poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Q1 2014 Coldaim Music Review


Płyty aspirujące do płyt roku:

·         Beck "Morning Phase" - za przywróceniu muzyce spokoju
·         Behemoth "The Satanist" - za uczynienie death-metalu przyjaznym (sic!)
·         Cloud Nothings "Here and Nowhere Else" - bo na żywo byli gówniani i obiecywałem sobie, że już nigdy więcej
·         Mac DeMarco - "Salad Days" - bo niby się powtarza, ale wciąż daje loserom nadzieję
·         Merkabah "Moloch" - za czołgi
·         Angel Olsen "Burn Your Fire for No Witness" - za echa country, magię dream popu, czysty folk i nie bycie kolejną z sióstr Olsen
·         Pablopavo "Polor" - w tej chwili najlepsze „pióro” w Polsce
·         RATKING  "So It Goes" - za świeży głos w sprawie duchoty miasta
·         St. Vincent "St. Vincent" - za te gitary, które brzmią jak syntezatory
·         Sun Kil Moon „Benji” - za muzyczne „True Detective”

Płyty które fajnie grzeją:

·         Bibio "The Green" (EP) -  Stephen Wilkinson niepokojąco udaje Stevena Wilsona, ale poza tym wszystko działa bez zarzutu.
·         Dum Dum Girls "Too True" – za 4AD w SubPopie
·         Elbow "The Take Off and Landing of Everything" – za szczerą prostotę, bez napinki
·         EMA "The Future's Void" - za te trippy lata 90te, które wciąż trzymają się mocno i miły hołd dla PJ Harvey.
·         Katy B "Little Red" – bo euro-dance’y nigdy nie zginą
·         Mogwai "RAVE TAPES" – naśladowców było wielu, ale po latach okazuję się, że tylko oni…
·         Owls  "Two" - kiedyś byli emo, potem się zabili, a teraz lubię słuchać ich w autobusie
·         Real Estate "Atlas" - za przyjemne bycie serio

Płyty które powinny być cool, a nie są:

·         Mø  "No Mythologies to Follow" - ile jeszcze tego swagu musi w Wiśle przepłynąć?
·         Pharrell Williams "G I R L" - wstyd wypuścić coś takiego po ostatnich Timberlake’ach
·         Pustki  "Safari" - za dużo tu takiego szczęścia, które mnie smuci
·         Warpaint "Warpaint" – zawartość dream popu w dream popie 

A tutaj można posłuchać wybranych manieczek z powyższych płyt. Selected by Coldaim:

Coldaim - Q1 2014 in Music

wtorek, 23 lipca 2013

10 najbardziej niedocenionych kawałków Depeche Mode



W związku z koncertem Depeche Mode w Polsce postanowiłem zrobić mały, niecodzienny przegląd kawałków DM. Będzie to 10 utworów, które w jakiś sposób nie zaistniały w mainstreamie, nie leciały ma MTV, nie są też często grane na koncertach. Nie będzie tu żadnych Enjoyi ani Personali. Będą to kawałki, które moim zdaniem powinny wejść do kanonu DM, ale w jakiś sposób nie weszły. Kolejność chronologiczna, zaczynając od najstarszego. Have fun!

1. "Photographic" (1981)

Zaskakująco mroczny jak na raczej "weselną" stylistykę "Speak & Spell". Kawałek napisany oczywiście przez Vincenta (jak prawie cały debiut), który wolał mocne, szybkie, syntetyczne pasaże (co potem pokaże w Yazoo), niż proste, chwytliwe melodie Gore'a. Kawałek spokojnie może być zakwalifikowany do dark-electro. Trochę Gary Numan, trochę Soft Cell, trochę starego Ultravox. Zimny głos Gahana z punkowym zaśpiewem "Let's Go" w środku, szept Clarke'a i te niepokojące analogi.





