Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 maja 2014

Ronika „Selectadisc” – Synth-popowa Zosia Samosia



Ronika, muzyczny Robin Hood z Nottingham, który zabiera bogatym (sample) i daje głodnym (muzyki),  wydaje długo wyczekiwany debiut (5 lat! - teraz wiem co musieli czuć fani po wydaniu  "First and Last and Always"). Jak sama zapowiadała ta płyta ma być „a pop punch-in-the-face”. Ale nie tylko można tu po mordzie dostać,  przeżyć upadek z 10-tego piętra, czy zaliczyć ciężar 16-tu ton na twarz, ale też być poszatkowanym przez sieczkarnie niczym Lundgren w finale "Uniwersalnego Żółnierza".

„Selectadisc” jest dla mnie nigdy niewydaną płytą Madonny, pomiędzy debiutem, a „Like a Virgin”, z większym naciskiem na samplowane disco i inspiracje Tom Tom Club. Co prawda, połowę materiału dobrze znamy i lubimy, bo te kawałki ukazały się na wcześniejszych EP’kach, np. "Forget Yourself" czy "Only Only". Ten ostatni to właśnie to 10-te piętro - od pierwszych sekund zaczynasz spadać, twoje serce bije coraz szybciej, nie wytrzymujesz, tracisz oddech, roztrzaskując się o zimny beton, ale to przecież dopiero drugi kawałek na płycie! Znamy też „In the City”, „Clock”  (wersja z Charlses Wahsingtonem - jazzman z lat '80, refren „Break your clock/I am gonna’ hold you up” – ja chcę do mamy! i te łamańce na końcu), „Wiyoo”, "Rough N Soothe” – ja jebie!, czy „Paper Scissors”.  To są rzeczy które stały się już powerplayami, i lądowały na podsumowaniach rocznych, a mamy tu też przecież  całkiem nowe manieczki (cały album to aż 14 kawałków!). O każdym z nich można by napisać całą recenzję, "tyle wygrać!".

Po krótce, bassowe pulsacje na "Shell Shocked", przeradzające się w analogowe muśnięcia klawisza i TEN REFREN,  nie tylko dzięki tytułowi, można porównać do rozpierdalającego "Shell Shock" New Order. Dalej mamy mini arcydzieło "What's In Your Bag". Nie wiem nawet jak pisać o tej perełce, trzeba jej po prostu posłuchać - to co tam się dzieję na poucinanych, orkiestralnych samplach. I ta słodziuśka wyliczanka w refrenie. Słucha się tego, jakby to był nieodkryty klasyk z lat 80 i będzie przez następne 30 lat. "Earthrise" - płacząca w poduszkę Kim Wilde, zawodzące zaproszenie do wspólnego życia. „Video Collection” - czy może być coś bardziej old(true)-schoolowego niż wypożyczalnia kaset?  „1000 Nights” – już nie mogę, niech ona przestanie, bannger za banngerem, to jest hymn to jest „Hymn”. To są rzeczy który lecą non-stop na stajach ’80 classic. Nie ogarniam. Zamknięcie płyty „Siren Search”, to motoryczne początki new romantic, jakiś Human League, który wzorował się na ABBA. Brak wypełniacza. Leżę nieprzytomny.

Nie zawsze tak długie czekanie okazuje się dobre dla całego LP (casus Kamp!), ale w tym wypadku ta dziewczyna pokazała, że wie co robi. Ktoś powie, ok, ale po co tworzyć coś co już powstało i było dobre 3 dekady temu. Odpowiem: dobrych hook’ów nigdy dość, a do tego jak dołożysz serducho może powstać coś, co zawróci w głowach. Odwrotnością tej płyty może być La Roux sprzed 5-ciu lat, która także prezentowała dobrze wyprodukowane ejtisy, ale czuło się jednak zimną kalkulację. Veronica Sampson, śpiewa jak Madonna, produkuje w sypialni, gra na wszystkich instrumentach i komponuje niczym Michael Jackson.

PS. Komunikat do dwóch Panów w kaskach: nie trzeba było zapraszać ani Morodera, ani Nila Rodgersa. Nie trzeba było nawet nagrywać swojej płyty. Wystarczyło poczekać na Ronike.

wtorek, 20 maja 2014

Coldplay - The Great Rock'n'Roll Swindle, czyli dlaczego Coldplay jest najbardziej przereklamowanym zespołem ever


Zaczęło się niewinnie - syn nauczycielki śpiewu założył zespół, który bezceremonialnie wziął fragmenty "Grace" Buckleya czy nawet trochę "The Bends" (aż mi się ręka trzęsie jak piszę tę nazwę razem z Coldplay w jednym poście) i wyszło. „Parachutes” to zestaw "ciepłych", "ładnych" ballad, wprost do radia. Niestety,  na tle tych wielkich płyt które wymieniłem, to po prostu wtórność.

Druga płyta ("Dopływ krwi do mózgu") była tylko powtórką z rozrywki, ale podobnie jak debiut, miała za sobą listę pochlebnych recenzji, a także wysokobudżetowe klipy. Została wyprzedana na pniu. Wsłuchując się w instrumentarium i zdolności muzyków, na tych dwóch płytach, są one naprawdę mierne. Biorąc za benchmark ich inspiracje: Edge, Greenwood, Buckley, to tak jakby porównać rapy Masłowskiej do Chucka D z Public Enemy.

Na trzecim krążku „X&Y” nie mieli wyboru. Nagrali bombastyczną, stadionową płytę z singalongami typu "Fix You", "Speed of Sound" czy "Talk" (ten
z motywem Kraftwerku – hołd czy kryzys twórczy?). Martin krzyczy, słychać wzniosłe Hammondy, perkusja jest szybsza, wszystkie gitary są na delayu.
I wiecie co? Wydaję mi się że to ich najlepszą płyta. Nie pod względem materiału, broń Boże, ale dlatego że są tutaj naprawdę szczerzy  - dostajemy wykalkulowany Arena Rock z aspiracjami bycia U2 z okresu po "POP". I nic poza tym.

Kiedy uwierzyli, że są U2, Martin zaczął bawić się w papiestwo (podobnie jak Bono), a do wyprodukowania czwartego „dzieła” zaproszono Briana Eno (producenta „The Joshua Tree” i Unforgettable Fire”). „Teraz będzie na poważnie, ubierzemy się w „rewolucyjne” ciuchy, na okładach umieścimy malowidła i będziemy śpiewać o walce dobra ze złem”. Patrząc z perspektywy, zatrudnienie Briana Eno było dobrym wyborem. Wiadomo nie od dziś, że gościu  potrafi zdziałać cuda i zmienić oblicze niejednego zespołu. Martin przesunął się na dalszy plan, ważniejsza stała się struktura piosenek, piosenki są też dłuższe, co daje miejsce na lekkie eksperymenty z brzmieniem (np. środek kawałka „42”, zasłonięty wokal w „Yes” – prawie jak mbv ;)), a także kilkuczęściowe kompozycje. Pomimo dobrej woli Eno (w końcu nie dostał kasy tylko za siedzenie w studio), nadal znajdzie się kilka coldplayowych męczyworów  (kawałek „Viva la Vida” – stary Coldplay + skrzypce + chóralny zaśpiew, brrrrr; singlowy „Violent Hill”). Chęć pójścia w innym kierunku okazało się tylko działaniem zwiększenia grupy docelowej  o  target, który nie traktował ich poważnie (o czym przekonamy się na następnej płycie).

„Panowie, zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. Nagraliśmy płytę z Eno, jak ktoś się dał zrobić w chuja to dobrze, ale nie chce mi się jeszcze raz zamykać z Łysym w studio i rozkminiać sub-harmonie. Kurde, jesteśmy sławni tak? Występujmy na stadionach, tak? Dawać mi tu syntezatory, kto tam teraz na billboardzie jest? Rihanna, dawać ją. Będzie wixa. To ma lecieć wszędzie, nawet na RMF MAXXX lub Planecie. Mają to puszczać pomiędzy Skrillexem, a Pitbullem.  A co do koncertów, to musimy coś podkręcić pod dzieciaków. Szwagier robi w agencji marketingowego, robił ostatnio globalną kampanie pod Nike Run. Takie opaski świecące mają. Będziemy to rozdawać przy wejściu, a w trakcie manieczek będziemy świecić do rytmu. Takie Mylo Xyloto?” –„Chris co to jest Mylo Xyloto?” – "Nie wiem, ale brzmi jak 10 milionów dolarów, hehehe.”


Jadę samochodem, słucham radia, spiker smutnym głosem oznajmia że Chris Martin jest ostatnio
w rozpaczy. Rozstał się ze swoją żoną Gwyneth Paltrow. Ta celebrycka miłość nie mogła trwać wiecznie. Spiker opowiada, jak bardzo te doświadczenia wpłynęły na nową płytę Coldplay „Ghost Stories”. To niemal spowiedź człowieka, który przeżył rozpad związku, mówi. Puszcza „Magic”. W tym samym czasie mijam McDonald'sa. Dźwięki automatycznej perkusji, wchodzą w interakcje z żółtym łukami w kształcie „M”. Muszę się zatrzymać, wymiotuję…

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Q1 2014 Coldaim Music Review


Płyty aspirujące do płyt roku:

·         Beck "Morning Phase" - za przywróceniu muzyce spokoju
·         Behemoth "The Satanist" - za uczynienie death-metalu przyjaznym (sic!)
·         Cloud Nothings "Here and Nowhere Else" - bo na żywo byli gówniani i obiecywałem sobie, że już nigdy więcej
·         Mac DeMarco - "Salad Days" - bo niby się powtarza, ale wciąż daje loserom nadzieję
·         Merkabah "Moloch" - za czołgi
·         Angel Olsen "Burn Your Fire for No Witness" - za echa country, magię dream popu, czysty folk i nie bycie kolejną z sióstr Olsen
·         Pablopavo "Polor" - w tej chwili najlepsze „pióro” w Polsce
·         RATKING  "So It Goes" - za świeży głos w sprawie duchoty miasta
·         St. Vincent "St. Vincent" - za te gitary, które brzmią jak syntezatory
·         Sun Kil Moon „Benji” - za muzyczne „True Detective”

Płyty które fajnie grzeją:

·         Bibio "The Green" (EP) -  Stephen Wilkinson niepokojąco udaje Stevena Wilsona, ale poza tym wszystko działa bez zarzutu.
·         Dum Dum Girls "Too True" – za 4AD w SubPopie
·         Elbow "The Take Off and Landing of Everything" – za szczerą prostotę, bez napinki
·         EMA "The Future's Void" - za te trippy lata 90te, które wciąż trzymają się mocno i miły hołd dla PJ Harvey.
·         Katy B "Little Red" – bo euro-dance’y nigdy nie zginą
·         Mogwai "RAVE TAPES" – naśladowców było wielu, ale po latach okazuję się, że tylko oni…
·         Owls  "Two" - kiedyś byli emo, potem się zabili, a teraz lubię słuchać ich w autobusie
·         Real Estate "Atlas" - za przyjemne bycie serio

Płyty które powinny być cool, a nie są:

·         Mø  "No Mythologies to Follow" - ile jeszcze tego swagu musi w Wiśle przepłynąć?
·         Pharrell Williams "G I R L" - wstyd wypuścić coś takiego po ostatnich Timberlake’ach
·         Pustki  "Safari" - za dużo tu takiego szczęścia, które mnie smuci
·         Warpaint "Warpaint" – zawartość dream popu w dream popie 

A tutaj można posłuchać wybranych manieczek z powyższych płyt. Selected by Coldaim:

Coldaim - Q1 2014 in Music

wtorek, 23 lipca 2013

10 najbardziej niedocenionych kawałków Depeche Mode



W związku z koncertem Depeche Mode w Polsce postanowiłem zrobić mały, niecodzienny przegląd kawałków DM. Będzie to 10 utworów, które w jakiś sposób nie zaistniały w mainstreamie, nie leciały ma MTV, nie są też często grane na koncertach. Nie będzie tu żadnych Enjoyi ani Personali. Będą to kawałki, które moim zdaniem powinny wejść do kanonu DM, ale w jakiś sposób nie weszły. Kolejność chronologiczna, zaczynając od najstarszego. Have fun!

1. "Photographic" (1981)

Zaskakująco mroczny jak na raczej "weselną" stylistykę "Speak & Spell". Kawałek napisany oczywiście przez Vincenta (jak prawie cały debiut), który wolał mocne, szybkie, syntetyczne pasaże (co potem pokaże w Yazoo), niż proste, chwytliwe melodie Gore'a. Kawałek spokojnie może być zakwalifikowany do dark-electro. Trochę Gary Numan, trochę Soft Cell, trochę starego Ultravox. Zimny głos Gahana z punkowym zaśpiewem "Let's Go" w środku, szept Clarke'a i te niepokojące analogi.





2. "The Sun and the Rainfall" (1982)

Niestety materiał z "Broken Frame" nie okazał się tak fascynujący jak jego okładka. I pewnie nikt nie zwróciłby uwagi na drugi album DM, gdyby nie ona. Po odejściu Vincenta, Gore został głównym kompozytorem. Nie dość, że kompozycje niedojrzałe w porównaniu do debiutu, to jeszcze ktoś powiedział Gahanowi, że nie umie śpiewać bo przez większość kawałków raczej mruczy. Na szczęście na "Broken Frame" znalazła się perełka, która stanowi podwaliny późniejszych stadionowych singalongów. W 1:23 dostajemy coś co w przyszłości będzie wizytówką DM - podniosły, pewny siebie, hymnowy zaśpiew Gahana: "Things must change" (podwalina pod "Black Celebration", "Never Let Me Down", "Enjoy the Silence" itp.), przeplatany w drugiej części kawałka przez Gore'a.




3. "More Than a Party" (1983) 

Chyba pierwszy kawałek w klimatach S&M w ich dorobku. W późniejszych latach cała ich twórczość będzie opierać się na tych schematach. Kawałek pasuje raczej do Nicka Cave'a, niż do grzecznych chłopców z Basildon (co więcej, "From Her to Eternity" wyjdzie dopiero za rok). Ciągle przyspieszające pianinko, duszna atmosfera i hedonistyczna jazda po nocnych klubach. "That it's more than a party, it's a whole lot more" - każdy fan Depeszów wie, że z DM chodzi więcej niż o imprezę.




4. "Stories of Old" (1984) 

Zawsze wydawało mi się, że ten kawałek składa się z kilku piosenek. Trudno podzielić go na klasyczną zwrotkę i refren. Raz przyśpiesza, raz zwalnia, raz wchodzi nowy bit, raz powraca stary o którym się już zapomniało. Pomimo upływu 29 lat (OMG!), "Stories of Old" zachwyca swoim brzmieniem (sprawdźcie na dobrych słuchawkach). Jeżeli ktoś potrzebuje inspiracji to proszę: Hot Chip, Yeasayer, Grimes, Crystal Castles.





5. "Here is the House" (1986)

Współczuję temu kawałkowi, że znalazł się właśnie na "Black Celebration". Konkurować z wszystkimi klasykami na czarnym albumie (wow, to Depesze mieli swój czarny album? ;) to trudna sprawa. Może gdyby znalazł się na "Music for the Masses" do dzisiaj byłby grany na koncertach. 
Ta pościelówa daje namiastkę geniuszu Gore'a. Prosta, ale z drugiej strony poruszająca linia melodyczna, która już po pierwszym przesłuchaniu zostaje w głowie. Aha, jak komuś się podobał daftpunkowy OST do "Trona" to niech się wsłucha w podkład w 0:34.





6. "To Have and to Hold" (1987)

Zawsze gdy czytałem wywiady z doom metolowymi kapelami (My Dying Bride, Moonspell) często jako inspiracja pojawiało się DM. Nawet Varg ostatnio wygadał się, że siedząc w swojej chatce w lesie, knując zamach który uratuje Europę (biedny Varg :)), słucha głosu Gahana. Jeżeli ktoś, myśli że to przypadek, to niech lepiej włączy ten kawałek bo "To Have and to Hold" to naprawdę ciężki materiał. Chyba nawet sami Depesze, wystraszyli się kierunku w który się zapędzili i skończyli go już w trzeciej minucie. Jednak w prawdziwym życiu było wręcz odwrotnie i tekst z "To Have and to Hold" przestanie być już tylko fikcją.





7. "Rush" (1993)

Nie będę ukrywał, że to mój ulubiony rozdział w historii DM. Na trasie promującej "Violator", Gahan uwierzył, że jest Bogiem (w sumie mu się nie dziwie ;)), a przynajmniej Jezusem. Zapuścił włosy, brodę, wytatuował ciało, zamknął się w willi w LA, aby przyjmować kilka zastrzyków heroiny dziennie i malować obrazy. W trudach i znojach, narodziła się jednak przepiękna, mistyczna płyta "Songs of Faith and Devotion", która zjednała także publikę rockową. Między innymi dzięki rozszerzeniu brzmienia o żywą perkusję i bardziej przesterowaną gitarę Gore'a. 
Hedonizm Gahana musiał odbić się także na kolegach z zespołu. W trakcie morderczej trasy promującej "SOFAD" (trwającej dwa lata, prawie 150 koncertów) Gore wpadł w alkoholizm, (z którego uwolnił się dopiero 6 lat temu), Fletcher wrócił do Londynu, aby leczyć depresję, a Alan Wilder odszedł z zespołu nie mogąc wytrzymać destrukcyjnej atmosfery. 
"Rush" to jeden z najbardziej dynamicznych piosenek na "SOFAD. Połamana elektronika niczym Nine Inch Nails, z wybijanym rytmem przez Wildera. Gahan pewny jak nigdy. Nic go nie zatrzyma. Uwierzył, że jest niezniszczalny (mimo, że jego organizm musiał przyjmować zastrzyki z witaminami w przerwach pomiędzy kawałkami na Deviotional Tour). Tytułowy "pośpiech", zaprowadził go jednak donikąd. Konsekwencją będzie nieudana próba samobójcza i dwuminutowa śmierć kliniczna. Odkupienie miało dopiero nastąpić.



8. "Insight" (1997)

W trakcie nagrywania płyty „Ultra” Gahan był wrakiem człowieka. Podobno wokale do części kawałków nagrywał na siedząco, nie mogąc utrzymać się nogach (np. „Sister of Night”). Sesja przeciągnęła się do roku czasu. W międzyczasie Dave ujrzał białe światełko na końcu tunelu (śmierć kliniczna). I jestem pewien, że „Insight” było nagrane już po tym zdarzeniu, bo to swoisty psalm o odrodzeniu: „This is the first chance/To put things right/Moving on/Guided by the light”. Wreszcie sprawy mogą wyglądać inaczej. To nie musi być koniec, gdyż płomień nadal się tli: „And the spirit of love/Is rising within me/Talking to you now/Telling you clearly/The fire still burns „. 

Moim zdaniem to jedne z najbardziej szczerych i zarazem optymisycznych kawałków DM  w ich dorobku. Przed nimi nowy, bardziej dojrzały rozdział. Czas na płyty o bólu i cierpieniu ale już na trzeźwo.



9. "Lilian" (2005)

Robert Smith w 1992 roku, przed wydaniem pierwszego singla mającego promować "Wish", ukrył istnienie "Friday I'm in Love" przed wytwórnią. Chciał aby "High" wyszło najpierw, jako bardziej reprezentatywny kawałek dla całego albumu The Cure.
W przypadku "Lilian" mamy chyba podobny przypadek. Jakim cudem ten kawałek nie stał się pełnoprawnym singlem to ja nie wiem. Dostajemy czysty synth-pop w nowoczesnej produkcji. Tyle lat człowiek musiał czekać, aby DM nagrało coś tak korzennego i lekkiego.



10. "In Sympathy" (2009)

Że też po tylu latach mają jeszcze siłę żeby nagrywać płyty naprawdę na poziomie, bez odcinania kuponów. Chociaż "Sounds of the Universe" nie miażdży tak jak "Violator" czy "Playing the Angel" to ma naprawdę sporo ciekawych momentów.
"In Sympathy" to bardzo swobodny kawałek, z wykrzyczanym refrenem w stylu "Blasphemous Rumours". Po tylu przygodach w karierze i w życiu prywatnym, wzlotach i upadkach nic nie mogło zabrzmieć tak prawdziwie jak:

"You're bright, you're strong
You know your right from wrong
At least to some degree
You're wise, you're tough
You've heard the lies enough
You smile in sympathy".




czwartek, 19 maja 2011

Edyta Bartosiewicz "Witaj w moim świecie": Gorsze dnie Edyty B.




Edyta Bartosiewicz swoją kolejną płytę zapowiadała prawie tak długo jak Gunsi. W 2002 roku miała być już zaraz – poszedł singiel, teledysk, BMG nawet opłaciło jej studio. Ale potem gościnne występy na 10-lecie tego i 45-lecie tamtego, współpraca z Krawczykiem i inne chałtury. Rok temu znów na spowiedzi u Metza obiecywała, że „Tam, dokąd zmierzasz” ukaże się za rok. Nie wiem czy Edyta wie dokąd zmierza i czy przekładanie terminu to zwykłe obiecanki-Czeczenki, ale dziewczyna mogłaby coś wreszcie wydać i wyjść z mrocznego miejsca, w którym podobno się znajduje. Nie tylko dlatego, że każdy sobie podśpiewuje bez obciachu „Jenny” kiedy poleci w zetce czy innej esce, albo tak jak ja po kilku piwach zaczyna śpiewać „Ostatniego” czekając na wers „w salonie wśród ciepłych świec już nigdy nie zbudzisz mnie” i za każdym razem niemiłosiernie w nim fałszując. Także dlatego, że komu jak komu, ale takiej gwieździe polskiego rocka jak ona wydać płytę w tym kraju, która na dodatek ma gwarantowane kilka tygodni na szczycie listy OLIS-u jest niezmiernie prosto. Przynajmniej pozornie, bo odkąd sięgam pamięcią z Edytą zawsze było coś nie tak.


Oto jest, nowy, pierwszy od 9 lat solowy singiel Bartosiewicz. Niby na ścieżkę dźwiękową filmu o Kubusiu Puchatku, ale to wcale nie główny zarzut. Stara czołówka do serialu z wysublimowanym wersem „ramboli bamboli na dąb łasować miód”, którą śpiewał Władysław Grzywna to przecież było coś. Można? Można. Ale nie nastawiajcie się zbytnio – Edyta chyba nie do końca zrozumiała koncept cyklu, a i numer to trochę nijaki. Na odradzanie się z popiołów raczej bym nie liczył.

Zaczyna się i od razu masz wrażenie, że Edyta drepcze po swoich własnych śladach niemal tak samo jak niegdyś robili to Kubuś z Prosiaczkiem. Najbardziej rżnie z „Zegara”, ale to może być tak naprawdę jej każdy numer i zarazem żaden. Naprawdę bardzo słaba to mruczanka. Poza tym to ma być piosenka dla dzieci? Spike Jonze musiał przemontować „Where the Wild Things Are”, Bartosiewicz tez ktoś mógłby szepnąć słówko, że powinno być trochę mniej depresyjnie i sennie. Rozumiem, że muzyka to terapia, ale co milusińskich obchodzą autobiograficzne wątki niezdarnie ukryte pod warstwą słabego tekstu? „Gdy nadejdą gorsze dni razem łatwiej je przetrzymać” – śpiewa artystka, a nam stają przed oczami godziny terapii, lęków, wycieczki do nocnego i kilka miłosnych zawodów. Kiedyś Kubuś Puchatek zachęcał do wyjścia z domu, a teraz Edyta Bartosiewicz zaszyta w swojej melinie zmęczonym głosem błaga o pomoc. Edyta! Nie strasz dzieci. Chyba że ja nic nie wiem i nowa kinowa wersja opowieści o Puchatku to memuary Kłapouchego.

sobota, 19 lutego 2011

Radiohead "The King of Limbs": 8-Track Demo


Wygląda na to, że kolejny raz forma przyćmiła treść. Znów dostaliśmy płytę z zaskoczenia i mimo że tym razem przecież się tego spodziewaliśmy, to i tak nie obyło się bez kilkudniowej ekscytacji. Radiohead wie jak dawkować emocje, szkoda tylko, że większość z nich mija po pierwszym przesłuchaniu nowej płyty.

Mój serdeczny kolega powiedział mi kiedyś o swoim idolu: „Nawet jeśli Gahan wydałby płytę z serią pierdnięć i beknięć, to i tak podekscytowany przesłuchałbym ją wielokrotnie i zaczął analizować”. Tu jest trochę podobnie – bardzo sympatycznie i miło, że jest coś nowego, ale nazywanie tych 8 utworów nowym albumem to trochę jednak przesada. Mogliby zrobić tak jak Albarn – poudawać, że to ciekawostka nagrana w hotelu na iPadzie i wszyscy przybilibyśmy sobie piątkę. Teraz natomiast mam wrażenie, że wcinam pyszny kisiel za pomocą widelca. Niby coś pachnie, ale przelatuje i wraca do miski.

Otwierające „Bloom”, którego początek przypomniał mi motyw z legendarnego numeru MC Dipensa, to bardzo mechaniczny i zapętlony utwór bez żadnego właściwie momentu szczytowego. Ci, którzy już nie łyknęli „Kid A”, z rozrzewnieniem wspominają „The Bends” i co jakiś czas mają nadzieję na powrót ich ulubionego zespołu, kiedy ten kusi ich takimi kawałkami jak np. „Bodysnatchers”, powinni po „Bloom” o „Radiogłowych” zapomnieć. Cała reszta niech lepiej na te 5 minut wróci do solowej płyty Yorke’a.

„Masz niezły tupet, żeby tu przychodzić”, rzuca agresywnie Yorke na początku „Dzień dobry, panie sroko”. Jest dużo ciekawiej niż w poprzednim numerze, choć dalej nie odkrywczo. Ale raz, że zbudowane jest toto na gitarach, a dwa, że bas chodzi jak marzenie. No i wreszcie coś się dzieje, ale po co aż 4:40 i te odgłosy ptaszarni na koniec, które przecież jeszcze tu wrócą?

„Little by Little” to nie Oasis pamięci żałobny rapsod, ale autopowtórka z rozrywki pt. „I might be wrong 2”. Całkiem przyjemny utwór, dopóki nie puścicie sobie jego protoplasty.

Znów lekkie zdziwienie, że coś tak remixowego i mglistego jak „Feral” zafunkcjonowało jako 12.5% nowej płyty Radiohead. Dobry to numer, dubstepowy nawet, choć potrzeba czegoś więcej niż połamanych rytmów, żeby zadziała się magia (patrz następny).

„Lotus Flower” poznaliśmy odrobinkę wcześniej – zanim zespół uraczył nas płytą, pokazał teledysk. Jeśli tańczyliście kiedykolwiek do „Idioteque”, to potańczycie i teraz – Thom na przykład giba się jak marzenie. Ale oprócz energii, zawsze bujających handclapów, trzecio i czwartoplanowej głębi jest też ciekawa wokaliza. Jeden z dwóch albo trzech „trzeba przesłuchać” na tej płycie.

10 lat temu Thom wskakiwał do rzeki, teraz daje nura w jezioro, a podkład pozostaje podobny. Pianino miarowo gra zapętlony motyw, śpiewają wieloryby, tylko patrzeć jak powstanie animowany teledysk o podwodnej podróży – tym razem może w 3D. Zaletą „Pyramid Song” był pewien niepokój, „Codex” natomiast jest nieznośnie chilloutowy, do tego niepokoi mnie jego stadionowy potencjał. Plus znów zabawa „rozpoznajemy gatunki ptaków ozdobnych”.

Wielogłosowe „Give Up The Ghost” nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia – mam podobne odczucie jak przy „House of Cards” – zbyt dopieszczone, a przez to nudne. Zdecydowanie lepszy jest wieńczący całość „Separator” - dość konkretny jak „Lotus Flower” i z ciekawymi sennymi wokalami (i równie sennym tekstem). Bardzo dobra robota Colina, ale doznawać można dopiero kiedy w 2:32 wchodzą gitary.

Chciałbym, żeby mottem „The King of Limbs” były zapętlone słowa z „Separatora”: „If you think this is over/ Then you’re wrong”. Miło by było, gdyby za tydzień Radiohead podrzucili nam jeszcze trochę nieco lepszego materiału. Wydaje mi się jednak, że sprawcy najpierw muzycznej, a potem fonograficznej rewolucji wyznają teraz zasadę „nie ważne co wydajesz – ważne, że z zaskoczenia - ważne, że nowe”. To chyba resztki megalomanii na którą mogą sobie pozwolić. Teraz zapewne większość z nas przymknie z pobłażaniem oko na ten średniawy album, ale przed przygotowaniem następnej niespodzianki Radiohead muszą się naprawdę postarać.

http://thekingoflimbs.com/


czwartek, 25 listopada 2010

Kanye West „My Beautiful Dark Twisted Fantasy”: Z igły widły


Poniedziałek 22 listopada zapowiadał się spokojnie. Poranne newsy, choć wyraziste, były raczej echem wydarzeń weekendowych. Benedykt XVI klepał się po plecach z WHO w sprawie prezerwatyw, Chińczycy uratowali swoich górników, a Damon Albarn i jego małpy prezentowali światu swój fenomenalny cover xxowego Crystalised, który skręcili w sobotnim programie Jo Whiley w Jedynce BBC. „I nagle: Pęęęk!!! I nagle: Puuum!!! /I nic nie widzę, czarno. Czarno i gwiazdy.” A gwiazd tych dziesięć. Dziesięć-kropka-zero-Kanye-West. Taka ocena była zupełnie nie do przewidzenia, nawet w „Moich najpiękniejszych mrocznych i pokręconych marzeniach”.

Obojętnie jaki macie stosunek do Wideł, ciężko się zgodzić z taką oceną, zarezerwowaną tylko dla reedycji i rzeczy magicznych. „My Beautiful Dark Twisted Fantasy”, choć momentami naprawdę ociera się o doskonałość, doskonała nie jest. Ma mnóstwo małych wad, kompletnie idiotyczną okładkę, a przede wszystkim jak zawsze irytującego Westa na pokładzie, który na pewno na całe to zamieszanie nie zasłużył.

Muzyczny świat kolejny raz ratuje Kanye Westowi tyłek. Kiedy rok temu strzelił po pijaku focha na rozdaniu VMA i sprawił, że z dziewiczego oka Taylor Swift poleciała łza, Ameryka była oburzona. Sam szef Obama nazwał pajacującego z butelką Hennesy’ego w dłoni Westa „dupkiem”. To zresztą nie pierwszy zatarg artysty z Prezydentem Stanów Zjednoczonych. Parę lat wcześniej mocno obruszył się George W. Bush, któremu Kanye pomiędzy Katriną, a Mikiem Mayersem wytoczył placebowy argument: you don’t care about us, w tym przypadku na myśli mając „black people”. Było tego więcej. Ale Ameryka wybacza. Ostatnim razem wszyscy rozczulili się nad śmiercią matki rapera (cóż to była za śmierć!), teraz Kanye obiecuje poprawę i rozgrzesza się płytą. Koronę cierniową już nosił, ale teraz zmartwychwstaniem przebija samego Chrystusa.


Nie ma wątpliwości, że „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” to muzyczna uczta. Miesiąc temu z ironicznym uśmiechem odpaliłem 35minutowy teledysk do „Runaway”. Chciałem go zjechać, popastwić się i pośmiać. Ale trochę nie było z czego. Obejrzałem jeszcze raz i straciłem godzinę. West jest kiepskim aktorem, to prawda, niektóre motywy z aniołem były trochę głupawe, a wieczerza przy stole z białą służbą to ostentacyjny czarny rasizm. Ale muzyka naprawdę robiła wrażenie. Tandetne wstawki i słabe momenty przy takiej ilości różnorodnego materiału zamkniętego w tym klipie można było policzyć na palcach jednej ręki.


Po dokładniejszym zapoznaniu się z materiałem zachwyca bogactwo cytatów. Kanye upchał na płycie m.in. Bon Ivera, Aphex Twina, Mike’a Oldfielda, King Crimson, The Turtles i Gila-Scotta Herona. Choć akurat cytowanie tego ostatniego w zamykającym „Who Will Survive In America” jest tanim chwytem. Owszem, podbite bitem i podkolorozywane syntezatorem robi wrażenie, ale 40letni poetycki manifest „Comment #1”, oparty na brzmieniu przyspieszających bongosów sam w sobie ma niesamowitą moc, której nie trzeba podkręcać.

Przytłaczają też goście. Dużo udziela się wszechobecna ostatnio Nicki Minaj (dla jej wersów warto w ogóle przesłuchać bangera „Monster”), Jay-Z licytuje się na wersy (to na pewno trening przed przyszłorocznym wspólnym wdrapywaniem się na hip-hopowy tron), a zbierający ostatnio tylko pochwały Kid Cudi dośpiewuje słodkie refreny. Wszyscy z najwyższej półki. Ziemia drży, kiedy pojawia się Rick Ross, kręci się w oku łezka, kiedy do mikrofonu dorwie się wreszcie RZA, nawet pijak Reakwon nie zawodzi. Wielki tegoroczny triumfator John Legend (niech podziękuje ładnie The Roots) robi z „Blame Game” prawie numer płyty. Gdyby tylko nie ta absurdalna narcystyczna końcówka z gościnnym występem Chrisa Rocka... Nawet pozornie upadłe gwiazdeczki, którymi każdy już dosłownie rzyga, Rihanna i Fergie dostają swoją szansę w postaci „All the Lights” i każdy chyba się zgodzi, że nigdy nie brzmiały tak potężnie. Sam numer jest trochę sztucznie nadmuchany i na dłuższą metę męczy, ale warto posłuchać i sprawdzić, że Riri wyhodowała sobie wreszcie jaja. Choć już pomysł, żeby do pieca dorzucić jeszcze Alicię Kiss i Eltona Johna wydaje się lekkim przegięciem. Taki bizantyjski przepych to tylko u Kanye Westa.

Skromność? Nie jest to domena Kanye. Z dystansem do siebie też u niego nie halo. Na „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” nazywa się “Malcolmem Westem”, rapuje „Sex is on fire, I'm the King of Leon-a Lewis”, grozi twórcom South Parku, którzy nie raz wyśmiewali jego grzeszki, a ekipie Saturday Night Live każe całować się w dupę. Nie, przepraszam, w sam odbyt – Kanye dokładnie to precyzuje. „Czarny Beatles? Co to? Pieprzony karaluch” – podśmiewa się z recenzentów, ale widać, że trochę go to jednak łechce. A potem składa Michaelowi Jacksonowi hołd w postaci kuriozalnego „Something wrong/ I hold my head/ MJ gone...our nigga dead!”. Co jakiś czas jednak wyskoczy z jakimś popkulturalnym porównaniem, pośmieje się z wielkiego świata, rzuci ciekawym spostrzeżeniem. Trudno wyczuć Kanye Westa, bywa genialny, ale zdarzają mu się momenty żałosne. Nie zmienia to jednak faktu, że warto wsłuchać się w to co ma do powiedzenia – w dzisiejszych czasach, kiedy docierają do nas głównie wyssane z palca wypowiedzi, plotki i pocięte wywiady można zapomnieć, że to co na płycie często jest jedyną prawdą. West to artysta bardzo trudny, ale i diabelnie inteligentny.

„Fantazja” Kanye to nie kamień milowy w muzyce, arcysolidne to dzieło, ale też nie dziesiątkowe. Jest tu masa naprawdę grubych momentów, kilka bitów i melodii, które nie chcą wyjść z głowy. Refren „Runaway”, choć tekstowo głupi jak but, to majstersztyk, pętla obrzędowego chórku w „Power” mogłaby zastąpić każdy bit, a gitara kończąca „Gorgeous” mimo odpustowego charakteru pieści ucho. Ale są tu też rzeczy zbędne. Interludium „All of the Lights” nie wnosi za dużo, to tylko ładna, choć tania podjarka możliwościami filharmonicznymi. Natomiast „Hell Of A Life” jest po prostu kiepskie – autotune’owy refren zbudowany na „Iron Manie” ratują tylko późniejsze arpeggiowane syntezatorowe pasaże. To jednak za blisko tandety jak na taką wypieszczoną produkcję. I niby prochu nikt już nie wymyśli, ale miło patrzeć jak mainstramowy hip-hop flirtuje pełną piersią z popem, za ideały obierając sobie klasykę progresywnego rocka i kłaniając się współczesnej alternatywie. Dobre, naprawdę dobre. Teraz tylko patrzeć jak Kanye Westowi znowu coś odpierdoli.

http://www.myspace.com/kanyewest

wtorek, 16 listopada 2010

Coldair: "Persephone": Towarzysz do spraw chłodu


Kiedy usłyszałem o Coldair, pomyślałem o nieczystym zagraniu ze zbyt podobną nazwą. Nasza w sumie tak naprawdę nic nie znaczy (przypomnijcie mi, to kiedyś opowiem śmieszną historię o tym jak powstała), ale zmiana tylko jednej litery to rzecz zupełnie podejrzana. Postanowiłem udawać, że Coldair nie istnieje. Nie zamierzałem go szukać. Ale znalazłem i tak.

Zupełnie mimochodem i całkiem przypadkiem natknąłem się bowiem na zespół Kyst (ale fajna nazwa, pomyślałem). Wiedziałem, że istnieje wokół nich szum, choć przepiłem moment jak na OFFie zostali pupilami Vincenta Moona. Ale potem tak się złożyło, że oglądałem ich na koncercie w warszawskim Powiększeniu. Wtedy już wiedziałem, że Coldair to Tobiasz Biliński solo. A jak jeszcze ten ostatni podrzucił mi całą „Persefonkę”, to utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że nasze dwie nazwy z zimnym członem muszą się choć raz połączyć.

Płyta Bilińskiego jest w dużej mierze szkicem. Nie przeszkadza to zbytnio, bo przy tego typu muzyce – akustycznej, pełnej przestrzeni i zarazem bardzo intymnej nieskończone myśli i utwory utkane na wątłych podstawach sprawdzają się bardzo dobrze. Dają ponadto wrażenie, że z tego może być coś więcej, że teraz to tylko przymiarka do właściwego uderzenia. Próba przed momentem, kiedy Coldair pozamiata nie tylko polskie podwórko.

„Persephone” nie jest idealna, tak naprawdę co chwilę wychodzą z niej niedoskonałości. Widać szwy tego wszystkiego, nie można udawać, że nie ma tu fałszów czy rytmicznych pomyłek. Ale to akurat zupełnie nie jest problemem, paradoksalnie to plus tej produkcji. Tobiasz Biliński, to artysta bardzo młody, człowiek mający na siebie niesamowity pomysł, taki, że aż się chce schować głowę w piasek i już nigdy nie wychodzić z zazdrości.

Półgodzinna płyta zaskakuje od razu, już pierwsze „All That Once” powoli się rozgrzewa, a kiedy pojawia się uczucie przeładowania formą i wrażenie „w tym ściankowym pociągu już kiedyś siedzieliśmy”, Biliński zupełnie odwraca kota ogonem i ostatnią niespełna minutą łamie konwencję, odciążając przy tym cały utwór. Świetna jest delikatna tytułowa „Persephone”, okraszona dęciakami i zamknięta krótkim gitarowym motywem. W ogóle wszystko tu jest na chwilę, jeżeli coś się zaczyna, to wiadomo, że zaraz się skończy, bo Tobiasz brnie dalej, bo w głowie zaświtał mu już nowy pomysł.


Najbardziej piosenkowe na płycie są przede wszystkim „Apple” (mój osobisty faworyt) i chyba najbardziej dopracowane i najkrótsze zarazem „We Could See”. To właśnie tego typu utwory ciągną ten eksperymentalny zimny powiew do przodu. Warto wspomnieć też o „Ghosts”, ze świetnym gitarowym motywem, który pojawia się w okolicach drugiej minuty i przechodzi w wyrywkową wokalizę Tobiasza, z gatunku tych, które już w polskiej muzyce z północy słyszeliśmy, ale bardzo dawno i nikt nie przypuszczał, że to może dalej brzmieć tak świeżo. Bardzo nowocześnie na tle tego wszystkiego brzmi „Blue Lights”, młode zespoły z Wysp często tak właśnie wyrażają swoje akustyczne ciągoty. Przytyk? Absolutnie nie. Raczej znak muzyki bez granic.


Wielogłosowe i harfizowane „Castle/Shack”, a potem dojrzałe i pełne prowizorycznie ukrytych emocji „You’re Not Yourself” zamykają „Persephone”. 32 minuty splecione z mgiełek aż proszą się o więcej. I to więcej nadejdzie, szybciej niż ktokolwiek się spodziewa. Tobiasz Biliński dopiero się rozkręca, rozciąga i sprawdza na co go stać. Trzeba przede wszystkim docenić jego odwagę i potencjał, nie patrzeć na niedociągnięcia, które są tu sprawą marginalną. W „Apple” śpiewa „For every time I’m born I clap my hands and I rise them high, I rise them high to get born again”. Wydaje się więc, że czeka nas jeszcze wiele narodzin. A i owym klaśnięciom nie będzie końca.


http://www.myspace.com/coldairmusic

poniedziałek, 27 września 2010

Interpol "Interpol": Ukrzyżowani


POZIOMO:
2. Julian Plenti was ....
6. D., uciekł z tonącego okrętu.
7. Zerżnęli od nich okładkę.
9. Interpol.
11. Część trzecia tego utworu przydałaby się na tej płycie.
15. Paul, dziś imitator Berningera.
16. Jedyny sensowny numer na płycie.
17. Brak różnorodności, niezmienność, nuda.



PIONOWO:
1. Szybko spada przy słuchaniu.
3. Daniel, tu grając popada w skrajny patetyzm.
4. Interpolowi gratulujemy …..
5. Ten zespół nie miał problemów z czwartą płytą.
8. Polski festiwal, na którym w 2011 roku główną gwiazdą będzie Interpol.
10. Włączyli je na pierwszej płycie, ostatnio trochę przygasły.
12. Która płyta okazała się najtrudniejsza dla zespołu Interpol?
13. „Hyper, …..” - kawałek Scootera.
14. Z olejem.
15. Rozbolały go plecy, kiedy Interpol miał pojechać z jego zespołem w trasę.

środa, 22 września 2010

Indigo Tree "Blanik": Wyżej. Mocniej. Dalej.


Takie zespoły jak Indigo Tree uderzają niespodziewanie. Zaistnieli bez fajerwerków, wydali w zeszłym roku bardzo dobre „Lullabies of Love and Death”, wszyscy się pozachwycali potencjałem, obskoczyli po 2-3 koncerty i podlinkowali teledysk do „I Am The Car”. Szacun, ale taki bardzo branżowy, dla mocniej zainteresowanych. Bo też kołysanki były to dość trudne, pełne prób i szkiców, motywów wymagających wyciszenia i skupienia. Niełatwych do wytłumaczenia. Chłopaki też zresztą nie są za bardzo gadatliwi – Peve oficjalnie się do tego przyznaje, a Filip nie po to odłączył się od Pustek i zaszył na wsi, żeby teraz robić karierę w show biznesie. Zamiast więc analizować i roztrząsać wydali szybko płytę nr 2, którą zamykają chyba usta wszystkim sceptykom powątpiewającym w debiut i otwierają szerzej tym, którzy jeszcze się po nim nie otrząsnęli. Oto „Blanik”.

„Michał prosi o słuchanie Blanika super, super głosno!”, apelował ostatnio na facebookowym profilu grupy Filip Zawada. Michał (Kupicz, producent) ma rację. Ja bym jeszcze dodał, że absolutnie niewskazane jest podróżowanie z nią na uszach w słuchawkach innych niż te o konstrukcji zamkniętej. A najlepiej nie przemieszczać się w ogóle.

„NSWE” pełni rolę intra. Trochę inne niż reszta płyty, z narastającym napięciem kłócących się smyczków (pizzicato vs. tremolo), sprawia wrażenie rozgrzewki przed koncertem. Właściwa część zaczyna się bardzo szybko, „Drymonday” mimo tego, że prawie w całości oparte jest na ciężkiej gitarze zadziwia lekkością i piosenkową formą, singlowe „Leavingtimebehind” świetnymi wokalami i przestrzenią. Czuć, że „Blanik” to produkcja najwyższego lotu, że muzycy zrobili niesamowity krok naprzód. Gdyby się chwilę zastanowić, to można wyliczać podobieństwa do światowej sceny pogłosowego niepokojącego folku. Filip i Peve nie są przecież wcale tak daleko od misternych dzieł tkanych przez Bona Ivera, wchodzą bez problemu w subtelną elektronikę proponowaną przez Thoma Yorka („Lovegaps”), i wyhamowują po skandynawsku, zupełnie tak jak Jaga Jazzist („Blanik”). Posłuchajcie ich kilkuwarstwowego wielogłosu na modłę Fleet Foxes („Consolation street”), czy intymnego szeptu w stylu Conora Obersta („Iwishweturnedintotrees”). Włączcie „Lazy”. I nie myślcie sobie, że są wtórni czy idą na łatwiznę. To nie świadome inspiracje, ale raczej wysoka klasa, światowy poziom, do którego Indigo Tree mimochodem doszlusowało. Miejmy tylko nadzieję, że robienie muzyki im się nie znudzi i nie postanowią zająć się jakimiś ważniejszymi sprawami. Bo jeśli nie oni mają być kiedyś naszą wizytówką, to kto? Nie widzę na naszej scenie kandydatów podobnego kalibru. A już na pewno nie o takiej wrażliwości.

http://www.myspace.com/indigotree

poniedziałek, 20 września 2010

Monika Brodka "Granda": Curva Grande


Nie wierzyłem dotychczas specjalnie w Monikę Brodkę, nie kibicowałem jej w Idolu, nie pokładałem nadziei później. Istniała bo istniała, hasała sobie gdzieś w równoległej rzeczywistości. Raz po raz trafiałem na jakąś plotkę-brodkę na jej temat, kiedy na salonach robiła to i tamto ,i było mi jej trochę żal, bo potencjał traciła na zupełne głupoty. Wypłynęła tak jak wszystkie gwiazdki jednego sezonu i tak jak one powoli zaczynała tonąć. Panna Nikt z ciekawym głosem, lolitka z potencjałem. Jej druga płyta, „Moje Piosenki” (debiutu nie liczę, bo to były poidolowe popłuczyny) była istnym mydłem i powidłem. Nikt nie mógł się na nic zdecydować, były momenty, ale głównie bazowały one na wyświechtanej polskiej szkole. „Znam cię na pamięć”, to było praktycznie „Zamigotał świat”, a para-osiecki „Miał być ślub” absolutnie nie nadawał się na numer dla młodej, energicznej dziewczyny. Miałem wrażenie, że instrumentalny przepych był na płycie głównie po to, żeby muzycy sesyjni mogli się popisać. Kolejne młode istnienie zostało wyssane do cna. Macie swoich Idoli.

„Granda” to zdecydowanie nowy rozdział w karierze młodej góralki. Nie to, że nagle doznała i twórczy promień uderzył w jej twarz. Pomagała jej po prostu nowa, lepsza ekipa. Monika Brodka to teraz też w dużej mierze Bartosz Dziedzic, bo to głównie jego koncepcje i rozwiązania słyszymy na tej niezłej płycie o sympatycznej okładce. Ojciec artystki, folklorysta Jan też tam coś machnął, ale przy długości i powtarzalności motywu w jego skicie „Hejnał”, myślę, że lepiej pochwalić go po prostu za spłodzenie córki. Ale już taki Radek Łukasiewicz nie dość, że napisał lwią część tekstów na płytę (te najlepsze), to jeszcze w wielu numerach złapał za gitarę. Songwriterstwem popisał się też Budyń – jego „Sauté”, wypływające z ust Brodki jest wysokokaloryczne i bardzo zmysłowe.


Dużo zarzutów pada przy tej płycie pod kątem nosowszczyzny, którą operuje tu panna Monika. Czasami faktycznie jej wykonania opierają się o pastisz (przyjemnie múmowe „Bez tytułu”, czy heyowe „Kropki kreski”), ale co z tego, skoro dzięki temu po tysiąckroć lepiej śpiewa, nie jest banalna i nie zdarzają jej się nieprzemyślane interpretacje na bezdechu á la gówniara spod bloku, obecne co chwila na płycie poprzedniej. Zresztą „Granda” także muzycznie przypomina ostatnie dokonania Heya – sporo tu bardzo dobrych i nowocześnie zaaranżowanych momentów na granicy stylów, ocierających się o gitarową alternatywę („K.O.”), subtelny folk („Syberia”) i muzykę elektroniczną, także w jej tanecznej energetycznej postaci. To, co kompletnie nie udało się Chylińskiej przy ostatniej płycie, Brodka osiąga tu bez problemu. Bez żadnej przaśności bawi się parkietowym blichtrem w tytułowej „Grandzie” - jej um-cyk jest nowoczesny, światowy i wyprodukowany bez zarzutu. Słychać la rouxowe inspiracje w mocarnej „Krzyżówce dnia”, gdzie wokale wchodzą w naprawdę ciekawe rejestry, a raz po raz przez syntezatory przedziera się góralski motyw, tak jak w pełnych przestrzeni kulinarnych „W pięciu smakach”, w którego tekście Radek napomknął o moich ulubionych „rzędach skaryszewskich drzew” – przyznaję za ten wers dodatkowy punkt. Finał „Grandy”, „Excipit” to numer poniekąd niepasujący do zestawu, śpiewany w języku francuskim. Normalnie pewnie bym się czepiał, patrzył na wszystko konceptualnie albo narzekał na akcent. Ale tu mi jakoś ten pseudo french pop działa. Wszystko do siebie pasuje. I tak w zasadzie jest z całą „Grandą”. Nie ma może jakiegoś wielkiego szału, w polskiej muzyce takie numery to też nie nowość, kilka kapel przetarło już drogę, a takie bębny to Bors u siebie w studio montuje w 15 minut. Ale dobry inteligentny pop na naszej scenie to wciąż towar deficytowy. A tym wszystkim nowym twarzom jakoś dzisiejsza młodzież nie ufa, coś im nie gra, wolą to swoje RMF MAXXX. Dojrzała „Granda” „tej laski z Idola” może być dobrym krokiem ku porozumieniu.


http://www.myspace.com/monikabrodka

wtorek, 14 września 2010

Arcade Fire "The Suburbs": Królowie przedmieścia


Przedmieścia to jeden z amerykańskich symboli, słowo klucz, wytrych do zrozumienia klasy średniej, wreszcie popkulturalna klisza, wykorzystywana bez wytchnienia od wczesnych lat 60tych. Ich absolutną unifikację wyśmiewała już 1962 roku Malvina Raynolds w piosence „Little Boxes” (patrz też „Weeds”). Ich podskórne kipienie podkreślali chociażby Lynch, Mendes, Linklater, Field i bracia Coen, a losy przedmiejskich bohaterów od początku telewizyjnego boomu obserwowaliśmy w tysiącach sezonów setek seriali. Je wymieńcie już sobie sami. Tak więc pewnie, życie w „małych pudełkach zrobionych z bele-czego, które wszystkie wyglądają tak samo” to mniej więcej to samo co egzystencja „w domach z betonu (w których) nie ma wolnej miłości”. Nuda, stagnacja, po prostu życie per se. Ale ten szorstki beton i chwiejny gips-karton bywają często czymś więcej. Pachną brudem, krwią i rzeczami pierwszymi. Miłością, rozczarowaniem i fascynacją. Na swojej nowej płycie Arcade Fire (zespół kanadyjski pełną gębą, ale bracia Butlerowie czerwony liść na sercu noszą od niedawna) przypomina całą gamę tych zapachów. Zapachów dzieciństwa.

Czy można zrobić ciekawy koncept album o dorastaniu w teksańskim Houston? Można. Zaproponować coś nowego, w pewnym sensie prostszego, nie tracąc przy tym wiarygodności? Jasne. Czy „The Suburbs” może mierzyć się z genialnym debiutem (po którym drżałem o dalsze losy zespołu) i mistyczną dwójką (po której drżałem jeszcze bardziej)? Dorównać im? Sprawić by lud doznał i oszalał na nowo?

Trzecia płyta Arcade Fire muzycznie nie jest już tak rozbuchana jest dwie poprzednie. Nikt nie pokusił się o wynajem kościoła, nie testował na siłę masy brzmień i nie wspinał się na wyżyny mistycyzmu. Jest sporo pianina, trochę mniej smyczków, ale to przede wszystkim płyta rockowa. Ściśle rockowa. Mocno rockowa. Zdecydowanie rockowa. Nikt się chyba nie spodobał takiego „prostego” podejścia do muzyki. Nikt nie myślał, że AF po prostu nagra piosenki. Większość osób od pierwszego odsłuchu wstała mocno rozczarowana. „Gdzie ta magia?” – myśleliśmy parząc czarną jak noc herbatę. „Co się stało z klimatem?” – kombinowaliśmy zapalając śmiercionośnego papierosa. Ale zaraz powrót, siad prosty, przycisk play. Bo to płyta wielu odsłuchów. Zaskakuje za drugim czy trzecim razem, ale ciągle i niezmiennie zyskuje w miarę słuchania po raz setny i dwusetny. Odnajdujemy w niej potem to wszystko, czego pozornie nie było. I wcale nie jest już tak prosto. Arcade Fire z wyżyn romantycznej abstrakcji zeskakuje na dramatyczny realizm, pełen metafor i odniesień, choć całkiem wprost rozliczający się i analizujący to, co dekadę czy dwie temu było kompletnie niezrozumiałe.

Wspaniałe tytułowe „The Suburbs”, pełne gotowych mott i cytatów, wystukanych rytmicznym pianinem. Energetyczne „Ready to Start”, „Modern Man” z tą połamaną gitarą i chyba najbardziej „widowiskowe” na płycie „Rococo”. A potem pędzące „Empty Room” z Régine, które bardzo bliskie jest temu, co działo się na „Funeral” i bardzo amerykańskie w brzmieniu, po trosze operowe „City with no children”. Wszędzie teraźniejszość miesza się z przeszłością, nostalgia z pragmatyzmem, a wszystko to dostajemy w jednej szklance w postaci gęstego snu. Wyraźnego w smaku, ale nieokreślenie mętnego, który uderza prosto do głowy.

Punkt kulminacyjny płyty to „Suburban War”: pełen zmian, gitarowych kod, dających po głowie perkusyjnych przejść, podniosłości i nostalgicznych czułości. Smutny, oczyszczający, chyba najlepszy w tym zestawie. Szybko zamazany wyścigowym „Month of May”, które utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że „The Suburbs”, nie tylko tekstowo, ale też klimatycznie, jest jedną z najbardziej samochodowych płyt, które ostatnio słyszałem. Echa kulminacji obecne są jeszcze w piosence o listach, czyli „We Used to Wait” – tak, to banalne zapętlone pianino robi tu całą robotę. Są na płycie dwa utwory dwuczęściowe i każda z drugich części jest syntezatorowym skokiem w bok. I jeśli „Half Light II” jest tylko podbudowane moogowym arpeggiem, to już „Sprawl II” ejtisowe jest bardzo mocno. Takie eksperymenty służą – to jeden z najlepszych utworów na płycie.

Arcade Fire szanują klasykę, celebrują retro i lubią powroty do przeszłości. Nie chodzi tu tylko o cytowanie mistrzów, dzięki któremu to płyta pełna amerykańskich motywów. To robili zawsze, takie przecież było „Neon Bible”. Żadna niespodzianka. Ale tu na swój niepowtarzalny kanadyjski sposób (podobnie od lat działa BSS) kontynuują ten wątek. Drążą. Zmieniają trochę podejście, są bardziej dur niż moll i nie komplikują już tak bardzo. Uderzają z siłą tysiąca odsłuchów, proponując uniwersalną wybiórczą wielowarstwowość. Chcesz prosto? A może jednak wolisz się pochylić i przeanalizować warstwa po warstwie? „Funeral” i „Neon Bible” były płytami magicznymi, aż dziw bierze, że coś takiego w ogóle powstało. Przy „The Suburbs” nie czuć tej boskiej ręki i kosmicznej iskry. Widać za to dużo ludzkiej pracy. Czas zejść więc na ziemię i docenić tę solidną i przemyślaną robotę. Nowy świadomy rozdział w historii zespołu. „Więc zejdź z gorącego chodnika/ I zanurz w trawie/ Bo tamto to już przeszłość/ tamto już minęło”.

sobota, 14 sierpnia 2010

OFF Festival 2010


Tegoroczny OFF Festival udał się niemal doskonale (zarówno logistycznie, towarzysko i muzycznie) i bez przesady mogę go nazwać jedną z lepszych tego typu imprez, na jakiej kiedykolwiek gościłem. Niech się schowają wszystkie Openery ostatnich lat. Klimat na Śląsku jest zupełnie inny. Różni się więc i grupa wiekowa i target – mam po prostu wrażenie, że tu przyjeżdżają tylko i wyłącznie osoby skierowane na muzykę, obojętnie czy są bliżej 30stki (chyba najsilniejsza grupa na festiwalu), koło 50tki, czy słuchają jej sami czy z dziećmi, czy są po prostu widzami, czy też występują, a oprócz tego oglądają to, co dadzą radę. W Gdyni nie jest to takie oczywiste, tam często jeździ się bo wypada, bo jadą znajomi, bo to morze, lato i wakacje. A tu? Miła, rodzinna atmosfera, kulturalny piknik, trzy dni pokoju i muzyki. Off Festival naprawdę wydaje się być imprezą na miarę naszych możliwości i potrzeb. Zdaję sobie sprawę, że w zeszłym roku pisaliśmy podobne peany i wychwalaliśmy OFF pod niebiosa, ale w 2010 roku nastąpił znaczny progres jakościowy i ilościowy. Więcej jest dni, artystów, miejsca, ludzi i atrakcji. W każdej z tych dziedzin jest też zdecydowanie lepiej. Oby ta rozwojowa tendencja utrzymała się.

Na dobre wyszła też imprezie przeprowadzka z Mysłowic do Katowic. Choć szkoda mi bardzo corocznego porannego spaceru po mieście i piwa na rynku, to nowy teren pod festiwal, Dolina Trzech Stawów jest dużo lepszy niż dość ograniczona przestrzennie Słupna Park. Świetne zagospodarowanie tego terenu, bliskość pola namiotowego (tym razem, dzięki gościnie Maćka, omijanego szerokim łukiem), osadzenie kompleksu gastronomicznego nad wodą, mądre ulokowanie scen, ogrodzeń i ważnych punktów sprawiło, że po 5 minutach na miejscu wiedziałeś wszystko, a do tego nie trzeba było ganiać jak idiota przez 10 minut żeby tylko dostać się z punktu A do B. Ponadto bezpośrednie sąsiedztwo sportowego lotniska urozmaiciło znacznie imprezę: oprócz kilku mokrych momentów pogoda zdecydowanie dopisywała, więc i samoloty odrywały się
co chwila od ziemi. Piknik lotniczy w rytm dobrej muzyki z piwem w dłoni – czego można chcieć więcej?

piątek, 13 sierpnia 2010

OFF Festival 2010: Dzień pierwszy


Na teren przybyliśmy dość wcześnie. Od razu pozytywne wrażenie: dużo więcej miejsca, choć sceny wcale nie były bardzo od siebie oddalone. Szybko odkryliśmy jedną z najważniejszych zalet tegorocznego festiwalu: zarówno scenę główną (mBank) jak i leśną można było obserwować z ogródków piwnych, co przy koncercie mniej ważnym było niewątpliwą zaletą, bo odwodnić się na tego typu imprezie nie można. Ta opcja przydała się szybciej niż myśleliśmy – otoczeni przez wyjątkowo paskudną burzową chmurę spoczęliśmy z piwem w ręku na leżakach pod wielkim parasolem i obserwowaliśmy jako nieliczni otwierającą tegoroczny Off grupę Hotel Kosmos, która dość szybko nam się znudziła. Aczkolwiek w kontekście koncertującego kawałek dalej na leśnej scenie innego zespołu, byli naprawdę do przełknięcia. You call it a sound, we don't.

Na łopatki rozłożyła nas za to Potty Umbrella (nazwa bardzo na temat, choć kiedy grali parasol nie był już potrzebny), twór byłych członków Something Like Elvis (choć jak się okazało parę godzin później wcale nie takich byłych). Pięć dłuższych, instrumentalnych form, noszących znamiona jazzu, bluesa i psychodeli, ze świetną, mocno wchodzącą w retro gitarą prowadzącą Sławka Szudrowicza i kapitalną sekcją rytmiczną. Słyszałem o nich, nie słyszałem ich. Teraz wiem czym będę męczył bardziej konserwatywnych znajomych. O tej samej porze w namiocie występował Newest Zealand, nowy projekt Borysa Dejnarowicza, którego nie ukrywam, że byłem trochę ciekaw. Podobno Porcys robił weselny pociąg, wszyscy się uśmiechali i było fajnie. Mimo wszystko nie żałuję, że postawiłem na PU.

NP. to nowy rozdział w karierze poznańskiego Napszykłat. Na leśnej scenie rozpoczęli swój dość nowoczesny, a jednak oparty na bicie i słowie występ akurat wtedy, kiedy pojawiło się upragnione słońce. A że są bardzo zabawni, mają świetne wpadające w ucho teksty i muzycznie robią zamieszanie, to od razu wszystkim zrobiło się jakoś weselej. Porównania do Cypress Hill? Bardzo na miejscu. Konotacje z Beastie Boys? A czemu nie. (Ktoś z tłumu w końcu krzyknął „Sabotage!”). „Derek” brzmiący trochę jak „Out at the Pictures” Hot Chip? Zdecydowanie. Początek renesansu polskich okolic okołohiphopowych? Tym razem można się odważyć i pomarzyć.



Śmieszni chłopcy z NP jeszcze kleili ostatnie bity i wykrzykiwali absurd za absurdem, a na głównej rozgrzewał się już Kim Nowak. Tegoroczni, jeszcze ciepli, a już bardzo wysoko. Chyba pierwszy wyczekiwany koncert na tym festiwalu. Sporo osób wysłuchało pod sceną tych wszystkich Dresów, Szczurów i King Kongów. Nie chce się wierzyć, że tylko 3 osoby robią takie zamieszanie. OK., może na płycie jest trochę więcej magii, ale na scenie to 3 piece combo sprawdza się wzorowo. Choć Bracia W. bezbłędni jako sekcja rytmiczna, to gwiazdą jest tu bez wątpienia Michał Sobolewski. Ten to ma wczuwkę, sadzi szalone riffy i trzyma wszystko w kupie. Fiszowy wokal bywał już drapieżny i rockowy, a Emade od lat ma zwyczaj odwalać kawał fizycznej roboty waląc w bębny, ale nigdy jeszcze nie mieli na pokładzie takiego prowadzącego.

Wykorzystujemy maksymalnie festiwalowy czas i uderzamy na 19 Wiosen, poniekąd legendę polskiej sceny. Widzę ich po raz pierwszy na żywo, ale pewnie sporo osób jest w takiej samej sytuacji. Zawsze obok, zawsze poza głównym nurtem, mimo, że istnieją (z małą przerwą) 20 lat. Promowali głównie nową płytę, „Pożegnanie ze światem”, grali coś z „Pedofila” i wszystko było nawet nawet. Polską hajperską gwiazdą już pewnie nie zostaną, ale powinni zostać docenieni za stare, odkurzone rzeczy i twórczą teraźniejszość.


Namiot, czyli fachowo Scena Trójka Offensywa i kolejny koncert z gatunku tych wyczekiwanych. Na dużej scenie Voo Voo właśnie prezentowało swoją płytę klasyczną. Tu natomiast prezentowany był ten słynny nowy gatunek: chillwave. Chazwick Bundick, czyli Toro Y Moi wystąpił razem z zespołem. Nie było sprawdzania maili na laptopie. Słyszałem potem, że wielu ludziom nie spodobało się to bardziej rockowe oblicze artysty, że czekali na dj-ski set i więcej dłubania w samplerach. Come on! Płyty posłuchacie sobie jeszcze raz w domu. A tu dostaliśmy solidny, żywy i energetyczny występ pełen rozpoznawalnych motywów. Poza tym to przecież nie Flying Lotus sprowadzony do piosenki, ale Toro Y Moi, który – jakby nie patrzeć – strukturę ma ciekawą, ale w dalszym ciągu dość prostą, a wokale melodyjne i właśnie piosenkowe. Poza tym Chazwickowi się bardzo podobało - znaczy, że wróci.

Z namiotu na główną, z głównej na leśną – a była jeszcze scena eksperymentalna. Wspominam ot tak, bo po Toro Y Moi wcale na nią nie poszliśmy, ale znów zmierzyliśmy się z polską legendą alternatywy pod lasem. Something Like Elvis postanowili się reaktywować i nawet jeśli tylko na chwilę, to bardzo miło z ich strony. Dawno ich nie słuchałem, ale ten akordeon w niektórych momentach jest nie do podrobienia. Poza tym to kolejny tego dnia show, w którym mogłem posłuchać gry Sławka Szudrowicza.

Pierwszy naprawdę zły wybór festiwalu to przedłożenie bez wątpienia kreowanej na jedną z głównych gwiazd tych trzech dni grupy The Horrors nad Black Heart Procession. Tej ostatniej grupy nie udało mi się zobaczyć niedawno w Warszawie i może to był znak, że trzeba było obowiązek wypełnić teraz. Ale w końcu horrorsowe „Primary Colours” (nasz numer 3 w podsumowaniu 2009) , pozwoliło zapomnieć o szybko nudzącym się przekombinowanym debiucie. Najchudszy zespół świata pod dowództwem Farisa Badwana poleciał właśnie z tej nowej płyty. Próbowali stworzyć klimat, ale śmiertelnie znudzili. Ciekawe było jedynie ich pląsanie, bo tzw. „chód sceniczny” mają bardzo interesujący: gitarzysta kręci nóżką w kolanie, a basista wznosi się wirując w górę i delikatnie opada. Hipnotyzujące. Nie wiem, kto zachwycał się wykonaniem około 10-minutowej wersji „I Only Think of You” – ja prawie tam zasnąłem. A kiedy poprawili jeszcze czymś wykonanym równie nudno, to uciekłem. Pieprzyć gwiazdy. Czas na piwo, zastrzyk energii i sympatycznych opowiadaczy z Art Brut.

Nie ukrywam, że jestem fanem jednej płyty tego zacnego bandu, a mianowicie debiutu „Bang Bang Rock & Roll”. Choć znam pojedyncze numery z dwóch kolejnych płyt i potrafię bez wytchnienia wykrzykiwać w kierunku sceny „DC Comics and Chocolate Milkshake – some things will always be great!”, to właśnie jedynkę uważam za magiczną. Nie muszę więc nikomu mówić na co się nastawiałem i o czym marzyłem. I co najlepsze – dostałem co chciałem! Zagrali „Formed a band”, „My Little Brother”, Good Weekend”, “Emily Kane” i “Modern Art”. To ostatnie wydłużone do granic możliwości, “Emily” zresztą też wzbogacone o znaną wszystkim fanom ckliwą historyjką. Eddie Argos: żałosny, żenujący, szczery do bólu i robiący z siebie ofiarę. Boleśnie zabawny, totalnie w swoim żywiole. Kiedy w pewnym momencie przypomniał sobie, że jest gwiazdą rocka, zeskoczył ze sceny, po czym obejrzał się i trochę jakby do siebie westchnął: „Ciekawe jak wdrapię się z powrotem…”. Właśnie takie Art Brut chciałem zobaczyć. A Eddie dostał się na scenę, choć trochę się przy tym zmachał – pobiegł na około.

Lenny Valentino. Ważna sprawa na tym festiwalu, ważna sprawa dla polskiej muzyki. Dla mnie też, bo jeśli zapytalibyście mnie znienacka na środku ulicy o moją ulubioną polską płytę nie traciłbym czasu na kombinacje. „Uwaga! Jedzie tramwaj” i już. Ale nie spodobało mi się jak Katowicach zaczęli, nie spodobało mi się jak zagłębiali się w materiał dalej. Coś zgrzytało. Rojek się nie przygotował? Cieślak pitolił za dużo? Lachowicz za bardzo improwizował? Dopiero przy „Chłopcu z plasteliny” zaskoczyło i zacząłem być zadowolony. „Dom nauki wrażeń”, „Trujące kwiaty”, Zniszczyłaś to czy zniszczyłem to ja” czy moje ulubione „Otto Pilotto” – dobrze było być na tym koncercie i poniekąd dotknąć tego arcydzieła. Ale tylko tak trochę, na chwilę. Koncert życia to nie był, tej płyty po prostu nie da się odegrać właściwie. „Uwaga…” to studyjna robota, nieprzekładalna dosłownie na język sceny. Nie po tak długim milczeniu. Bardzo to wszystko było miłe, ale prawdziwej magii nie uświadczyłem. LV to po prostu sprawa zamknięta. Płyta włożona do pudełka.

The Fall oglądaliśmy zza krat ogródka piwnego. Nie wstydzę się tego – widok był dobry, a brytyjska legenda wypadła tak o, więc niewiele by pewnie zmieniło gdybym stał nie 100, ale 10 metrów od sceny. Może nie jestem znawcą tematu i nie znam ich płyt w całości, może prawdziwi fani poczuliby to coś. Może ktoś napisze elaborat, albo relacje z minuty na minutę. Tak czy tak ludzie zgromadzeni w okolicach sceny, obojętnie czy laicy mojego pokroju, czy fanatycy, którzy przed koncertem przeanalizowali wahania w manierze wokalnej Marka E. Smitha na podstawie 30 płyt koncertowych The Fall i rozrysowali sinusoidę, odbyli pielgrzymkę do miejsca kultu. Wyznawcy, pozerzy i agnostycy – każdy chciał dotknąć absolutu. Komu się udało, temu się udało. Ja wypiłem piwo.

Chwilę przed północą powstała rozkminka, czy obejrzeć na głównej scenie przyjemne i egzaltowane Tindersticks, czy może raczej oddać się hałasowi w namiocie przy A Place To Bury Strangers. „Musimy się obudzić” – powiedział Maciek i miał zdecydowaną rację. Choć do dziś nie wiem czy długoterminowo wybór APTBS był właściwy. Widziałem koncerty bardziej oślepiające, słyszałem te bardziej drażniące uszy. Ale szczerze mówiąc po występie chłopców z Nowego Jorku głowa boli mnie do dziś. Choć w kategoriach profesjonalnych monterów hałasu wypadają nadzwyczaj dobrze, obojętnie czy grają z jedynki czy dwójki, to radzę oglądać ich na normalnych koncertach – jako 12-sty występ z rzędu jednego dnia naprawdę mogą zabić. Warto było jednak wytrzymać do końca i zobaczyć to, co zrobił w ostatnim numerze Dion Lunadon. Podszedł on bowiem do końca sceny, podniósł z podłogi prostopadłościan stroboskopu i przystawił to ustrojstwo do swojej gitary basowej. Jego korpus rozbłysł feerią kolorów, dźwięk , już i tak mocno przesterowanego basu, podbity został ciężkim szumem, a on jak gdyby nigdy nic odbił się nogami od podłogi i ze stroboskopem w ręce rzucił w tłum. Jumpin' Jack Flash. Choć tym razem wszyscy przeżyli, nie róbcie tego w domu.

O leżaki festiwalowe! O katowickie pseudo plaże! Raekwona przywitaliśmy na pełnym chilloucie właśnie w pozycji horyzontalnej. Raper wydawał się być zrelaksowany dużo bardziej od nas. Na pewno pomógł mu w tym konopny susz, który tak sympatycznie zachwalał i polskie Wu-Dżit-Su, które musiało mocno skopać Pana Wu-Tang (nie dało się zapomnieć o jego korzeniach, bo co chwila przypominał z którego klanu pochodzi). Show na leśnej scenie, pełen okrzyków w stylu „All the weed smokin' motherfuckers put your motherfuckin’ hands in the air!” nie był konstruktywny, ani muzycznie ciekawy, ale Raekwon na pewno zaniesie w świat dobre słowo o naszym kraju, płynącym niekoniecznie mlekiem i miodem.