Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 lipca 2012

Mroczny Rycerz powstaje: Koniec Marzeń


UWAGA MEGA SPOILERY!!!

Dawno nas tu nie było i pewnie nic nie wskazywało na to, że prędko coś się pokaże na naszych skromnych łamach. Są jednak momenty, kiedy człowiek, aż chce sięgnąć po klawiaturę i wylać z siebie coś na kształt recenzji. Tym momentem jest długo oczekiwana (bo aż 4 lata) ostatnia część przygód Mrocznego Rycerza w wykonaniu Nolana. Oczekiwania były wielkie jak skrzydła Batmana, bo co jak co, ale drugą część cyklu można było nazwać czymś więcej niż ekranizacją komiksu. 

Ale może od początku. Kocham postać Batmana. W 1990 kupiłem (albo raczej został mi kupiony - dzięki Mamo) pierwszy komiks o Batmanie wydany przez legendarny TM-Semic. Zaprzedałem wtedy duszę tej postaci i wsiąkłem w świat komiksu, z którego nie mogę wyjść do dzisiaj. Pamiętam jak w polskiej TV zaraz obok proszku Omo pojawił się pierwszy teaser.  Śmiech Jokera w wykonaniu Nicholsona, przeszył mnie na wskroś. Mój mózg eksplodował. Pomyślałem z dziecięcą naiwnością: „Wow, przenieśli świat z komiksu do filmu. Zobaczę Batmana na żywo”. Odpłynąłem na fantazjach Burtona. Kiedy do gry wszedł Schumacher ze swoim kiczem, stwierdziłem, że nie da się przebić dzieł z początku lat 90.

W 2005 pojawił się Nolan. Jeśli jednak przy „Batmanie - Początek” byłem nadal sceptyczny, tak „Mroczny Rycerz” rozwiał moje wątpliwości, przyznając Nolanowi tytuł godnego następcy Burtona. Druga cześć cyklu jest bowiem cholernie ponura. Przebija nawet gotycką wizję Tima pod względem grozy. Od pierwszych scen widzimy, że w Gotham źle się dzieję i zawsze się działo.  Co ciekawe nie można było wspominać o kompleksie sequelu, czyli żadnej kalki z „Batmana Begins”. Nowa jakość. Ten film posiada niesamowitą dynamikę. Ten film kipi, aby móc eksplodować.

W końcówce, gdy upadły Batman uciekał między kontenerami przed ekipą SWAT czułem coś takiego jak dziecięca duma. Pomimo naiwności tej sceny chciałem wstać i zawołać „kocham tę postać”. To moja drużyna. „Mroczny” niczym „Imperium Kontraatakuje” kończy się tragicznie, z otwartymi możliwości na część trzecią. Apetyt wzrasta na maksa. Pewnie tak musieli czuć się fani Gwiezdnych Wojen czekając 3 lata na Powrót Jedi.

Ustalmy jeszcze jedno: JOKER. W filmie Nolana jest uosobieniem chodzącego zła. Jest nieuchwytny, nieprzewidywalny, pozbawiany uczuć. Jest anarchistą! Jedyny system jaki go obchodzi to chaos. To postać, która nie ma przeszłości, jego zmyślone historyjki z CV wzmagają tylko poczucie dezorientacji Jest kurewsko straszny. No i przede wszystkim jest „ponad” wszystkimi bohaterami tej części. To absolut. Postać niedefiniowalna. Ledger stworzył kreację, która jest dziełem sztuki. Jego gesty, sposób zachowania, ubiór, dialekt. Kiedy tylko pojawia się na ekranie hipnotyzuje, poraża, paraliżuje, niszczy, odbiera mowę. Jego niesamowita zdolność do przenikania umysłu przeciwnika zniewala. Powołując się na wszystkie filmy jakie oglądałem kiedykolwiek, mogę stwierdzić, że to rola WYBITNA. Panteon czarnych charakterów.

Kiedy dotarły do mnie pierwsze przecieki, że przeciwnikiem Batmana w nowej odsłonie ma być Bane, byłem pewny, że Nolan rozjebie system. Jeszcze raz sięgnąłem po serię Knightfall, gdzie Bane łamie Batmanowi kręgosłup, a potem do walki wstaje Azrael. Wow, pewnie Nolan wykręci takie twisty że się nie pozbieramy. Czy przeskoczy poprzeczkę zawieszoną aż tak wysoko? Czy ten Batman zapisze się w historii tak jak jeden z ulubionych filmów Nolana, czyli „Blade Runner”? Teraz ma szansę. Nie może jej spierdolić. To już mu się nie powtórzy. Teraz albo nigdy...  Setki pytań męczyły mnie przed seansem.  I już znam odpowiedź..

Zaczęło się znakomicie. Już na starcie mamy Bane'a. Tom Hardy to świetny aktor, więc da radę. Przerażający, wielki skurwiel, którego zmodulowany głos może przyprawiać o ciary. Aranżuje katastrofę lotniczą w arcykomiksowym stylu. Podoba się. Jesteśmy w domu.

Kolejne sceny, przedstawiają Bruce'a Wayne’a jako upadłego Batmana, od 8 lat siedzącego w ciemnościach swojej rezydencji. Gotham już go nie potrzebuje, nastał pokój. Bale jak zawsze na poziomie. Rozdarty pomiędzy potrzebą bezpieczeństwa mieszkańców, a swoim. Pamiętajmy, że jego luba zginęła w poprzedniej części, więc ma prawo siedzieć w domu i czytać książki ;)

Poznajemy także, Catwomen, świetnie zagraną przez Anne Hathaway. Przebiegła i cwana złodziejka robiąca naprawdę seksowne wygibasy przemieszczając się z miejsca na miejsce, szczególnie seksowna kiedy pożycza od Batmana dwa kółka.

Jest także Joseph Gordon-Levitt, pupilek Coldaimu. „Potop czytamy, Potop cytujemy”. Młody adept policji Blake, który ma ambicję, żeby walczyć ze złem tego miasta, w czasie kiedy nikt nie ma na to ochoty.

Wyglądało na to, że jeżeli Nolan złoży te wszystkie puzzle do kupy, powstanie arcydzieło. Szkoda tylko, że puzzle same zaczęły się rozjeżdżać. W drugiej połowie, film stał się zlepkiem trochę nie dogranych względem siebie plotów. Tak jakby Nolan z bratem pisali scenariusz na kolanach. Ja rozumiem presje dzisiejszego Hollywood i deadline spięty na maxa. Ale proszę, nie traktujcie widza jak debila. Oto kilka rażących przykładów:

UWAGA MEGA SPOILERY!!!

Zabarykadowanie całej policji Gotham w kanałach. Na zewnątrz zostało ich koło 30 (lol). Po pierwsze: kto wysyła całą ekipę policjantów, drogowców i SWAT do kanałów w tym samym czasie i to jednym wejściem? Jak to możliwe że kilka wybuchów, barykaduje wyjście z nich kilkuset uzbrojonym funkcjonariuszom? Mało to studzienek kanalizacyjnych, kratek, wejść z różnych budynków sanitarnych? Proszę, nie świrujmy.

Kolejna rzecz: powrót Batmana po ciężkiej tułaczce z dalekiego więzienia w Indiach. Jak tak przebiegła postać jak Bane, znając niebywałe umiejętności Batmana pozostawiła go w swoim więzieniu bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, bez jakiegokolwiek monitoringu? Czy jeden z najinteligentniejszych antybohaterów komiksowej serii pozwoliłaby na taki banalny przebieg wydarzeń? No i powrót Batmana do Gotham. W jaki sposób bez jakichkolwiek dokumentów, pieniędzy i gadżetów Bruce, przeniósł się na drugi kontynent do miasta na wyspie, gdzie została odcięta komunikacja (mosty zdetonowane), a wody wokół niej skute lodem i strzeżone.

Następnie, jeżeli Gotham zostało odcięte od świata, a po ulicy grasują najwięksi zbrodniarze na wyspie (Bane ich uwlonił), to jakim prawem życie przebiega tam zupełnie normalnie. Po ulicy spacerują ludzie, a reszta siedzi spokojne w domach. Nie kupuję tej wersji. Na wyspie powinien zapanować chaos, a nie stan wojenny.

Masterplan Bane'a – po chuja czekać na automatyczną detonację miasta kilka miesięcy, mając we władaniu detonator. I po co historia z oddaniem detonatora jakiemuś obywatelowi? Czy miała wprowadzić chaos na wyspie, którego w końcu nie było? Jeżeli celem Ligi Cieni była detonacja miasta, powinni zrobić to zaraz po przejęciu reaktora.

No i ta feralna końcówka. Każde dziecko wie, że wysadzenie bomby jądrowej nawet kilkanaście kilometrów od brzegu miasta powoduje promieniowanie. Tak więc, przez następne kilka dekad Gotham powinno być skażone. Bohaterowie jednak zostają w mieście ciesząc się z detonacji.

Niektórzy pomyślą, że się czepiam. Sorry, ale wobec  jednego z najdroższych filmów w historii (250 mln dolarów) i ekipy liczącej około kilkaset osób mogę mieć pewne wymagania. Nolan wielokrotnie w wywiadach powtarzał że jego idolem jest Orson Welles i Stanley Kubrick i że chciałby robić filmy takie jak oni. No to stary, zacznij czytać swoje scenariusze dwa razy, zanim rzucisz takimi nazwiskami.

Dodatkowo, to co zaczyna mnie irytować w filmach Nolana to swoisty „prompter”, który podpowiada widzowi jak ma rozumieć daną scenę i jakie emocje ma poczuć. W „Incepcji” mieliśmy Ellen Page, zupełnie zbędną bohaterkę, która tłumaczyła jak debilowi co dzieje się w filmie w danym momencie. Podobnie w Batmanie mamy kilka scen „prompterskich”. Blake prowadzi do Foxa odnalezioną ekipę SWAT, żeby jeszcze raz wyjaśnić co czeka na mieszkańców Gotham (mimo, że było już to udokumentowane przy scenie rozbiórki reaktora). Nie dość że scena niepotrzebna to jeszcze  Blake powtarza do ekranu, „Poczekaj, teraz będzie najważniejsze” i Fox wykłada, że bomba wybuchnie. Podobnie  w ostatniej scenie, kiedy Batman mówi do Catwomen, że musi udźwignąć ten ciężar, wyciągnąć bombę poza miasto i zginąć przy wybuchu, dlatego że nie ma autopilota w swoim statku powietrznym. Dziękujemy Batmanie za przypomnienie. Nie zrozumiałbym końcówki. Po chuja to mówisz do Catwomen z którą masz się spotkać po wybuchu, jak wiesz że sam zamontowałeś sobie autopilota.

No i jeszcze jedna sprawa – Bane. Bohater, który w komiksie słynął z zajebistej inteligencji, nagle głównie buja się po kanałach i łamie każdemu karki. Jeżeli jego ludzie byli z nimi na śmierć i życie (scena katastrofy lotniczej gdzie na rozkaz Bane'a jeden z podwładnych pokornie zostaje na siedzeniu),  dlaczego w filmie nie pokazano żadnej relacji między nimi. Joker z poprzedniej części „kosił umysły”. To było widać, to było słychać. Bane wygląda jak osiłek, za którym ludzie podążają, ale tylko przez strach przed nim.

Pojedynki Batmana z Banem nie grzały. Brak jakiekolwiek dramatyzmu, raz wygrywa Bane, raz wygrywa Batman. Okładanie się pięściami po mordzie naprawdę da się pokazać przez długi czas, zachowując przy tym skoki ciśnienia i emocji (vide seria Rocky). Kiedy przy drugiej walce Batman zaczyna powoli swoimi uderzeniami niszczyć konstrukcję maski Bane'a, myślisz ”Tak, zrób to. Rozjeb mu tę maskę!–”. Nic z tego. Bane'owi odczepia się jedna rurka z prawej strony (lol). „No dalej, Bruce, on zasługuję na niezłe bęcki, co jest, nie masz już siły?”. Bane leży. „Co tylko tyle, akcji z Banem? Chcesz go teraz zastrzelić?”. Nagle zmieniają się rolę - to Bane ma Batmana na muszce. „Uff, już myślałem że to koniec. No to teraz Batman mu wpierdoli”. Nagle BOOM. Nie wiesz jak, nie wiesz skąd Bane ląduje w tle ekranu. Nie widzisz gdzie dostał, w co dostał, czy w ogóle żyje. Dostał blasta z Batpodu od Catwomen! Tyle go widziano w filmie. WTF???!!! Kurwa, budowaliście tą postać przez cały film, scena po scenie wprowadzając napięcie (naprawdę zacząłem wierzyć że jest nie do pokonania) po to, by Bane skończył z oderwaną rurką w masce i dostał z zaskoczenia i to zupełnie niewyraźnego (nie wiemy nawet z jakiej lufy strzelała). Niestety, ale było to najgorsze unicestwienie przeciwnika komiksowego w historii. Dramat.