2. "The Sun and the Rainfall" (1982)

Niestety materiał z "Broken Frame" nie okazał się tak fascynujący jak jego okładka. I pewnie nikt nie zwróciłby uwagi na drugi album DM, gdyby nie ona. Po odejściu Vincenta, Gore został głównym kompozytorem. Nie dość, że kompozycje niedojrzałe w porównaniu do debiutu, to jeszcze ktoś powiedział Gahanowi, że nie umie śpiewać bo przez większość kawałków raczej mruczy. Na szczęście na "Broken Frame" znalazła się perełka, która stanowi podwaliny późniejszych stadionowych singalongów. W 1:23 dostajemy coś co w przyszłości będzie wizytówką DM - podniosły, pewny siebie, hymnowy zaśpiew Gahana: "Things must change" (podwalina pod "Black Celebration", "Never Let Me Down", "Enjoy the Silence" itp.), przeplatany w drugiej części kawałka przez Gore'a.




3. "More Than a Party" (1983) 

Chyba pierwszy kawałek w klimatach S&M w ich dorobku. W późniejszych latach cała ich twórczość będzie opierać się na tych schematach. Kawałek pasuje raczej do Nicka Cave'a, niż do grzecznych chłopców z Basildon (co więcej, "From Her to Eternity" wyjdzie dopiero za rok). Ciągle przyspieszające pianinko, duszna atmosfera i hedonistyczna jazda po nocnych klubach. "That it's more than a party, it's a whole lot more" - każdy fan Depeszów wie, że z DM chodzi więcej niż o imprezę.




4. "Stories of Old" (1984) 

Zawsze wydawało mi się, że ten kawałek składa się z kilku piosenek. Trudno podzielić go na klasyczną zwrotkę i refren. Raz przyśpiesza, raz zwalnia, raz wchodzi nowy bit, raz powraca stary o którym się już zapomniało. Pomimo upływu 29 lat (OMG!), "Stories of Old" zachwyca swoim brzmieniem (sprawdźcie na dobrych słuchawkach). Jeżeli ktoś potrzebuje inspiracji to proszę: Hot Chip, Yeasayer, Grimes, Crystal Castles.





5. "Here is the House" (1986)

Współczuję temu kawałkowi, że znalazł się właśnie na "Black Celebration". Konkurować z wszystkimi klasykami na czarnym albumie (wow, to Depesze mieli swój czarny album? ;) to trudna sprawa. Może gdyby znalazł się na "Music for the Masses" do dzisiaj byłby grany na koncertach. 
Ta pościelówa daje namiastkę geniuszu Gore'a. Prosta, ale z drugiej strony poruszająca linia melodyczna, która już po pierwszym przesłuchaniu zostaje w głowie. Aha, jak komuś się podobał daftpunkowy OST do "Trona" to niech się wsłucha w podkład w 0:34.





6. "To Have and to Hold" (1987)

Zawsze gdy czytałem wywiady z doom metolowymi kapelami (My Dying Bride, Moonspell) często jako inspiracja pojawiało się DM. Nawet Varg ostatnio wygadał się, że siedząc w swojej chatce w lesie, knując zamach który uratuje Europę (biedny Varg :)), słucha głosu Gahana. Jeżeli ktoś, myśli że to przypadek, to niech lepiej włączy ten kawałek bo "To Have and to Hold" to naprawdę ciężki materiał. Chyba nawet sami Depesze, wystraszyli się kierunku w który się zapędzili i skończyli go już w trzeciej minucie. Jednak w prawdziwym życiu było wręcz odwrotnie i tekst z "To Have and to Hold" przestanie być już tylko fikcją.





7. "Rush" (1993)

Nie będę ukrywał, że to mój ulubiony rozdział w historii DM. Na trasie promującej "Violator", Gahan uwierzył, że jest Bogiem (w sumie mu się nie dziwie ;)), a przynajmniej Jezusem. Zapuścił włosy, brodę, wytatuował ciało, zamknął się w willi w LA, aby przyjmować kilka zastrzyków heroiny dziennie i malować obrazy. W trudach i znojach, narodziła się jednak przepiękna, mistyczna płyta "Songs of Faith and Devotion", która zjednała także publikę rockową. Między innymi dzięki rozszerzeniu brzmienia o żywą perkusję i bardziej przesterowaną gitarę Gore'a. 
Hedonizm Gahana musiał odbić się także na kolegach z zespołu. W trakcie morderczej trasy promującej "SOFAD" (trwającej dwa lata, prawie 150 koncertów) Gore wpadł w alkoholizm, (z którego uwolnił się dopiero 6 lat temu), Fletcher wrócił do Londynu, aby leczyć depresję, a Alan Wilder odszedł z zespołu nie mogąc wytrzymać destrukcyjnej atmosfery. 
"Rush" to jeden z najbardziej dynamicznych piosenek na "SOFAD. Połamana elektronika niczym Nine Inch Nails, z wybijanym rytmem przez Wildera. Gahan pewny jak nigdy. Nic go nie zatrzyma. Uwierzył, że jest niezniszczalny (mimo, że jego organizm musiał przyjmować zastrzyki z witaminami w przerwach pomiędzy kawałkami na Deviotional Tour). Tytułowy "pośpiech", zaprowadził go jednak donikąd. Konsekwencją będzie nieudana próba samobójcza i dwuminutowa śmierć kliniczna. Odkupienie miało dopiero nastąpić.



8. "Insight" (1997)

W trakcie nagrywania płyty „Ultra” Gahan był wrakiem człowieka. Podobno wokale do części kawałków nagrywał na siedząco, nie mogąc utrzymać się nogach (np. „Sister of Night”). Sesja przeciągnęła się do roku czasu. W międzyczasie Dave ujrzał białe światełko na końcu tunelu (śmierć kliniczna). I jestem pewien, że „Insight” było nagrane już po tym zdarzeniu, bo to swoisty psalm o odrodzeniu: „This is the first chance/To put things right/Moving on/Guided by the light”. Wreszcie sprawy mogą wyglądać inaczej. To nie musi być koniec, gdyż płomień nadal się tli: „And the spirit of love/Is rising within me/Talking to you now/Telling you clearly/The fire still burns „. 

Moim zdaniem to jedne z najbardziej szczerych i zarazem optymisycznych kawałków DM  w ich dorobku. Przed nimi nowy, bardziej dojrzały rozdział. Czas na płyty o bólu i cierpieniu ale już na trzeźwo.



9. "Lilian" (2005)

Robert Smith w 1992 roku, przed wydaniem pierwszego singla mającego promować "Wish", ukrył istnienie "Friday I'm in Love" przed wytwórnią. Chciał aby "High" wyszło najpierw, jako bardziej reprezentatywny kawałek dla całego albumu The Cure.
W przypadku "Lilian" mamy chyba podobny przypadek. Jakim cudem ten kawałek nie stał się pełnoprawnym singlem to ja nie wiem. Dostajemy czysty synth-pop w nowoczesnej produkcji. Tyle lat człowiek musiał czekać, aby DM nagrało coś tak korzennego i lekkiego.



10. "In Sympathy" (2009)

Że też po tylu latach mają jeszcze siłę żeby nagrywać płyty naprawdę na poziomie, bez odcinania kuponów. Chociaż "Sounds of the Universe" nie miażdży tak jak "Violator" czy "Playing the Angel" to ma naprawdę sporo ciekawych momentów.
"In Sympathy" to bardzo swobodny kawałek, z wykrzyczanym refrenem w stylu "Blasphemous Rumours". Po tylu przygodach w karierze i w życiu prywatnym, wzlotach i upadkach nic nie mogło zabrzmieć tak prawdziwie jak:

"You're bright, you're strong
You know your right from wrong
At least to some degree
You're wise, you're tough
You've heard the lies enough
You smile in sympathy".




wtorek, 31 lipca 2012

Mroczny Rycerz powstaje: Koniec Marzeń


UWAGA MEGA SPOILERY!!!

Dawno nas tu nie było i pewnie nic nie wskazywało na to, że prędko coś się pokaże na naszych skromnych łamach. Są jednak momenty, kiedy człowiek, aż chce sięgnąć po klawiaturę i wylać z siebie coś na kształt recenzji. Tym momentem jest długo oczekiwana (bo aż 4 lata) ostatnia część przygód Mrocznego Rycerza w wykonaniu Nolana. Oczekiwania były wielkie jak skrzydła Batmana, bo co jak co, ale drugą część cyklu można było nazwać czymś więcej niż ekranizacją komiksu. 

Ale może od początku. Kocham postać Batmana. W 1990 kupiłem (albo raczej został mi kupiony - dzięki Mamo) pierwszy komiks o Batmanie wydany przez legendarny TM-Semic. Zaprzedałem wtedy duszę tej postaci i wsiąkłem w świat komiksu, z którego nie mogę wyjść do dzisiaj. Pamiętam jak w polskiej TV zaraz obok proszku Omo pojawił się pierwszy teaser.  Śmiech Jokera w wykonaniu Nicholsona, przeszył mnie na wskroś. Mój mózg eksplodował. Pomyślałem z dziecięcą naiwnością: „Wow, przenieśli świat z komiksu do filmu. Zobaczę Batmana na żywo”. Odpłynąłem na fantazjach Burtona. Kiedy do gry wszedł Schumacher ze swoim kiczem, stwierdziłem, że nie da się przebić dzieł z początku lat 90.

W 2005 pojawił się Nolan. Jeśli jednak przy „Batmanie - Początek” byłem nadal sceptyczny, tak „Mroczny Rycerz” rozwiał moje wątpliwości, przyznając Nolanowi tytuł godnego następcy Burtona. Druga cześć cyklu jest bowiem cholernie ponura. Przebija nawet gotycką wizję Tima pod względem grozy. Od pierwszych scen widzimy, że w Gotham źle się dzieję i zawsze się działo.  Co ciekawe nie można było wspominać o kompleksie sequelu, czyli żadnej kalki z „Batmana Begins”. Nowa jakość. Ten film posiada niesamowitą dynamikę. Ten film kipi, aby móc eksplodować.

W końcówce, gdy upadły Batman uciekał między kontenerami przed ekipą SWAT czułem coś takiego jak dziecięca duma. Pomimo naiwności tej sceny chciałem wstać i zawołać „kocham tę postać”. To moja drużyna. „Mroczny” niczym „Imperium Kontraatakuje” kończy się tragicznie, z otwartymi możliwości na część trzecią. Apetyt wzrasta na maksa. Pewnie tak musieli czuć się fani Gwiezdnych Wojen czekając 3 lata na Powrót Jedi.

Ustalmy jeszcze jedno: JOKER. W filmie Nolana jest uosobieniem chodzącego zła. Jest nieuchwytny, nieprzewidywalny, pozbawiany uczuć. Jest anarchistą! Jedyny system jaki go obchodzi to chaos. To postać, która nie ma przeszłości, jego zmyślone historyjki z CV wzmagają tylko poczucie dezorientacji Jest kurewsko straszny. No i przede wszystkim jest „ponad” wszystkimi bohaterami tej części. To absolut. Postać niedefiniowalna. Ledger stworzył kreację, która jest dziełem sztuki. Jego gesty, sposób zachowania, ubiór, dialekt. Kiedy tylko pojawia się na ekranie hipnotyzuje, poraża, paraliżuje, niszczy, odbiera mowę. Jego niesamowita zdolność do przenikania umysłu przeciwnika zniewala. Powołując się na wszystkie filmy jakie oglądałem kiedykolwiek, mogę stwierdzić, że to rola WYBITNA. Panteon czarnych charakterów.

Kiedy dotarły do mnie pierwsze przecieki, że przeciwnikiem Batmana w nowej odsłonie ma być Bane, byłem pewny, że Nolan rozjebie system. Jeszcze raz sięgnąłem po serię Knightfall, gdzie Bane łamie Batmanowi kręgosłup, a potem do walki wstaje Azrael. Wow, pewnie Nolan wykręci takie twisty że się nie pozbieramy. Czy przeskoczy poprzeczkę zawieszoną aż tak wysoko? Czy ten Batman zapisze się w historii tak jak jeden z ulubionych filmów Nolana, czyli „Blade Runner”? Teraz ma szansę. Nie może jej spierdolić. To już mu się nie powtórzy. Teraz albo nigdy...  Setki pytań męczyły mnie przed seansem.  I już znam odpowiedź..

Zaczęło się znakomicie. Już na starcie mamy Bane'a. Tom Hardy to świetny aktor, więc da radę. Przerażający, wielki skurwiel, którego zmodulowany głos może przyprawiać o ciary. Aranżuje katastrofę lotniczą w arcykomiksowym stylu. Podoba się. Jesteśmy w domu.

Kolejne sceny, przedstawiają Bruce'a Wayne’a jako upadłego Batmana, od 8 lat siedzącego w ciemnościach swojej rezydencji. