Embyonic"


Psychodeliczny album koncepcyjny z naleciałościami krautrokowymi i motywami, do których Flaming Lips zdążyło nas już przyzwyczaić. Nic nadzwyczajnego, ale rozpierdala czachę w drobny mak.







8. Antlers "Hospice"


Klimatyczny koncept-album wymagający chwili skupienia. Rozliczenie ze złymi czasami, wspomnieniami, bólem, chorobą i śmiercią. Prawdziwe, wysmakowane, zachwycające. Poetyckie. I nie dla każdego, bo słyszałem już, że przydługie, nudne, przekombinowane, wtórne i pełne niepotrzebnego patosu. Nam się podoba. Czujemy zamysł Silbermana. Dobry rok na tak dobrą płytę.






7. Girls "Album"


Nagrodę za neurotyzm roku otrzymuje...Tak, nikt nie ma szans z Christopherem Owensem. Straceniec, desperat, szczęśliwy dziwak. Dowódca Girls. Nie dorastał jak my, dzieciństwo w sekcie odcięło go od pokus. Nie jadł popkultury na śniadanie, nie zatracał się w niczym. Teraz czerpie garściami i przetwarza. Biegnie przed siebie i nic go nie zatrzyma. Mówią, że ma głos jak Costello, prawią komplementy, że jego muzyka bez ściemy oddaje ducha surf-rocka i shoegaze’u, że piosenki mają beatlesowski potencjał. On wydaje się mieć to głęboko w dupie. Chce opowiadać swoje historie, chce się śmiać i bawić, albo płakać i cierpieć. Nie przeszkadzajmy mu w tym – nadzwyczaj dobrze mu idzie.


6. Grizzly Bear "Veckatimest"


Grizzly Bear ma tzw. sound. Nie da się tego prosto wytłumaczyć, to jakieś idealne oddziaływanie na siebie czynników, które składają się na tworzoną muzykę. Wszystko współgra, wszystko pasuje idealnie, a przy tym jest na tyle charakterystyczne, że można poznać od razu z kim ma się przyjemność. I z płyty na płytę ten sound ewoluuje. „Veckatimest” to taki moment w ich działalności, że nie wiadomo co zdarzy się dalej. Są tak wysoko, że albo wybiją głową dziurę w suficie, albo znajdą nierówność i posuną się jeszcze o milimetr, albo po prostu przejdą do innego pokoju.



5. Bibio "Ambivalence Avenue"


Miała kiedyś powstać recenzja tej płyty, ale nikt nie wiedział jak się za to zabrać, mimo, że leciała w kółko dobry miesiąc. Bibio nagrywa w Warpie i tam tak mają, że etykietek więcej niż utworów w dorobku, a i tak każda to pudło. Są tu melodie tworzone jak po LSD w latach 60tych („Ambicalence Avenue”), jest trzeszczące funkowe „Jelous of Roses”, folkowe hipisowskie „All the Flowers”, moje ulubione samplowane i o mały włos taneczne „Fire Ant”, tripowe psychodeliczne „Sugarette”, a czasem słyszę nawet coś a la Simon & Garfunkel („Abrasion”, „The Palm of Your Wave”). Nie da się tego spiąć jedną klamrą, ale nie da się też wybrać po jednym. Trzeba zanurzyć się w całości. Razem z głową.


4. The Pains of Being Pure at Heart "
The Pains of Being Pure at Heart"

Ostanie lata to solidny powrót shoegaze’u. Brooklińska grupa podeszła popowo do tematu i wyszło im znakomicie. Świetnie się tego słucha i rozkminia jak to fajnie być melancholijnie rozmarzonym. Dużo przesterowanych gitar, egzystencjonalne klawisze, pluskający basik i stosunkowe smutne tematy zaśpiewane głosem pełnym nadziei i pogodzenia się z własnym jestestwem. Niech żyje The Jesus And Mary Chain.





3. The Horrors "Primary Colours"

Przykład na to jak nie zostać zapomnianym. Po debiucie w stylu „miło było was poznać”, The Horrors wydali album mogący się mierzyć z coldwave’ową klasyką. Dorośli chłopaki. Choć nazwa będzie się za nimi ciągnęła jeszcze przez parę albumów, to już groteska i czarny humor nie mają tu miejsca. Wszystko jest na serio. Jest przerażająco zimno i nie ma miejsca nawet na skrawek uśmiechu.






2. Phoenix "Wolfgang Amadeus Phoenix"

Poprzednia płyta Francuzów też była fajna, nawet bardzo, ale ich tegoroczne dzieło to po prostu maestria gitarowego popu. Tamte piosenki podśpiewywałem sobie pod nosem – te analizuję rozkładając na czynniki pierwsze. Zostawmy już tracki nr 1 i 2, dalej też się dzieje: zabawowo-imprezowe „Fences”, math rockowe instrumentalne (no prawie) „Love Like a Sunset”, nostalgiczne „Rome”, przebojowe „Girlfriend”, oh-jak-bardzo-melodyjne „Armistice”. Czujecie to? Jak prowadzone są gitary, jak rytm trzyma wszystko w kupie, jak do rangi głównego instrumentu urasta głos Thomasa Marsa – przy w miarę jednostajnej melodii potrafi on wykręcić dwie zwrotki i refren – każdą inną. Bawicie się? Ja tak. Z klasą. Słuchanie Phoenix to jak równoczesne uprawianie seksu, jedzenie lodów Häagen Dazs i czytanie Tołstoja.

1. Japandroids "Post-Nothing"

Japandroids „Post-nothing” – Może to mocne słowa, ale ta płyta silnie oddaje atmosferę dzisiejszego pokolenia. Między noise’ową gitarą, a uderzeniem perkusji znajdują się wykrzyczane teksty o kończącym się dzieciństwie, alienacji, potrzebie ucieczki. Banalne, ale niesamowicie prawdziwe i urzekające. Na tym LP każda linijka jest pretendentem do tatuażu. Czy dekadenckie „We used to dream/Now We worry about dying” czy werterowskie “After her/I quit girls”. Prawdy o życiu, podane à la ciężkie uderzenia prosto z garażu. To naprawdę sztuka być w przekazie tak poruszająco romantycznym, a z drugiej strony łoić w instrumenty ile wlezie.

PS. Kanadyjczycy na koncertach u nas w styczniu. Widzę wszystkich.


foto by Ecia: http://ewadyszlewicz.blogspot.com/