Zamknięcie trylogii nie spełniło moich marzeń. Kibicowałem Nolanowi, lecz się nie udało. A może  dzisiejsze kino typu blockbuster nie jest w stanie stworzyć czegoś godnego od początku do końca. Zawsze muszą coś spierdolić. Jeśli będziemy jedli z ekranu wszystko co nam pokażą i szli na kompromisy z megaprodukcjami, nigdy nie zobaczmy już więcej kina nowej przygody z prawdziwego zdarzenia.

niedziela, 26 lutego 2012

Oscar na niedzielę, czyli co, jak i dlaczego nie Koniaczek?


Czy to naprawdę będą najgorsze Oscary w dziejach? Wszyscy złowrogo chrząknęli i pretensjonalnie westchnęli kiedy na horyzoncie pojawiły się nominacje, ale przecież kilka dobrych filmów jest na tej cholernej liście! Ok, aktorskie typy są momentami skandaliczne - brakuje tego i tamtej. Po co jeszcze jedna nominacja dla innej - czy już nie dość się nachapała? A ten co zagrał tu najsłabiej skoro brak w ogóle tego co pokazał wszystko?

Tak naprawdę jednak kilka filmów przywraca wiarę w Fabrykę Snów, kilka posunięć jest arcyciekawych, a my, Polacy spragnieni sukcesu w każdej kategorii i tak bardzo pewni siebie możemy ekscytować się naszą własną Agnieszką Holland! Może w tym roku nie będzie kiepsko, może gala nas zauroczy i zwali z nóg a dowcipy prowadzącego zostaną długo w pamięci? Nie sądzę. Zapowiada się wyjątkowo nudna i przewidywalna noc. Zarwiemy ją tak czy tak.

Jakiś czas temu Ricky Gervais zapytany czy nie poprowadziłby Oscarów spojrzał na Lettermana kpiąco i dyplomatycznie wykręcił się tym, że “drugi najpopularniejszy show z nagrodami filmowymi” mu wystarczy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprosiłby Rickiego do wygłupów przed całym światem, ale to nie zmienia faktu, że Oscary stały się widowiskiem sztywnym, długo ćwiczonym, przewidywalnym i nudnym przez to jak flaki z olejem. W tym roku poprowadzi je Billy Crystal. To drugi wybór. Na pewno będzie lepszy niż Eddie, który musiał odejść. No i zdecydowanie lepszy niż cała gala poprowadzona przez Muppety - nie wiem kto wymyślił tę plotkę, ale przez moment wydała mi się zbyt realna. Dalej jednak organizatorzy boją się zaryzykować i kiszą się we własnym sosie. wymieniając wizytówki z agentami aktorów, których najlepsze gagi przypadają w najlepszym przypadku na środek lat 90tych. Czy naprawdę nie ma już nikogo śmiesznego w Hollywood? Być może bano się zeszłorocznej wtopy, ale tamta parka śmierdziała lewizną na kilometr. Wiecznie zjarany chłopiec i księżniczka o ładnym uśmiechu nie mieli dość jaj, żeby zagrać po swojemu.

Przejdźmy do konkretów: co mamy na talerzu? Co powinno dostać Oscara, a co naprawdę dostanie? Jak zawsze zaczniemy trochę od końca. Skandalem są tylko dwie piosenki nominowane do nagrody. Kto się zainteresował i doczytał to i owo wie dlaczego. Jakieś słupki, zasady i procenty nie pozwoliły, żeby np. o statuetkę powalczył The National. Wygląda to śmiesznie. Do walki stają “Muppety” i “Rio”. Wygra McKenzie, ale powiedzmy sobie szczerze - oba numery są sztuczne i do dupy. Kur pieje pierwszy raz - “Drive” anyone?

Jeśli chodzi o muzykę, to miejmy nadzieję, że dwaj starzy wyjadacze, którzy rozpisali partyturę dla 3 filmów (John Williams i Howard Shore) przegrają z kretesem z Ludovicem Bource i jego “Artystą” (bardziej prawdopodobne) lub - przyznam się - uwielbianym przeze mnie Alberto Iglessiasem (“Tinker Tailor Solider Spy”).

Pomińmy formy krótkie, przejdźmy do dokumentów, gdzie mamy taniec, ekologów-terrorystów, kryminalną pomyłkę, sport i wojnę. Obcinamy ostatnie dwie pozycje. Z pozostałej trójki najpewniejsza jest “Pina” Wendersa, choć wybór ten bardziej podyktowany byłby nazwiskiem reżysera niż zamiłowaniem Akademii do tańca. Nie bez szans jest też “If A Tree Falls”. Ekologiczno-polityczna wojna w Hollywood wciąż trwa.

Jeśli chodzi o nagrody stricte techniczne to krótka piłka. Efekty specjalne zgarnie pewnie “Hugo” (należy mu się nie za zegarmistrzowskie ujęcia ani 3D, ale sekwencje początków kina z drugiej połowy filmu). Szczerze mówiąc większe wrażenie zrobiłą na mnie “Planeta Małp” na zasadzie efektów, których prawie nie widać. Bo już cybertnetyczny boks/taniec z “Real Steel” szybko się znudził, podobnie jak kolejny “Harry” i “Transformersy”, których zagłady nie przetrwałem docierając tylko do połowy.

“Make-up Oscar” jak dla mnie mógłby przypaść ekipie od “Alberta Nobbsa” - dość naturalnie i ciekawie wypadły te przebieranki, szczególnie w przypadku Janet McTeer (wspaniały i zaskakujący flashing!). Kostiumy? Nie wiem sam. Nie widziałem “Anonnymousa”, ale tam garderoba jest zapewne przewidywalna. Teraz będę hipokrytą jeśli pochwalę “Jane Eyre”. Może Madonnie córka coś ładnego zaprojektowała do W.E. czy jakaś inna Gossip Girl? Co za różnica, skoro dostanie “Hugo”! Podobnie jak pewnie za scenografię - niech się udławią tymi technicznymi Oscarami. Montaż przypadnie pewnie “Artyście”. Szkoda, że nie “Descendants”, ale to zupełnie nie ta kategoria wagowa.


W przypadku dźwięku Oscary powinny dostać filmy normalne, bezefektowe. “Dziewczyna z tatuażem” i “Drive”. Właśnie, “Drive”, bo to jego jedyna kategoria! Jeśli Fincher ma duże szanse przegrać ze Scorsese, tak nie sądzę żeby poczyniono więcej szkód jednemu z najbardziej niedocenionych filmów w tym roku. Zatriumfują więc odgłosy palenia gumy, zgiatania obcasem twarzy i rozgrzewania silnika do czerwoności.

A teraz pierwsza tego wieczoru szansa dla nas, Polacy. Uwaga! Janusz Kamiński, który znowu pracował ze Spielbergiem ma szansę. “War Horse”? Raczej nie. Równie kuriozalne “Drzewo życia”, które najlepiej oglądać połknąwszy wcześniej albo wypaliwszy coś, czego nie mają jaj zażyć politycy przed Sejmem, ma dużo lepsze zdjęcia niż, jak to w u nas mówią “Czas wojny”. Konia z rzędem temu, kto wymyślił ten tytuł! Ja zaraz wyjawię wam lepszy. Ale tak serio, to tego Oscara powinien dostać “Artysta”. I dostanie. Amen.

W animacji konkurują 4 zwierzęta i muzyczna Kuba. Stawiam na piękną muzykę. A jeśli ktoś chciałby już nagrodzić zwierzęta, to z braku psa stawiam na kota. I nie w butach, ale w Paryżu.

Teraz scenariusze. Sympatycznie by było, gdyby oryginalny powędrował do Asghara Farhadiego za jego “Rozstanie” albo do J.C. Chandora, którego bardzo teatralny “Margin Call” już ochrzczony został “najlepszym filmem o Wall Street ever”. Realnie rzecz biorąc to może być jednak kolejna statuetka dla “Artysty”. Kupuję tę staroświecką prostotę. Ale już nie Allena, bo jego skrypt atrakcyjny jest tylko w pomyśle, który można sprowadzić do anegdoty “a co by było gdyby...” (reszta jest skrojona dokładnie według schematu Woody bez Woodiego, czyli Allen 2.0 i już trochę zwietrzała), Nie stawiam także na “Druhny”, które owszem są zabawne i pada tam moje ulubione nazwisko Apatow, ale w sumie na tym się to kończy. Nawet słownych szermierek wysokiej klasy nie ma tam tyle ile trzeba. Ciekawostka.

Scenariusz adaptowany natomiast to raczej pewny Oscar dla Alexandra Payne’a, Nata Faxtona i Jima Rasha (tak, to TEN!), którzy w zgrabny sposób przycięli powieść Kaui Hart Hemmings. A taki “Hugo”? Książka Briana Selznicka, według której powstał film to podobno lektura dla amerykańskich 5-klasistów i mam nadzieje, że nienawidzą jej tak samo, jak Włosi spluwają na “Serce” Edmondo De Amicisa. W kolejce stoi też “Tinker Tailor...”, podobno pełen nieścisłości w stosunku do powieści, “Idy Marcowe” - to nie będzie oscarowy rok polityczny i “Moneyball” - czort wie, Amerykanie mogli coś zrozumieć z tych liczb pisanych baseballowym kijem. Ja obstawiam Hawaje.

To o co wszyscy się kłócą najbardziej to role aktorskie. Szczególnie braki obsadowe widać w kategorii “męska główna”. Najważniejszy? Nie ma dwóch złotych chłopców tego roku - Ryana Gosslinga i Michaela Fassbendera. Jestem jeszcze w stanie zrozumieć brak Gosslinga, choć to naprawdę trudne, bo zagrał w tym roku w trzech filmach trzy różne role i mogłaby znaleźć się tu każda, nawet ta komediowa. Nieobecność Fassbendera jest jednak ponikąd dziwaczna. Kto ma odbierać statuetki jeśli nie tacy jak on, tacy jak oni, którzy dają z siebie wszystko i wypruwają flaki? Brad Pitt? Nigga, please. Brad od paru filmów grając wykonuje ten sam manewr ze szczęką, który zabawny był może to w “Bękartach”, ale “Moneyball” to przeciętnie rzemiosło. Nawet rola w “Tree of Life” mogłaby być zagrana przez dosłownie każdego kolesia z Hollywood, np. takiego Seana Penna, któremu Terrence Malick zrobił brzydki kawał, wycinając go z ponad dwugodzinnego obrazu jak Aaron Schneider Karolaka z “Get Low”. Nie typowałbym też specjalnie Demiana Bichira, choć bardzo go lubię, chociażby za gościnny sezon w “Weeds”. “A Better Life” to film dobry, ale za mały i zbytnio przypominający Akademii kto im strzyże trawniki i podcina palmy. Fabułę można w sumie podsumować TYM krótkim żartem.

George Clooney w “Descendants” idzie trochę w inną stronę niż dotychczas i jest perfekcyjnie oszczędny, ale Oscara za najlepszą rolę męską odbierze niemy artysta Jean Dujardin (to dopiero coś nowego, ekspresja i talent, którego nawet nie ukradł mu Jack Russel Terrier Uggie), ewentualnie Gary Oldman (oklaski także tutaj, bo “Szpieg” to jego wspaniały powrót na pierwszy plan. Natomiast co do drugiego to najbardziej chyba ucieszyłbym się z Nicka Noltiego za kompletnie niedocenionego “Warriora” (znów solidny come back) albo uroczego Christophera Plummera w “Beginners”. Max von Sydow w “Extremely Loud & Incredibly Close” skupia się bardziej na ratowaniu filmu niż oscarowej kreacji, Jonah Hill to dobry i śmieszny chłopak, ale znów nie to, a Keneth Branagh nie zagrał w czym trzeba.

Kobiety to zapewne triumf “Help” na pierwszym i drugim planie, i życzę Violi Davis, Octavii Spencer i Jessice Chastain dużo zdrowia, bo to uroczy film. Jeśli tak, to czekają nas łzy i pełne religijnych odniesień przemówienia. Alleluja. Kto ma jeszcze szanse? Może stara żwawa Meryl, która pobiła już całkowicie rekord nominacji i wysunęła do przodu jak Norweżki chore na astmę? Dużo stawiało się na Rooney Mare, ale za same poświęcenia to nie przejdzie. Glenn Close - posłuchaj, to też do ciebie. Prędzej zobaczyłbym przy drugim planie twoją koleżankę z planu Janet. Michelle Monroe Williams? Max co mogę jej obiecać to szybki angaż w barze Jack Rabbit Slim’s.

Reżyseria: tu zawsze nagradza się właściwie osobę nie za konkretną pracę, ale za nazwisko i cały projekt. Ciężko to zmierzyć jeśli nie było się na planie. Kto? “The Artist” albo “Descendant”, Hazanavicius albo Payne. Tylko oni coś zrobili. Reszta to eksponaty z muzeum kinomatografii i kart podręczników, którzy odwalili robotę jak zawsze: byli sobą bez odrobiny dystansu i chęci skoku w bok. Marty, Woody i Terry - czas na emeryturę.

Z wielu względów miło by było, gdyby Oscara za najlepszy film zagraniczny odebrała Agnieszka Holland. Trzeba jej przyznać, że nie obija się w Stanach, nieustannie dokształca, podpatruje i uczy warsztatu. Bawi się w seriale, jest na czasie i żadna fabułą jej nie straszna. Zrobione w Polsce “W ciemności”, które - nie bójmy się tego powiedzieć - wytypowane zostało do Oscara trochę tematycznie, jest naprawdę dobrym filmem. Trudno jednak patriotycznie trzymać kciuki, gdy obok mamy obrazy lepsze. “Rozstanie” to solidny i pewny kandydat do tej nagrody, a belgijski “Rundskop” łomocze po głowie dużo bardziej niż pięści głównego bohatera. Kiedy wreszcie i my zaczniemy pokazywać na świecie filmy o ludziach, a nie ideach i koszmarach z przeszłości? Więcej Jacków Borcuchów proszę.

Kiedy sporo przed nominacjami ktoś wrzucił do sieci przeciek nominacji w kategorii najlepszy film potraktowałem to jako nieśmieszny żart. Powodów było kilka, ale najbardziej jaskrawnym był “War Horse”. Lista okazała się prawdziwa, a ja w międzyczasie nadrobiłem film Spielberga, przełknąłem ślinę i stwierdziłem, że da się to obejrzeć. Ale raczej z uśmiechem na ustach i robiąc złośliwe notatki. To farsa nie wiadomo właściwie dla kogo. “Koniaczek”, bo tak pieszczotliwie nazywam ten obraz, to rzecz zupełnie zbędna. Nadęta, pusta i nudna. Udowadniająca światu smutną prawdę, że Amerykańska Akademia Filmowa to twór skorumpowany niczym nasz PZPN. Tak Steven, wiemy ile dla nas dobrego zrobiłeś, gdzieś “Koniaczka” upchniemy. Żal tylko tuzinów dobrych aktorów, którzy tam pograli po 5 minut, bo jak tu odmówić mistrzowi SS.

Producenci jakiego filmu odbiorą statuetkę za najlepszy obraz? Raczej nie “O północy w Paryżu”. To nie czas i miejsce na kolejną część serialu “Woody Allen przedstawia”. Nie ma też co się lękać dramatem o dwóch wieżach, czyli “Extremely Loud & Incredibly Close” - można zrobić film o śmierci ojca i polukrować to słodką rodzinną historią o dorastaniu. Ale kameralnie, nie wsadzając przy tym Toma Hanksa do WTC i każąc Sandrze Bullock płakać! Strzał w stopę. Dalej mamy “Drzewo Życia”, które budzi chyba zbyt duże kontrowersje żeby gratyfikować je Oscarem. Mam nadzieję, że większość głosujących tak jak ja zupełnie nie zrozumiało o co kaman i żałować bardziej od nienagrodzenia Malicka będą tego, że do kina nie wzięli woreczka ze swoją przepisaną na ból pleców marihuaną. Oscar nie powędruje też zapewne do twórców “Moneyball”, z czym się zupełnie zgadzam, bo film to nierówny jak sezon Oakland Athletics w 2002 roku. Nie dostanie go także “Help” - bez urazy, ale na tak dużą kategorię jest zbyt hallmarkowy.

Tym sposobem sprowadziliśmy zabawę do znośnej liczby trzech graczy. Rozegrajmy to szybko. Czarnym koniem tegorocznych Oscarów bez wątpienia jest film Alexandre’a Payne’a. Największa obawa natomiast to “Hugo” - wcale nie bez szans na wygraną (wspominałem już o UKŁADZIE?). Ale Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i mający zbyt długi język Mark Wahlberg się nie myli, to Oscara dostanie “Artysta”. Oby. 80 lat temu wygrałby na pewno i jeśli uda się teraz to będzie niezbity dowód na to, że to dobra historia tak naprawdę liczy się w kinie. Ale tymczasem trzeba uzbroić się w cierpliwość i przetrwać 84tą oscarową galę, razem z Muppetami, Dyktatorem, Cirque du Soleil i Jennifer Lopez. W wolnej chwili i poniekąd na rozgrzewkę warto też zerknąć na Mr. Skin Anatomy Awards. Tu również można było obstawiać i wspólnie ze szwagrem trafiliśmy najbardziej odrażającą nagą scenę!




niedziela, 27 lutego 2011

Oscary '11: Łabędź królewski i inne spekulacje


Wszyscy gotowi? Można zaczynać? Za kilkanaście godzin w Kodak Theatre rozpocznie się oscarowa gala, na której James Franco i Anne Hathaway przerzucać się będą dowcipami. Będzie śmiesznie? Oby. Widowiskowo? Na pewno. Satysfakcjonująco? Nigdy nie jest. Ale obejrzeć trzeba.

Duże szanse na Oscara za najlepszą rolę męską miałby Jeff Bridges, gdyby tylko statuetki za rolę kowboja nie dostał rok temu. Wygra natomiast zasłużenie wielki zeszłoroczny przegrany Colin Firth. Rola jąkały w „King’s Speech” to chyba najmocniejsze tegoroczne wystąpienie (co ważne nagrodzone już Złotym Globem). Taki np. Jessie Eisenberg ładnie zarysował postać Marka Zuckerberga, ale konia z rzędem temu, kto prześledził wypowiedzi prawdziwego Pana Facebooka na youtube i potrafi powiedzieć, że Eisenberg nie gra tego samego neurotyka co zwykle. W sprawie Javiera Bardema się nie wypowiadam, nie widziałem, natomiast James Franco niech lepiej się zajmie ceremonią a nie nastawia na nagrodę za rolę faceta, który – UWAGA SPOILER! - obcina sobie rękę.

Pierwszoplanowa rola kobieca wpadnie prawie na pewno Portman za „Black Swan”. Nie jestem raczej z frontu forsującego kandydaturę Bening. Tak, w „The Kids Are All Right” zdecydowanie bardziej błyszczy ona niż słusznie pominięta tu Moore, ale i tak Natalie wyprzedza obie panie o głowę swoją rolą, na którą czekała przecież wiele lat. Poza tym tak pięknie wygląda w ciąży – wiele osób na pewno chce zobaczyć jak za statuetkę podziękują jej hormony. Pozostałe kandydatki? Kidman niestrawna, Williams powtarza schematy, a Lawrance jest za mało znana, żeby za zwykłe zacietrzewienie od razu dać jej statuetkę.

Oscara za drugoplanową rolę męską prawie na pewno zgarnie Bale – znów balansuje na granicy, a jego rola w „Fighterze” to chyba jedyna rzecz, dla której warto zobaczyć ten film. A może jednak nie powinno tak być, że nagradzamy cyrkowe sztuczki, metamorfozy i niedojadanie. Bo jeśli nagradzać aktorski kunszt i klasę, to tylko Geoffrey Rush. Reszta pokazała za mało.

Drugoplanowa rola kobieca to w tym roku dość trudny wybór. Odrzućmy Helenę Bonham Carter, bo taką już ją widzieliśmy nie raz, zdecydujmy która z pań ma większe szanse z ekipy „Fightera” (Melissa Leo!), a potem odrzućmy też szanse tego filmu na Oscara w tej kategorii. Jeszcze parę miesięcy temu krzyczałbym, że statuetkę powinna bezapelacyjnie dostać Jacki Weaver, ale potem zobaczyłem „True Grit” i jestem pod wrażeniem tak dojrzałej kreacji małej Hailee Steinfeld – jak mamy przyznawać od czasu do czasu te nagrody dzieciom, to właśnie za takie role. Steinfeld poza tym wydaje się mieć duże szanse, Weaver przez globową porażkę trochę swoją straciła. Ale to chyba z triumfu tej ostatniej ucieszyłbym się odrobinę bardziej - „Animal Kingdom” łapie się u mnie na pewno do ścisłej czołówki filmów obejrzanych w minionym roku, a postać babci smurf to majstersztyk – te zimne sucze oczy śniły mi się po nocach.

Wielkie nazwiska spotykają się w tym roku w kategorii „Najlepsza reżyseria”, a tudno nie ukryć zdziwienia, że i tak jednego brakuje. Tak czy owak decydujące starcie odbędzie się między Aronofskym i Fincherem. Bracia Coen, choć zdecydowanie bardziej brani tu przeze mnie pod uwagę niż David O. Russel i Tom Hooper, nie wydają się mieć szans w staciu Facebooka z Czajkowskim. Ja stawiam na Finchera, który w tym roku pokazał, że jeśli ktoś potrafi, to autorskie kino zrobi z każdej historii i to nie za pomocą kuglarskich sztuczek i zabiegów. Aronofsky, choć „Black Swan” zdecydowanie mu się udał, jawi się jako reżyser, któremu powoli kończą się już pomysły.

W wyścigu o Oscara za scenariusz oryginalny wygra zapewne David Seidler za „King’s Speech”, choć duże szanse ma też Lisa Cholodenko i Stuart Blumberg („The Kids Are All Right”). Ciekawie by było, gdyby Akademia chciała popisać się oryginalnością i nagroda powędrowałą do Mike’a Leigh i jego „Another Year”, ale nie sądzę, żeby wielu jej członków naprawdę zrozumiało o co chodzi w tym filmie - to jest kraj dla starych ludzi. Jeśli chodzi o scenariusz adaptowany, to prawdopodobnie wygra Aaron Sorkin i jego „The Social Network” (i słusznie, bo odwalił niezłą robotę - podobno książka jest strasznie nudna), ale gdyby tylko ktoś upadł na głowę i wygrała wzruszająca historia z „Toy Story 3”…

Nawet jeśli Zabawek za scenariusz nikt nie doceni, to dam sobie uciąć lewą dłoń, że okaże się najlepszą animacją. Raczej nie stawiałbym na artystycznego „Iluzjonistę”, ani równie dobrego co przygody Woody’ego i Buzza „Jak wytresować smoka”. „Podwójne życie zabawek” statuetkę ma w kieszeni, nie ma zmiłuj.

Bardzo słabo przygotowany jestem do filmu zagranicznego, ale gdyby tylko Oscara mógł dostać w tym roku „Kieł”, to skakałbym pod sufit. Dawno żaden film nie zrobił z mojego mózgu takiej jajecznicy jak owe greckie „złe wychowanie”. Wygra jednak najprawdopodobniej „Biutiful”. Bo Inarritu. Bo Bardem.

Montaż to „The Social Network” za płynne przeskakiwanie między dwoma procesami i retrospekcją, choć znów dziwi brak nominacji dla „Incepcji” (za płynne przeskakiwanie między jawą, snem I, snem II i snem III). Ze zdjęciami już trudniej, ale przypuszczam, że wygra Libatique za „Czarnego Łabędzia”. Ewentualnie można stawiać na „Incepcję”, choć nie jest to wymarzona dla niej kategoria. Tym razem również nie wierzę w nagrodę dla braci Coen, a konkretnie dla Rogera Deakinsa i jego zdjęć do „True Grit”.

Oscar za muzykę powinien zdecydowanie powędrować do Trenta „Papieża Samobójców” Reznora i jego kompana Atticusa Rossa za „The Social Network”. Mówię „nie” Rahmanowi i „127 Godzinom”, bo to po trosze powtórka z rozrywki. Akademia nie powinna zrobić też błędu nagradzając Hansa Zimmera ani iść na kompromis doceniając Alexandre Desplata i „King’s Speech”. Co jak co, ale wycinek facebookowej historii nowożytnej został okraszony kompozycjami najciekawszymi i najbardziej oryginalnymi. Poza tym sytuacje, kiedy hollywoodzki mainstream łączy się z muzyczną alternatywą zawsze godne są wyróżnień. Oscar za montaż dźwięku należy się natomiast „TRON’owi”. Może sekwencje niepokojącego buczenia w „Incepcji” czy hamowania wielkich składów kolejowych w „Unstoppable” zrobiły na mnie wrażenie czy to w kinie miejskim czy domowym, ale to właśnie brzmienie „świata dysku” zostały w mojej głowie najdłużej po projekcji. Zresztą dajmy „Incepcji” Oscara za sound mixing i wszyscy wyjdziemy szczęśliwi.

Co zostało? Bardzo kiepsko w tym roku stoję z krótkimi metrażami, choć jeśli chodzi o animację stawiam na „The Gruffalo”. Pełnometrażowy dokument rozegra się prawdopodobnie między dwoma tytułami. Chciałbym żeby wygrało „Wejście przez sklep z pamiątkami”, bo choć nie podobał mi się do końca, to ciekaw jestem co na tę okazję przygotował mój wieloletni idol Banksy i czy naprawdę przyjdzie na ceremonię przebrany za małpę (ma na to oficjalne pozwolenie Akademii). Wygra natomiast najprawdopodobniej „Restrepo” – Amerykanie o wojnie mogą opowiadać i opowiadać, i choć pomysł na tę akurat historię jest całkiem nowatorski, to niestety twórcy znów nie uciekli przed niepotrzebnym patosem. Wiem, że wojna jest okrutna, ale spodziewałem się nieco więcej dystansu i humoru. Absurd jednej zjedzonej na szybko krowy to za mało.

Przed najważniejszą kategorią szybki rzut oka na kategorie pominięte. Efekty: „Incepcja”, bo co jak nie ona, Alicja? Come on! Charakteryzacja: nie mam pojęcia. Nie widziałem ani „Niepokonanych” ani „Barney’s Vision”, a „Wilkołaka” wspominam tak źle jak tylko się da, więc nie mam tu swoich faworytów. Kostiumy? „True Grit” – czy było w tym roku coś bardziej elektryzującego niż kostium niedźwiedzia? Piosenka! Czyż to nie ważna kategoria? Spokojnie, nie na Oscarach. Ale wskazać swoich faworytów zawsze warto. Po pierwsze: proszę, tylko nie Dido. To dość słaby numer (ten dziecięcy chórek!) i dobrze pokazuje klasyczny radiowy shit początku dekady. Gdybym musiał tego słuchać na repeacie z łapą przytrzaśniętą przez głaz, to też bym coś z tym zrobił. Piosenka z „Tangled” to lukier z cukrem, ciężkostrawny i zabójczy. Trochę lepiej przedstawia się numer z „Country Strong” śpiewany przez Gwyneth Paltrow, ale to też nic odkrywczego. I to zawodzenie hoooo-whooo-ooo-ooo, którym atakuje gdzieś po połowie! Może chciała pokazać mężowi, że też może, choć chroń nas Boże przed ich ewentualną współpracą. Zostańmy lepiej przy sprawdzonym patencie i dajmy statuetkę Randy’emu Newmanowi. Niby już kiedyś dostał Oscara za jedynkę, ale tak naprawdę co z tego? „We Belong Together” to jedyny numer, który na wyróżnienie zasługuje. Ale i tak pewnie wygra Dido.

Film roku, czyli to na co wszyscy czekają i potem i tak każdy ma swoje zdanie, szczególnie jeśli jest nominowanych 10 tytułów, co – jak ustaliliśmy rok temu – jest absurdalne. No ale lecimy. Oscara nie dostanie na pewno „Winter’s Bone” – zacny to film i przejmujący, choć – ustalmy to raz na zawsze – bardzo „sączący się” i gdyby nie dwie lub trzy genialne sceny, które naprawdę wstrząsają widzem, byłby trudny do obejrzenia. Nie stawiałbym też specjalnie na „The Fighter” – słusznie pomijany i niedoceniany, poniekąd będący powtórką z „Zapaśnika”. „Toy Story 3” też odpadnie w starciu z silniejszymi rywalami, choć jeśli jakikolwiek film animowany miałby kiedykolwiek zdeklasować normalne pełne metraże, to to jest chyba ten moment.

Zostaje siedmiu dość mocnych kandydatów. Tniemy brutalnie: nie dla „Incepcji” – bo obok są lepsze, bo to sci-fi i dlatego, że była zbyt ignorowana. Jeśli wygra, to zazdroszczę ludziom, którzy postawią na nią u bukmachera – mogą nieźle się wzbogacić. Nagroda dla „The Kids Are All Right” jest również mało prawdopodobna. Ciekawy to film, sympatyczny i poprawny politycznie, ale też pełen dziur i z bardzo słabym zakończeniem – chociażby ono na Oscara nie zasługuje. Poza tym w dalszym ciągu są obok silniejsi kandydaci.

„127 godzin” również nie wygra – coraz trudniej o argumenty, ale ustalmy, że po „Slumdogu” Boyle będzie musiał chwilę poczekać na swoją kolej, albo nakręcić coś dużo lepszego, a nie tylko w pewien sposób powielającego schematy. Ciężko uwierzyć też w wygraną „True Grit” – jeśli rok temu Coenowie nie dali rady z absolutnie mistrzowskim „Poważnym człowiekiem”, to konwencja groteskowego westernu również nie powinna przekonać członków-wybieraczy, mimo udziału w tym projekcie sympatycznej nieletniej, która zmiękcza serca.

Nie jest tak, że „The Social Network” zupełnie nie ma szans, ale sam nie wiem czy jest to film oscarowy, czy tylko bardzo dobrze zekranizowany popkulturalny fenomen, który za parę lat może już nie mieć racji bytu w historii kina, a prawie na pewno się zdezaktualizuje. Ostatecznie o statuetkę walczyć będą prawdopodobnie dwa filmy: narkotyczne i widowiskowe „Black Swan” zmierzy się z „The King’s Speech”, w małym kraju nad Wisłą nazywane „królewsko śmieszną komedią”. Możecie się śmiać, ale wydaje mi się, że to ten drugi film ma odrobinę większe szanse zostać wywołanym do tablicy za kilkanaście godzin w Kodak Theatre. Zobaczymy. Marzenia na przyszły rok? Zdecydowany faworyt. Królewsko by mnie to ucieszyło.

poniedziałek, 18 października 2010

The Social Network: Lubię to


Za każdym genialnym odkryciem ciągnie się krwawy ślad ofiar. Nic na tym świecie nie zostało wymyślone od tak, a na każdego zwycięzcę przypada przynajmniej kilku oszukanych i poszkodowanych. Już w samym segmencie „wynalazki służące do komunikacji” do dziś toczą się dyskusje o słuszność przyznanych patentów. Edison kradł podobno idee Tesli, a Bell Meucciemu. Bill Gates ściągnął pomysł na graficzny system operacyjny od Steve’a Jobsa, a ten z kolei od firmy Xerox. W 2006 roku Apple zawarło ugodę opiewającą na 100 milionów dolarów z firmą Creative, od której rzekomo „pożyczyli” interface stosowany potem w iPodach. Dziś twierdzą, że okrada ich HTC. Przykłady można mnożyć. Niestety w wielkim wyścigu nie chodzi wcale o to kto jest pierwszy, ale kto pierwszy dobrze pomysł wykorzysta, uwzględniając potrzeby rynku, wstrzeliwując się w odpowiedni moment, proponując ładne opakowanie i oczywiście należycie reklamując. Facebook to książkowy przykład wynalazku zmieniającego bieg historii. I jeśli początkowo kogokolwiek śmieszyła idea sfilmowania historii jego powstania, lub przynajmniej jak mnie intrygowała („jak oni to zrobią, żeby nie wyszła kolejna batalia o samochodowe wycieraczki?”), to teraz musi oddać hołd Wielkiemu Davidowi Fincherowi. Jego „The Social Network” to nie tylko film o internetowym zjawisku, nie tylko fascynująca historia geniusza, ale także rzecz o przyjaźni, współzawodnictwie, braku akceptacji i alienacji. To bardzo aktualny obraz nas samych, będących w samym środku tej pędzącej z coraz większą szybkością maszyny, którą zatrzymać może chyba tylko nowe rewolucyjne odkrycie. Choć ciężko na razie uwierzyć, że może pojawić się coś lepszego.

„The Social Network” oglądamy z perspektywy dwóch procesów sądowych, w których uczestniczy twórca facebooka Mark Zuckerberg. O nieczystą grę oskarżają go nie tylko bracia Winklevosss, którzy kiedyś zaproponowali mu udział w całkiem podobnym przedsięwzięciu, ale też jego ex-przyjaciel Eduardo Saverin, który został nieładnie zrobiony na szaro. Kto ma rację i kto oszukał kogo możemy dowiedzieć się mniej więcej z retrospekcji, ale ciekawsze w tym wszystkim są motywy postępowania wszystkich bohaterów. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze – głosi stare przysłowie, ale Fincher próbuje udowodnić, że nie tylko.

Mark Zuckerberg nie zabiega bezpośrednio o bogactwo, to jakby efekt uboczny całego przedsięwzięcia, do którego doprowadza wchodzący w jego łaski i wiedzący jak wypromować portal twórca Napstera Sean Parker. Mark to trudny geniusz, którego moralny kodeks oscyluje na poziomie 10latka (pierwsza scena filmu, kiedy rzuca go dziewczyna pokazuje to idealnie). Trudno powiedzieć czy to wynik zaburzeń (świetnie pasuje tu Asperger), społeczna nieumiejętność, czy po prostu zwykłe braki w elementarnym wychowaniu. Zuckenberg jest ze wszech miar trudny i jego główną winą jest, że pewnych rzeczy po prostu nie rozumie. „Byłem twoim jedynym przyjacielem” – krzyczy do niego przez stół w towarzystwie prawników Eduardo. I nawet wydaje się, że Markowi jest przez moment głupio, ale z drugiej strony postrzega on Saverina jako słabszego przeciwnika, który dał się ograć. I obiektywnie jest w tym trochę prawdy, bo pierwszy CFO bał się zaryzykować i nie był obecny w kluczowych dla portalu momentach. Ale z drugiej strony wyłożył na to niepewne przedsięwzięcie tysiące dolarów, którymi Zuckenberg dysponował jak chciał. Trudno nazwać też porady Seana Parkera podszeptami diabła, skoro jako najbardziej doświadczony w tym towarzystwie gracz wyczuł niespójność relacji przyjaciół, zlikwidował ją i dzięki temu osiągnął sukces. Czy zrobił to dla pieniędzy? Everybody want some.

„The Social Network” jest bardzo subtelny, ale niesamowicie trzymający w napięciu. Podbudowany niepokojącą muzyką Trenta Reznora i Atticusa Rossa, pomysłowo sfilmowany, przez długoletniego współpracownika Finchera, Jeffa Cronenwetha, podobnie jak on mającego doświadczenie w kręceniu teledysków i materiałów koncertowych, wciąga od pierwszych minut. Hipnotyzują odtwórcy ról wszystkich młodych i zdolnych. Stworzony do roli Zuckerberga Jesse Eisenberg, wschodząca od kilku lat gwiazda kinowego neurotyzmu (nie tylko śmieszny do łez „Zombieland”, ale przede wszystkim „The Squid and the Whale” Baumbacha), za pięć minut będący na plakacie Andrew Garfield (błaznował ostatnio u Gilliama, ale to co pokazał w „Boy A” to mistrzostwo świata) w roli Saverina, Justin „zdolniacha” Timberlake jako Parker i Armie Hammer wcielający się w rolę Winklevossa. Którego? Obu. To jeden z największych przekrętów filmu. Nie rzucający się w oczy efekt komputerowy. Wielu dało się oszukać.

„Facebookowi stuknęło 500 milionów użytkowników. Poprzedni rekord należał do heroiny” – żartował w lipcu w swoim programie Jimmy Kimmel. Prawie każdy więc już to ma, każdy już tam jest. Jeśli to czytasz, to bardzo możliwe, że właśnie w ten sposób do nas dotarłeś. „W Bośni nie ma dróg, ale mają facebooka” – mówi w filmie zrezygnowana i zaskoczona prawniczka. Kiedy wychodziłem z kina w galerii handlowej minąłem nastolatkę pochyloną nad laptopem w kawiarni, potem dwie „garsonki” przeglądające zdjęcia z wakacji, wreszcie mężczyznę nudzącego się przy prezentowanym nowym modelu samochodu. Obszedłem ich dookoła, zajrzałem przez ramię, nieładnie zlustrowałem ich sieciowe działania. Wszyscy byli właśnie tam, na tej niebieskiej stronie. Dobrze, że Fincher opowiedział nam jej historię, dobrze, że w tak ciekawy sposób. Zresztą któż inny lepiej przedstawiłby nam te kilka tygodni pisania kodu. Na pewno nie sam twórca. Wpisałem kiedyś tytuł filmu na facebooku i otworzyła mi się fanowska strona, ale z notką od Zuckerberga, że lepiej po informacje o fb zwrócić się bezpośrednio do jej twórców, a nie szukać ich w filmie. Wielki brat widzi więc wszystko, ma nas wszystkich w garści i jest tylko nieprzystosowanym młodzieńcem, którego kiedyś rzuciła dziewczyna. Ale spokojnie, to tylko film…

czwartek, 7 października 2010

Wall Street 2: Imperium kontratakuje.


„Wall Street 2: Pieniądz nie śpi”, podobnie jak w przypadku nowego „Star Treka”, ma w Polsce ograniczoną dystrybucję. W Krakowie można go zobaczyć tylko w dwóch kinach: Multikino i Kino Kijów. Wybrałem się do tego drugiego, gdzie gigantyczna mozaika ścienna, aż pachnie wczesną komuną. Czy to nie absurd, że to właśnie film o ekstremalnym kapitalizmie dostał pierwszeństwo projekcji w tym koszmarku. Już przy kasie dowiedziałem się, że kino w centrum Krakowa nie zainwestowało jeszcze w terminal płatniczy. Po zakupie biletów i tak jeszcze raz odwiedziłem panią w kasie, w celu odebrania żetonu, bez którego nie mogę wejść do WC. Film miał projekcję w Sali Studio. Podobno mała, kameralna salka, jednak wielkość ekranu nie została dopasowana przez projektanta do ilości rzędów. Siedząc w ostatnim rzędzie trzeba było mieć wadę na plus, aby komfortowo oglądać szczegóły filmu. Z nagłośnieniem nie było problemu, jeżeli tylko ktoś chciał oglądać film na leżąco. Dwa głośniki postawione na podłodze, kierowały całą ścieżkę dźwiękową na nogi widzów. Gratulujemy dystrybutorowi doboru partnerów biznesowych.

A teraz do rzeczy. Pierwszy film Olivera Stone o losach nowojorskich maklerów z 1987 roku jest jednym z moich ulubionych. TO przecież jeden z pierwszych obrazów odważnie zadających pytanie, czy dzisiejsza gospodarka idzie w dobrym kierunku. Szalejący turbo kapitalizm w Stanach kojarzył się raczej z dobrobytem. Stone pokazał, że rządzą nim głównie spekulanci i fat-caty. Mimo tego, że był to raczej łagodny obraz w porównaniu do np. wydanego cztery lata później „American Psycho” to i tak wykręcał ręce. Stone wykreował postać kultową – Gordon Gekko. Douglas stworzył niezapomnianą kreację kapitalistycznej tłustej świni, która po zjedzeniu całej zawartości chlewa, chce jeszcze więcej. Od Gekko nie można było oderwać wzroku, budził postrach i grozę. Jego „greed is good” przeszło do historii kina. Fenomenalny. Mi jednak zawsze bardziej odpowiadał duet ojciec-syn (Martin i Charlie Sheen). Tragizm sytuacji Buda Foxa: wielka kasa czy zdrada swojego ojca? Proste patenty, a w tle skomplikowane Wall Street. Do tego wszystkiego, muzyka Davida Byrne. Teraz już wiem, dlaczego ulubionym zespołem Patricka Batemana jest Talking Heads.

Nasz anty-bohater wraca. Co więcej ma do tego dobre warunki. Po finansowym krachu w 2008 roku, Stone na nowo zainteresował się tym tematem. Początek filmu zwiastuje, że może być to solidna kontynuacja. Gordon wychodzi z więzienia odbierając telefon komórkowy-cegłę, ale nikt na niego nie czeka. Jest sam. Czy na nowo uruchomi sieć swoich zauszników, aby zbudować imperium oparte na „zielonych” fundamentach? Za każdym razem, kiedy Gekko pojawia się na ekranie, widz zastanawia się czy szuka kolejnej ofiary (tym razem na celowniku ma swojego przyszłego zięcia Jake’a – Shia LaBeouf), czy może faktycznie przeżył przemianę i najważniejszym aktywem jest dla niego teraz czas, który nieubłagalnie ucieka? Czy Gekko faktycznie chce naprawić relację z jego córką, czy może znowu chodzi mu o pieniądze?

Oprócz niego mamy jeszcze jednego rekina biznesu - Bretton James grany przez Josha Brolina. Dla mnie zupełnie bez wyrazu, gdzieś w cieniu Wielkiego Gordona. Zupełnie nie potrzebna postać, będąca kalką losów Gekko z jedynki. Słabo wypada dziewczyna Jake’a - córka Gordona, lewicująca bloggerka, przeciwieństwo i największy wróg ojca. Stone nie ma szczęścia do postaci kobiecych (Daryl Hannah za rolę w pierwszym filmie dostała złotą malinę). Losy ich wszystkich krzyżują się, aby potem się wyprostować i znowu zaklinować. Każdy tak czy siak zna zakończenie… Zaraz, zaraz założę się, że jednak nikt się go nie spodziewał. Zakończenie kładzie cały film. Tak przelukrowanego gówienka dawno nie widziałem. Mimo, że film próbuje przez cały czas budować atmosferę jedynki, to oprócz piosenek Davida Byrne, epizodycznych starych postaci (cyniczna scena z Charlie Sheenem, cameo Olivera Stone’a czy sprzedawca nieruchomości) i oczywiście kreacji Michaela Douglasa, raczej nie posiada klimatu dzieła z 1987. No i jeszcze ten żałosny finał.

Oliver Stone mógł odbudować swoją reputację po filmach z dekady zerowej. Dostał zajebisty temat na czasie, który nie musiał być kolejnym odgrzewanym kotletem. Znowu mógł utrzeć nosa skrajnym neoliberałom. Niestety znowu poległ, a szkoda. Jako główny lewacki wojak ekranowy stracił gdzieś swój wojujący pazur na rzecz hollywoodzkich historii („WTC” czy „Aleksander”). Nie jest już wyrzutem sumienia Ameryki, a raczej śmiesznym Panem od wywiadów z Fidelem Castro. Mimo wszystko, szacunek za stworzenie GG – Dartha Vadera kapitalizmu.

piątek, 17 września 2010

Bazyl. Francja - USA 3:0


W 1996 roku niezmiernie ucieszyła mnie wiadomość, że za kolejnego „Obcego” bierze się reżyser uprawiający autorskie kino. Od „Ósmego pasażera Nostromo” tradycją było dobieranie reżyserów z charakterem. Mieliśmy Scotta – protoplastę serii, Camerona – lubującego się w kinie akcji, Finchera – jeszcze wtedy niedoszłego twórcę filmów kultowych no i w końcu Jean-Pierre Jeunet’a – twórcę wysublimowanych „Dellicatessen” i mrocznego „Miasta zaginionych dzieci”. Każdy z nich wniósł do serii swój własny styl, co sprawiło, że każda z części o Obcym stała się osobnym wielkim dziełem. Dlatego właśnie w 1996 roku zupełnie nie byłem zdziwiony, że Hollywood postawiło na europejskiego reżysera.

Jeunet jest dla mnie francuskim odpowiednikiem Terrego Gilliama. Nie tylko poprzez wykorzystanie monty-pythonowskiej animacji w swoich filmach, ale także za tony kreatywnych pomysłów, które przetaczają się przez film niczym kolorowe szkiełka w kalejdoskopie. Podobnie jak Gilliam buduje mikroświaty pełne mikro-osobliwości. Wystarczy spojrzeć jak świetnie dopiera bardzo wyraźnych aktorów (Ron Perlman, Dominique Pinion, czy chociażby Audrey Tautou), z którymi rzadko się rozstaje. Z wielką nadzieją i podekscytowaniem wybrałem się na „Bazyla” i już od pierwszej sceny wiedziałem kto zrobił ten film i dla czego znalazłem się w tej sali kinowej, a nie innej.

Film porusza ulubiony nomen omen temat Gilliama – kloszardzi i ich życie. Główny bohater to Bazyl, człowiek, który w dzieciństwie stracił ojca po wybuchu miny przeciwpiechotnej i który oberwał kulką w głowę w przypadkowej strzelaninie. Po rekonwalescencji zostaje bez pracy i bez domu. Dołącza do grupy bezdomnych, którzy dobrze sobie radzą sami, przerabiając złom. Ekipa oryginalna, bo znajdują sie w niej między innymi takie freaki jak kobieta guma, dziewczynka która przelicza wszystkie miary w głowie, człowiek który pobił rekord Guinessa jako ludzki pocisk, ale nikt nie chce mu uwierzyć itd. Bazyl postanawia zemścić się na dwóch konkurencyjnych producentach broni, którzy winni są zarówno jego kuli w głowie jak i śmierci jego ojca. Integruje całą ekipę, aby zamieszać szyki grubym rybom, stojących na czele owych korporacji. Robią to w iście zabawny i kreatywny sposób, za sprawą indywidualnych umiejętności każdego z nich. Prosty schemat ‘budujemy ekipę z najlepszych i robimy skok’ przemielany nie raz chociażby w ostatnio recenzowanej „Incepcji”, ale wykonany przez śmiesznych kloszardów jara jeszcze raz.

W czasie seansu nie mogłem się nadziwić, skąd Jeunuet bierze tyle ciekawych pomysłów. Energia i witalność przedstawianych gagów kipi na każdym milimetrze kliszy filmowej, a aktorzy niczym z trupy cyrkowej dają czadu, depcząc po piętach dwóm prezesom spółek. Kolejne sceny mijają niczym obrazki z komiksu o Kaczorze Donaldzie. Dodatkowo charakterystyczne światło i scenografia w filmach Jeunueta nie pozwala oderwać wzroku od ekranu. Mimo komediowej konwencji film przemyca gdzieś poważne pacyfistyczne przesłanie. Fatcaty międzynarodowej korporacji, zajadając krewetki i popijając je drogim winem, podejmują decyzje poprzez naciśnięcie klawisza ENTER. Wpływają tym samym na losy maluczkich, gdzieś tam na dole. A jeżeli te międzynarodowe molochy to producenci broni ich decyzje zyskują pole rażenia zmiatające miliony z powierzchni ziemi.

Ten film udowadnia, że nie trzeba już męczyć się na amerykańskich komediach, gdzie śmieszne sceny opierają się na puszczaniu wiatrów lub eksponowaniu przerysowanego motywu gejowskiego. Nie wystarczy umieścić cameo z jakimś znanym celebrytą, aby ludożerka poszła do kina (patrz scena z Tysonem w „Kac Vegas”). Jeunet zbudował przyjemny film, bez silenia się na nowoczesne popcornowe podejście do widza. Znowu zebrał ekipę świetnych francuskich aktorów i pokazał, że można zrobić coś z jajem. Jeunet już dawno wszedł do Ligue 1 światowego kina, ale teraz jest już w Champions League.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

"Incepcja" czyli percepcja do wewnątrz? ;)


Mało jest reżyserów, na których premiery filmów czekam z zapartym tchem. Wszyscy wielcy tego świata już dawno się sprzedali. Nie mogę ogarnąć spadku formy Ridleya Scotta do poziomu mniej niż zero, Olivera Stone’a, który nakręcił sequel Wall Street, Allenowi nie da się już wybaczyć zjadania swojego czwartego ogona. Może dlatego z braku laku kibicuję Nolanowi. Mimo zachwytów nad jego twórczością krytyków i widzów, muszę stwierdzić, że jego filmy są tylko bardzo dobrze nakręconymi filmami rozrywkowymi, siląc się niestety z przesadą na kino intelektualne. A może to właśnie dzięki nasyceniu jego filmów dozą pseudo-metafizyki odróżniają się na tle dzisiejszych amerykańskich produkcji. Może dlatego na nowe filmy Nolana czekam z utęsknieniem, zadając sobie pytanie jakie wkręcające zakończenie przemyci tym razem. Każdy odliczał dni do premiery „Mrocznego Rycerza”. Każdy z nas napalił się tak, że nie dostrzegł błędów logicznych i przegadanych kwestii. Czy w przypadku „Incepcji” nie jest podobnie?

Na samym początku wyżalę się na dzisiejsze kino komercyjne. Po „Mrocznym Rycerzu” zastanawiałem się co Nolan sobie teraz będzie dłubał w przerwie do następnego Batmana. Może jakiś odpoczynek? Nic z tego, facet nie dość, że zabrał się za kolejny film z rozmachem, to jeszcze skrobnął scenariusz. Niewątpliwie ma talent. Jednak oglądając jego filmy wydaje mi się, że za bardzo sili się na zrobienie filmu kultowego. Co więcej dokładnie wie jaka jest recepta na takie kino. Czego tu nie mamy? „Matrix” – zawieszki w powietrzu, „Blade Runner” – świat tajemniczych korporacji oraz pytania pokroju „Kim jestem?”, „Gorączka” – „dobrze ubrane” kino akcji itd. Gdyby Nolan chociaż zmniejszył rozmiar o „jeden poziom” byłoby oki. Kiedy pojawia się rozkminka bohaterów o wskoki na następny level świadomości, film zakrawa na parodię „Incepcji”. Podobnie jest z poważnymi rozmowami bohaterów. W pewnym momencie miałem ochotę zaśmiać się i krzyknąć „skończcie ten bełkot”. Panie Nolan bardzo fajnie, ale po co tak zakręcać i przykrywać intelektualnym pierdzeniem błędy w scenariuszu (jakie? nie będę spoilerował).

Druga rzecz, która popełniana jest nagminnie w kinie amerykańskim, to „ukryty lektor” dla widza masowego. Jeden z bohaterów wprowadzany jest na siłę, aby tłumaczyć na bieżąco akcję filmu. W tym przypadku to Ariadne – Ellen Page. O zgrozo zobaczcie jak ona ma na imię. Ariadno, dziękujemy ci za nić bez niej nie wydostalibyśmy się z tak zagmatwanych sytuacji w scenariuszu. Bohaterka grana przez Page nie ma żadnej historii w filmie, nikt się z nią nie utożsamia, nie jest tez postacią, którą chce się oglądać, ale jest manekinem gdzie każdy tłumaczy jej jak dla pierwszaków o co kaman. Ariadne pyta” I co teraz będzie?” albo „a dlaczego tak?” a dlaczego nie tak” i zaraz otrzymuję odpowiedź. Proszę, dajcie trochę pomyśleć. Już nie raz pisałem na coldaimie, że kluczem do statusu filmu kultowego jest nieodkryta tajemnica. Ile razy widzieliśmy na ekranie postać Aliena z „Ósmego pasażera Nostromo”?

Nolan kręci postmodernistyczne kino akcji. Miszmasz gatunków połączony mimo wszystko z realizmem. Podobają mi się bohaterowie prowadzeni twardą ręką bez taryfy ulgowej. Gdzieś, przeczytałem, że „Incepcja” to kino szpanerskie. I tak dokładni jest. Mnie to jara. Panowie w dobrze skrojonych garniturach z poważnymi minami ładują karabin maszynowy w kadrach wyjętych z włoskiego Vogue. To jest cool. Świetnie dobrana obsada. Di Caprio musi być zmęczony odgrywaniem ostatnio tych samych ról agentów i policjantów z problemami („Krwawy Diament”, "W sieci kłamstw”, „ Wyspa Tajemnic”), ale i tak daję radę. Dobrze odświeżony Joseph Gordon-Levitt. Genialnie urzekający Tom Hardy. Nieśmiertelny Michael Caine (czy on jest przybranym ojcem Nolana, czy jak?). Czy totalnie odrealniony Cillian Murphy. Podoba mi się też pokazówka „lubię oldschoolowe kino akcji” w postaci obsadzenia Toma Berengera.

Przejdźmy do fabuły. Koncepcja wchodzenia w sny w snach do tej pory nie penetrowana, chociaż „Odmienne stany świadomości” było blisko, no i jeszcze Sknerus McKwacz. Za ten pomysł należą się uznania. Agenci i korporacje w stylu cyber-punk. I’m Lovin’ it. Czułem klimat od samego początku. Fani Sci-fi nie mogą być zawiedzeni. Mroczne zawieszenie akcji nie wiadomo na którym poziomie świadomości faktycznie zmusza do zagwostki a la ”Gdzie kończy się kosmos?”. W takim sosie przymykam oko, na śmieszne scenki typu związanie ekipy w sandwicha (McGrubber by tego nie wymyślił). Od samego początku film trzyma w napięciu, nie puszcza nawet do ostatniej sceny. Zapierdala aż miło. Muzyka buduje dynamiczny klimat i wkręca się w mózg jak w fazie REM. Ciekawostka dla fanów muzyki: Sprawdźcie sobie kto robił gitarę pod motyw prowadzący.

Christopher Nolan nie spoczął na laurach po „Mrocznym”, co więcej zrobił sobie bardzo udaną rozgrzewkę przed zamknięciem trylogii, a tam nie będzie już taryfy ulgowej. To jak w końcu Mr Freeze czy Aborygen? ;).

PS. Jeszcze odpowiedź dla czytelników. Młody kawaler Krysko, zgłaszał uwagi do filmu, że wszyscy strzelają z maszynówek do bohaterów i nikt nie dostaje. Redakcja śpieszy z odpowiedzią. Kiedy śpimy wielokrotnie mamy wrażenie nieustającej ucieczki, biegniemy, ale stoimy w miejscu, próbujemy coś ułożyć, ale zaraz się rozsypuje, ktoś do nas strzela, ale nie może trafić…

niedziela, 14 marca 2010

"Tlen" - Bardzo duszny seans.


Słowo tworzy dźwięk, dźwięk nadaje rytm, który tworzy muzykę, a ta wywołuje obraz. Tak właśnie skonstruowany został „Tlen”. Wszystkie warstwy filmu są integralne, tworzą widowisko multimedialne, któremu łatwo się poddać, zahipnotyzować. Pięknie brzmiący język rosyjski stwarza harmonię. Gdy recytacja nabiera tempa, obraz robi się coraz bardziej agresywny, kiedy głos się uspakaja, widz może odetchnąć. „Tlen” mocno ingeruje w zmysły, nie daje od siebie oderwać wzroku, a tempo słów nie pozwala nawet na moment skierować myśli w innym kierunku. Tekstu jest dużo. Czasem zdania padają jedno po drugim. Niewładający biegle rosyjskim widzowie muszą dołożyć nie lada starań by ogarnąć wszystko, co dzieje się na ekranie, odczytać napisy i zrozumieć ich sens. Niestety, techniczny problem białych liter na białym tle lub na rosyjskich napisach, będących częścią clipów, był dokuczliwy i zakłócał odbiór spektaklu. Trudno się wobec tego dziwić, że twórca nalegał na dubbing, jednak coś mówi mi, że „Tlen” bez dźwięcznego rosyjskiego nieco stracił by swój dyskretny urok.

Wyrypajew stworzył dramat o mało oryginalnej treści. Mamy zakochaną parę, mezalians, zbrodnię, następstwa czynów (wkracza wymiar sprawiedliwości). Aby nieco złagodzić podobieństwo do wszystkich historii àla Romeo i Julia, autor zadaje kilka metafizycznych pytań, dorzuca nieco polityki, ubarwia wszystko starotestamentowymi tekstami, a żeby było „na czasie”, także językiem młodego pokolenia. Dostajemy narkotyczne wizje oraz kilka przedstawień życia w wielkim mieście. Powstaje mieszanka trudno przyswajalna, ciężkostrawna. Wyrypajew podaje nam ten ciężki posiłek w pięknej oprawie, doskonale znanej zjadaczom MTV. Tekst po tekście, obraz, po obrazie. Skoro już zasiadło się przed ekranem, to przyswoi się wszystko, bo konwencja teledysku nie pozwoli wstać, lekko otumani, zagłuszy poczucie czasu. Otrzymujemy wirtuozerski popis, mieszaninę gatunków i technik. Pojawia się prawie wszystko: sceny na księżycu, pod wodą (środowiska beztlenowe), animacje tradycyjne, komputerowe. „Tlen” to swoista antologia sztuki teledysku.

Film został okrzyknięty jako odważny, nowatorski i eksperymentalny. Czy taki jest? Tak i nie. Ja chwilę zastanowiłabym się przed popadnięciem w bezkresny zachwyt nad „Tlenem”. Sama postać Saszy wydaje mi się lekko wtórna. Ruda piękność, jako uosobienie odmienności, lekkości, dzikości, tlenu. Ile jeszcze bladolicych rudowłosych zjaw pojawi się na ekranach i plakatach, wciąż w tej samej roli nieuchwytnych outsiderek. Nie umiem pozbyć się skojarzenia z „Biegnij Lola Biegnij”. TU też film przeplata się z animacją. Dużą rolę odgrywa tempo muzyki. Rude włosy dominują w kadrach i przypadkiem obie bohaterki noszą tatuaż w tym samym miejscu.

Połączenie dramatu z ciągłą narracją muzyczną dało nowoczesny musical, po którym wyszłam z kina lekko zmieszana. Wyrypajew radzi by film oglądać intuicyjnie, by poczuć przykazania, bo ich odbiór za pomocą intelektu niewiele daje w zachodnim świecie. Nie wiedziałam, czy w spektaklu tym było zbyt wiele metafizyki, czy ja tylko usilnie szukałam tam kolejnych warstw i tak złożonej struktury. Mimo tego oddychać „Tlenem” jest przyjemnie, tylko czasem można się zakrztusić.


środa, 3 marca 2010

"Alice in Wonderland": Alicja już tu nie mieszka.


Zacznę od wyliczenia swoich grzechów. Otóż, mimo że widziałem „Alicję” w IMAXie, to niestety z dubbingiem (jak zawsze wywołał u mnie pewien rodzaj frustracji) i z perspektywy rozpłaszczonej myszy, co trochę zubożyło moje doznania trójwymiarowe (choć wydaje mi się, że akurat w przypadku tego filmu nie ma co się podniecać – ot zwykła rutyna). W każdym razie tak wyszło i na początku seansu snułem plany obejrzenia w niedalekiej przyszłości filmu jeszcze raz, tym razem z napisami, żeby przede wszystkim usłyszeć głos(y) Matta Lucasa, Heleny Bonham Carter czy Johnny’ego Deppa. Jeśli chodzi o tego ostatniego, to nie z wielkiej miłości, ale raczej, żeby zagłuszyć głos Pazury (D-R-A-M-A-T). Ale teraz już sam nie wiem czy chce mi się jeszcze raz brodzić w tych popłuczynach po starym dobrym Burtonie. Nieco mnie zemdliło.

Bez serc i bez ducha? Poniekąd tak, bo choć serc jest tu zdecydowanie za dużo, to ducha wielkiego reżysera nie uświadczysz. Gdzie był podczas całej produkcji? Rysował w przyczepie swój kolejny film animowany, podczas gdy całą robotę wzięli w swoje ręce bezduszni spece od rozrywki z Disney & co.? Tak to właśnie wygląda. Odczułem to szczególnie mocno będąc skazanym na 10 minutowy wikipediowy wykład z serii „Tim Burton – życie i twórczość”, który pani z kina przeczytała z plastikowym i jakże trudnym do ukrycia „entuzjazmem” (nie pomogło p-p-p-poker face). Wymieniła nawet wszystkie znaki firmowe reżysera, takie jak gotyk, mrok, cienie, śmierć. Oj wiecie przecież, znacie je dobrze! A tu co? Doszukałem się jednej sceny, która naprawdę była godna mistrza – całe kilkadziesiąt sekund, kiedy Alicja przechodzi przez fosę „po trupach”. Tyle. Reszta jak ze Shreka. Kolorowo, cukierkowo, mało zabawnie, groteski tyle, co kot napłakał, a wszystko po linii najmniejszego oporu.

To może teraz podsumowanie bohaterów w telegraficznym skrócie: Kot? Nudny i kiepsko zrobiony (powinien być przynajmniej taki jak ten!). Pan Gąsiennica? Irytujący. Kapelusznik? Niezły, ale grając tego typu role przez ostatnią dekadę Depp chyba wyprztykał się już z pomysłów i czuć wtórność. Czerwona Królowa? Przewidywalna, poza tym myślałem, że Helenę stać na więcej. Alicja? Pomyłka. Australijskie pół Polki, czyli Mia Wasikowska nie ma w sobie potrzebnego uroku. Jest trochę podobna do młodej, nomen omen, Alicii, nie tej carrollowskiej, ale Silverstone. Czy ktoś z was czuł kiedyś coś do Silverstone? No właśnie.

Fabuła tego filmu to kompletny bezsens. Cała historia już się wydarzyła kiedyś i teraz Alicja wraca i przeżywa wszystko jeszcze raz? Po co takie udziwnienia? Widziałem wywiad z Burtonem i Deppem u Jonathana Rossa (a, macie), gdzie reżyser mówił, że widział ze 20 ekranizacji i każda była taka sama, opowiadała tę samą historię. Tim, na miłość boską, Alicja to arcydzieło literatury, to wielopoziomowe i wielowarstwowe cudo, a ty dałeś to do przeróbki jakiejś babie od Disneya. Może i napisała wszystkie te wyciskające łzy dialogi do Króla Lwa, ale tu wycięła wszystko co ważne, dając na początku jakąś mdłą arystokratyczną historię o zaręczynach, wspaniałym tatusiu Alicji i wchodzeniu w dorosłość. Niech cię diabli! Wydawało się, że to udźwigniesz, a zrobiłeś jakieś sofciarskie landrynkowe gówno dla dzieciaków. Już dużo lepszy klimat i na pewno bliższy zamysłowi Carrolla ma porno-musical z 76’ roku, film, który po prostu trzeba zobaczyć. I niechże Marilyn Manson skończy wreszcie swoje „Phantasmagoria: The Visions of Lewis Caroll”. Muszę czymś zagryźć gorzki smak porażki Burtona. Albo popić. Eat me, drink me, whatever.

poniedziałek, 8 lutego 2010

"Parnassus". Gdzie diabeł nie może, tam Gilliama pośle.


„Przyjdź, usiądź, poddaj się historii, którą ci oferuję. I zobacz dokąd cię
zaprowadzi” zachęcał Gilliam w wywiadach promocyjnych swojego nowego filmu. „Parnassus” wprowadza w świat cyganerii - odmienny, teatralny, uroczy, doskonale wykreowany, pobudzający zmysły. Artystyczna trupa w absurdalnym pojeździe, jak okręt dryfuje ulicami Londynu. Ostatni bastylion wyobraźni unosi się nad zdegenerowanym światem bezdomnych, pijaków, oraz smutnych rodzin pogrążonych w codziennej rutynie. Wieczorami aktorzy dają nieciekawe, z punktu widzenia współczesnego odbiorcy przedstawienia. Subtelny świat, utkany ze starych materiałów, skonstruowany z tekturowych rekwizytów, wykreowany przez staromodne kostiumy, nie jest w stanie przyciągnąć nikogo poza zawadiakami, pragnącymi wyszydzić ludzi żyjących inaczej, niekonwencjonalnie.

Magiczny tabor, koczuje w postindustrialnych przestrzeniach, gdzie rozgrywają się sceny z codziennego życia trupy, okraszone uroczo absurdalnymi dodatkami z pogranicza magii, snu i wiejskiej sielanki, aż chce się na to patrzeć dla samej wizualnej przyjemności. Pierwsza scena przejścia na drugą stronę lustra, ukazuje wnętrze umysłu Parnassusa w konwencji scenografii teatralnej, gdzie pojawia się i znika hipnotyzująca ruda nimfa, zabawia nas przerażającym chichotem. Taki obraz kusi, daje miły przedsmak tego, jaki może być klimat filmu.

Takiej historii możemy i chcemy się poddać, ale wtem wbiega do lustra rozkapryszone dziecko. Nie ma już ślicznego świata, gdzie porcelanowa laleczka tańczy, półbóg mędrzec lewituje, a stare teatralne kotary unoszą stęchłą woń. Czar pryska! Widz prowadzony jest w świat znany i niestety dziś popularny, nieobcy dla każdego gracza komputerowego i zjadacza współczesnych filmów. Wychwalana wyobraźnia powoli przestaje być potrzebna, bo jest teraz w świecie, gdzie wszystko jest możliwe, gdzie graficy komputerowi wyczarują najpiękniejsze kolory, disnejowski krajobraz, stworzą też najczarniejsze piekło.

Dokąd zaprowadzi nas Terry Gilliam? O czym właściwie jest „Parnasus”? Może to odwiecznie snuta opowieść o walce dobra ze złem, w której diabeł zawsze wodzi na pokuszenie. Satyra na problemy dzisiejszego świata; konsumpcjonizm, bezdomność, przestępczość, mafijny półświatek Może to opowieść o relacjach między dorastającą córką, a bezradnym ojcem, który roztaczając swoją wizję świata chronił swoje jedyne dziecko. Kto wie, czy cała opowieść nie jest tylko wytworem wygłodniałego, zmarzniętego umysłu pijaka, albo wizją sfrustrowanego człowieka, który całe życie spędził jako kiepski uliczny artysta, którego jedynym światem jest mały tekturowy teatrzyk. A może „Parnasus” to tylko pomnik Heatha Ledgera, pomnik stawiany charytatywnie (o ironio - z tego tematu w filmie się śmiejemy), przez zacne grono jego przyjaciół? A czy można krytykować, pomnik, który stawiany był w trudach, czy nie należy wybaczyć scenariuszowych błędów, gdy wiemy, że film miał wyglądać inaczej. Czy wyglądałby wtedy lepiej?…. Możemy sobie to tylko wyobrazić.

środa, 3 lutego 2010

„Sherlock Holmes”: Push the tempo


Światła! Kamera! Akcja! W nowy film Guya Ritchiego wchodzimy właśnie
tak. Szybko, bez zbędnych ceregieli. Jedna z najbardziej wyświechtanych literackich postaci, obecna w filmach wielokrotnie, detektywistyczny wzór metra z Sèvres, odgrzana jest po raz kolejny, tym razem nie w ekskluzywnej restauracji podczas inteligenckiej kolacji, ale w barze szybkiej obsługi, na stojąco, polana popkulturalnym sosem. I jakkolwiek olej jest już bardzo stary, to dalej smakuje wybornie.

Nie trzeba być codziennym bywalcem plotkarskich serwisów, żeby wiedzieć jedno – opadły kajdany i Mr Madonna wreszcie jest w formie. „Sherlock Holmes” to powrót do grona najlepszych sztukmistrzów kina akcji. Choć jego, umówmy się, jedyne liczące się dzieła, które nakręcił w 1998 i 2000 roku to filmy tematyczne, a konkretnie kino drobnogangsterskie, to w „Holmesie” też czuć jego południowoangielską rękę. Znów mamy film, w którym zdziecinniali faceci udający twardzieli, wpadają co chwila w tarapaty. Zabawa na całego, załaduj, przeładuj, wypal.


Duet aktorski, który obserwujemy na ekranie, czyli Robert Downey jr. i Jude Law działa bardzo sprawnie. Law wprawdzie wypada dużo lepiej, niż będący ostatnio w gorszej formie Downey jr., ale to kwestia milimetrów. W ich wydaniu Holmes i Watson to nie dystyngowani dżentelmeni, ale raczej para młodzieniaszków – chuliganów, żądnych dobrej zabawy. Choć i u Conan Doyle’a byli przyjaciółmi, to wtedy przyjaźń oznaczała coś zupełnie innego, poza tym w pewnym sensie Watson był postacią stojącą hierarchicznie niżej niż tytułowy Holmes. U Ritchiego wszystko zaciera się, detektywi kłócą się, przekomarzają, docinają sobie i raz po raz ratują swoje tyłki z opresji. Zaprawdę trudno nie zauważyć podobieństwa do serialowych doktorów House’a i Wilsona, kiedy Watson z litością obserwuje nurzającego się w beznadziei i zblazowaniu Holmesa, a tamten raz po raz mu się odgryza. Ale to wszystko dobrze – taki jest klimat filmu, elokwentne przydługie dialogi zabiłyby wszystko, a przy tak szybkiej akcji pewnie pierwsi pod nóż poszliby główni bohaterowie.


Można zastanawiać się czy nie warto było przy takim budżecie i z takimi możliwościami zrobić tego trochę inaczej – mroczniej, bardziej tajemniczo, na serio. Postaram się odpowiedzieć na to pytanie tak szybko, jak szybko Holmes zadaje, uprzednio dobrze przemyślane, nokautujące ciosy podczas walk wręcz: nie, nie i jeszcze raz nie! Może dobijam teraz czyjąś żądzę koniecznego artyzmu, ale Homes 2.0 jest cool. Komiksowi bohaterowie, trochę gadżetów, walki wręcz, niezbędny slapstick – Holmes i Watson, mimo braku trykotów i peleryn to też trochę superbohaterowie chroniący miasto bezprawia. Ten pierwszy prawie kompulsywnie szukając jakiejś sprawy do rozwiązania jest jak Batman, zapalający swój reflektor nad Gotham, drugi, będący zawsze obok i skłonny do pomocy, to wdzięczny Robin. Galeria przerysowanych czarnych postaci, piękna femme fatale, kadry, w których nie ma miejsca na nieuzasadniony brak akcji - to duży plus jeśli rozpatrujemy film pod kątem kina bez wytchnienia, takiego, które puszczone w telewizji nastręcza dużych problemów ludziom, zajmującym się zabijaniem napięcia, poprzez wsadzanie reklam gdzieś pomiędzy. Owszem, prostota rozwiązań czasem razi, a komizm sytuacji momentami nie jest aż tak komiczny jak byśmy chcieli, banał skądś tam wyłazi, szybki, drogi samochód z plastikową tapicerką – ot co. Nie chce już mówiąc o, choć widowiskowym, to uciętym szybko zakończeniu i napomknięciu o szykującej się następnej części, podanym na tacy tak, jakby na ten most wdrapał się sam Ritchie i pokazał na laptopie filmik „w następnym odcinku”. Ale to wszystko sprawy marginalne – w końcu miała być rozrywka i jest rozrywka. Magia hollywoodzkiego kina. A jak komuś się nie podoba, to niech opuści projekcję. Rozszerzone źrenice, dip serowy do nachos spływający po brodzie, siorbanie coli. Pierwotna przyjemność. I jakoś nie widzę, żeby ktoś wstawał.

czwartek, 21 stycznia 2010

“Paranormal Activity” – Blair Witch Franchising


Postawmy sprawę jasno – nikogo już nie kręci idea horroru stylizowanego
na para-dokument lub film amatorski. Było minęło. „Blair Witch Project” pod koniec lat dziewięćdziesiątych przetarł drogę dla takich produkcji, ale problem z „Blair Witch” polega na tym, że, niczym Ulysses Joyce’a, stał się on od razu najlepszym i niemal jedynym przedstawicielem swojego gatunku (mówimy tu oczywiście o tym gatunku, który dociera do masowego odbiorcy). Ok, zlinczujcie mnie, był jeszcze „REC”, ale według mnie daleko mu do doskonałości oraz „Cloverfield”, który kasuje dwa poprzednie obrazy budżetem, a my, jeżeli jeszcze tego nie zauważyliście, mówimy to pewnej odnodze „hand-held camera horror”, mianowicie o odnodze wyjątkowo niskobudżetowej.

Tak więc „Paranormal activity”. Hm. Cóż można o PA nim powiedzieć… Ano wabi nas bardzo sprytnie. Na wstępie poznajemy dwójkę młodych ludzi, Katie i Micah, a także dowiadujemy się o ich problemach w nowym domu. Niby banał, ale naprawdę przyjemnie się nam nich patrzy, i choć widać braki w umiejętności posługiwania się kamerą (daj Bóg, zamierzone) pokrywane dość dziwnymi ujęciami, to, hej, mamy tu do czynienia z amatorami, prawda? Zawieśmy na chwilę niewiarę, bo z początku wszystko układa się bardzo ładnie. Dziwne stuki i odgłosy, które pojawiają się w nocy, a których zastosowanie w dobie wszechobecnego gore powinny trącić myszką, naprawdę straszą, i nie można PA odmówić zgrabnego budowania napięcia. Reżyser postawił na straszenie nas tym, czego nie widać, i wychodzi mu to wzorowo;, człowiek w kinowym fotelu ogryza paznokcie i piszczy: „Zamknijcie te cholerne drzwi, zaraz coś przez nie wlezie! Nie wytrzymam! Nie wytrzymam!”

Mamy też oczywiście minusy scenariusza. Zamknięcie całej akcji w czterech ścianach zamiast wywoływać duszą atmosferę wzbudza irytację. Profile psychologiczne obu postaci momentami sypią się niemiłosiernie – vide, Katie, która wie, że coś ją ściga ale bredzi niezmiennie, że będzie lepiej; jakieś płonące tabliczki do rozmowy z duchami; twardziel Micah drażni wciąż i wciąż powtarzając, że sam poradzi sobie z demonem i pokrzykuje na niego jak (WTF?) kumpel z boiska. Czasami nie trzyma się to wszystko kupy, ale z drugiej strony doskonałe sceny, jak chociażby ta, gdy w nocy słychać dudniące kroki na pustych schodach (wierzcie mi, naprawdę przerażająca), wynagradzają wiele potknięć reżysera.

Niestety w pewnym momencie w PA coś pęka. Napięcie siada po około godzinie za sprawą jednego bzdurnego rekwizytu. Ekipa filmowa dokonuje czegoś absurdalnego: drążąc glebę undergroundu coraz głębiej i głębiej w poszukiwaniu złotego samorodka sukcesu, nagle , orientuje się, że zawędrowała za daleko i czym prędzej postanawia się wydostać na powierzchnię - w związku z czym końcówka filmu przypomina uderzenie w pysk àa la popłuczyny po „Świcie Żywych Trupów”. Aż łza się w oku kręci na samą myśl jak bardzo można było spieprzyć tak wiele obiecujące dzieło.

W ramach nawiedzeń odsyłam do „Entity” z 1981 roku. Ten film wytrzymał niemal trzydzieści lat i nadal przeraża. Porównując z nim PA obawiam się, że o tym drugim niedługo zapomnimy. Choć obejrzeć warto. Na tle takiego powiedzmy „Unborn”, PA pozostaje klasą samą w sobie.

Z drugiej strony rozważania nad kondycją współczesnego horroru to już temat na inną pogadankę…

niedziela, 17 stycznia 2010

"Avatar", czyli złote góry z tektury.


Na początek anegdota:
Cztery czy pięć lat temu byłem świadkiem pewnej rozmowy* na pewnym planie filmowym. Rozmawiali James Cameron i Eric Murphy, bardziej znany jako agent hollywoodzkiego gwiazdora Vincenta Chase’a.

Murphy: Jim, te efekty na bluescreenie są niesamowite! Kiedyś wcale nie będziecie potrzebowali aktorów!
Cameron: To prawda, za pięć lat.
Murphy: ?
Cameron: Żartuję!

Ta rozmowa naprawdę miała miejsce i w pewien sposób przepowiedzenie przez reżysera przyszłości może wywołać gęsią skórkę. Ale nie powinno - James Cameron avatarową historię wymyślił w środku lat 90tych i przez ponad dekadę konsekwentnie dążył do jej zrealizowania, będąc świadom własnych ograniczeń finansowych, a przede wszystkim technologicznych. Choć po sukcesie „Titanica” świat kupiłby od niego wszystko, on wiedział, że to nie czas. Ktoś może się żachnąć: „jak to? przecież w „Avatarze” występują ludzie, Cameron nie miał racji!”. Nie bądźmy jednak dziećmi – to wykalkulowany chwyt. Równie dobrze mogłoby ich nie być, albo wygenerowano by ich komputerowo, a wy nie zauważylibyście różnicy.

„Avatar” to film, który ciężko do czegokolwiek porównać, trzeba to Żelaznemu Jimowi oddać (taką ma w Fabryce Snów ksywę, i nie chodzi o dobre zdrowie). To nowatorskie kino, które coś rozpoczyna. Nie wiem czy kolejną epokę, bo klasyczne oglądanie filmów na dużym ekranie raczej nie zaniknie. Tylko jeśli takowe można porównać do oglądania na niebie ładnych fajerwerków, to już seans z Cameronem jest jazdą na największym rollercoasterze. Sprawdzanie „o co cały szum z tymi niebieskimi kotkami” na komputerze czy w zwykłym kinie właściwie mija się z celem. Ma być HD i 3D, cyfra i okulary. A wtedy dopiero poczujecie jak to jest robić unik przed granatem dymnym.

A teraz czas zdjąć okulary i przekrzywić trochę głowę w bok. Oprócz niesamowitych, zapierających dech w piersiach fenomenalnych i nowatorskich efektów i fantastycznego nowego świata, który został stworzony od podstaw, film nie niesie za sobą kompletnie nic. To pusta bajeczka, oparta na ogranych motywach. Nie wiem czy słyszeliście porównania do „Pocahontas”, ale coś w tym jest. Ale jak na fabułę można jeszcze przymknąć oko (choć sprawdźcie to), to już dialogi są naprawdę słabe. Czy ja wymagam zbyt wiele? Film za 300 milionów dolców mógłby mieć dobry scenariusz. Wytwórnia powinna powiedzieć Cameronowi jasno: „ok Jim, ten script jest naprawdę wporzo, tylko ty będziesz widniał w creditsach, ale zapłacimy 100 tysięcy Paulowi Hagginsowi, żeby dodał tu trochę prawdziwego życia, 100 Charliemu Kaufmanowi - każdy film potrzebuje szczypty inteligentnego absurdu, a ekipa z Saturday Night Live da nam kilka dobrych żartów”. Tych ostatnich w filmie praktycznie nie ma, sytuacyjny dowcip jest na poziomie telenoweli.


Kolejną rzeczą, za której Cameronowi należy się solidny opieprz są bohaterowie. Nudni, przewidywalni, papierowi, komiksowi, nierzeczywiści. Kalki kalek. Zły pułkownik Quaritch jest jak jeden z przeciwników Batmana, a grany przez Joela Moore’a Norm Spellman to już zupełna porażka. Jego teksty wypowiadane pełnym udawanego zdziwienia przemądrzałym głosem ważniaka ("Czym jest Eywa?! Jedynym bóstwem Na’vi. Ich boginią, stwórczynią wszystkich żyjących rzeczy. Wszystkiego co znają! Wiedziałbyś, gdybyś przeszedł odpowiednie szkolenie!”), są jak z „Pana Samochodzika” albo „Scooby Doo”. A poza tym standard: twardziel o miękkim sercu (nowa ikona kina akcji Sam Worthington znowu w tej samej roli), nieczuły biurokrata cipa (nie wiem dlaczego Ribisi ostatnio łapie takie ogony), seksowna pilot śmigłowca (tu akurat Michelle Rodriguez wycisnęła z tej roli wszystko – respekt) i pyskata pani naukowiec (Sigourney Weaver wiedziała co robi – w krótkich szortach i przebraniu Avatara wygląda tak dobrze jak 20 parę lat temu, kiedy to razem z Cameronem kręciła drugą część „Obcego”). Po stronie „niebieskich” podobnie: księżniczka, jej rodzice u władzy, najlepszy łowca – absztyfikant i banda prostych dzikusów, żyjących w zgodzie z matką naturą. Główna amantka filmu, córka wodza, Neytiri („grana” przez Zoe Saldane), czyli owa „niebieska Pocahontas” kojarzyła mi się przez cały czas z postacią z jakiejś latynoskiej telenoweli, która lamenty do Matki Bożej z Guadalupe przerywa co jakiś siarczystymi obelgami wypowiadanymi po hiszpańsku (tu w języku Na’vi). W okularach czy bez – szału nie ma.

„Avatar” jest na ustach wszystkich i wszyscy chcą go zobaczyć. To zrozumiałe. Robi wrażenie. W Stanach powstała już nawet nowa jednostka chorobowa, post-Avatar depression, czy coś takiego, a Internet pełny jest wyznań: „Zbudziłem się rano i nie chciało mi się nic, nie chciałem wychodzić do szarego świata, pracować, żyć. Chciałem znów być na Pandorze – była taka piękna i kolorowa”. W pewnym więc sensie film spełnił swoją rolę, pokazał coś nowego. Trudno mi zniechęcać kogokolwiek do obejrzenia, wprost przeciwnie, idźcie, bo to jakaś tam atrakcja. Ale nie można tego filmu chwalić pod niebiosa, przybijając sobie piątki i dając mu dziesiątki, bo kompletnie nie zasłużył. Tym bardziej dlatego, że Cameron pod przykrywką widowiska zmieniającego oblicze kina mógł zamiast banału przemycić dosłownie wszystko, także coś inteligentnego. Niestety, po seansie nie zostaje nic. Słyszę tylko w głowie odgłos kasy liczącej pieniądze. Chi-ching. Chi-ching. A Żelazny Jim gdzieś tam po drugiej stronie oceanu z ironicznym uśmiechem zaciera ręce.

*Owa rozmowa, to fragment odcinka serialu „Entourage” z gościnnym występem Jamesa Camerona (zagrał samego siebie), który wyemitowany został 7 sierpnia 2005 roku na antenie HBO.

piątek, 11 grudnia 2009

"Spread" - Zrobieni w ciacho.


Poddaję się. Przepraszam wszystkich, którym obiecałem, że wymyślę nowy lepszy polski tytuł filmu Davida Mackenziego. Nie wymyśliłem. „Amerykańskie ciacho” jest nie do przyjęcia, tagline „do schrupania” irytuje jak nowa świąteczna reklama allegro, ale niestety – jedno z wielu slangowych znaczeń słowa „spread” to właśnie bardzo atrakcyjny i seksowny młody facet. I nawet kiedy przewertujecie słownik, to przekonacie się, że nasz ojczysty język ubogi jest w chwytliwe słowa, którymi dziewczyny mogłoby komentować co atrakcyjniejszych mężczyzn. Pocieszmy się chociaż, że w innych krajach nie jest lepiej – Skandynawowie w kinach mają „L.A. Gigolo”, w Hiszpanii na plakatach widnieje „American Playboy”, a „S-Lover” straszy w Korei (południowej – w północnej straszy od dawna Kim Jong-il). Kulinarne koneksje i odniesienia do wypieków rażą przede wszystkim dlatego, że słowo „ciacho” jest jakieś takie kwadratowe. Kojarzy się z TVN i pokoleniem Magdy M., czyli tabunami kobiet, już nie dziewczynek, które robione są podprogowo w konia. Najśmieszniejsze, że nawet dla nich nazwanie kogoś „ciachem” jest lekkim obciachem i wcale nie przemawia tu przeze mnie zazdrość (nie mam niestety na ciacho warunków) – raczej troska o widza i trwoga przed jego złym wyborem w tę czy inną stronę. Ludzie pójdą na ten film do kina, jestem tego pewien, tylko wydaje mi się, że trochę przypadkowi. Zresztą pal sześć tych, którzy wyjdą i będą narzekali, że film wcale nie był taki zabawny. Martwią mnie raczej ci, którzy prychną pogardliwie widząc plakat, tym bardziej, że w kinach promowana jest właśnie polska komedia o znajomo brzmiącym tytule „Ciacho” („Pitbull” Pitbullem, ale teraz Vedze już nie zaufam), która nie robi dobrej reklamy. Warto też przypomnieć sytuację sprzed dwóch lat, kiedy Julie Delpy praktycznie sama zrobiła całkiem niezłe „2 Days In Paris”, a na polskich ulicach promował go tandetny komedio-romantyczny plakat z tagline’ami wielkości tytułu: „Komedia pełna testosteronu nie tylko dla lejdis;)” i „seks w pięknym mieście”. To był inteligentny film! Kto się wtedy zraził niech obejrzy teraz.

Troszkę przeszarżowałem ze wstępem, bo „Spread” nie jest filmem wybitnym. Prawdę mówiąc nie zasługuję na więcej niż dobre 3+ w skali 5-punktowej. Ale da się obejrzeć i ogląda się całkiem przyjemnie. Trochę klisz, trochę smutnej prawdy o podrywaniu dziewczyn, przy której każdy facet kiwnie głową, a i jego koleżanka, którą zabrał do kina przytaknie. Bardzo dobre zdjęcia i klimat, L.A. prezentuje się nieźle, bez tandetnego blichtru. Fabuła jest prosta – Nikki to jeden z tych apetycznych chłopców, którzy przyjechali nad ocean z tej zachodniej strony, żeby zrobić karierę albo coś w tym stylu. Nikki bez skrupułów wykorzystuje swoją gładką twarz i spojrzenie psiaka i staje się ni mniej nie więcej tylko męską dziwką. Trochę to nieładnie z mojej strony tak go może nazywać, bo radzi sobie nieźle, funkcjonując raczej na zasadzie kontrolującego sytuację utrzymanka, ale fakt jest faktem – puszcza się za kasę. Grubą. A potem rzeczy się komplikują, jak zawsze.

Ashton Kutcher w głównej roli jest świetny – w końcu jakby nie patrzeć gra samego siebie. Seksowny kawał mięska, na którego od lat lecą laski – check, związek z dużo starszą kobietą – check, imprezowy czar, chłopięcy uśmiech i swoboda w podrywie i rozmowie – check. Nikki Kutchera jest szczery i prawdziwy, choć o całym filmie nie można tego powiedzieć. Dobrze się to ogląda, chociaż czasami scenariusz wpada na mielizny i nawet Mackkenzie („Young Adam”(!), Hallam Foe”(!) – co on tu do diabłą robi? - chciałoby się zapytać) nie wie jak z nich wypłynąć. Ale nie jest źle, na pewno nie tak, jak sugeruje polski tytuł.

Klimat, imprezy i smutny przepych pustych domów za miliony przypomniał mi trochę filmy z lat 80’tych, jak „Less than Zero” czy również na podstawie Ellisa, zeszłoroczne „The Informers” (ładne, ale kulejące i trochę pogubione). Impreza to impreza, nagość to nagość, seks to seks – nikt nie udaje, że jest inaczej. Jest ostro. Jest prawdziwie. Przewagą tego filmu i najbardziej odczuwalną różnicą, jeśli chodzi o plastikowe komedie romantyczne jest unoszący się w powietrzu pesymizm. Choć Nikki daje czadu, to obojętnie jak to wszystko się skończy nie będzie dobrze. Nawet, jeśli wytrzyma z jedną, będzie musiał kombinować z inną. Po okresie przyjemnej stagnacji niewątpliwie nastąpi rozłam. Sukces przekuje się w porażkę. On to wie, jest gotowy. Takie życie to nie bajka. Nie da się po prostu wyjść z tego od tak. Nie da się zakochać i rozpocząć czegoś nowego, bo wszystko wróci do ciebie jak bumerang i uderzy w tył głowy. Gorzkie prawdy wypływające z filmu mile łechcą. Szkoda, że coś nie zagrało i cały film jest tylko przeciętny. Jeden wątek więcej, coś mądrego zamiast, dodatkowa szczypta ironii – może wtedy nikt by ze „spread” „ciacha” nie robił.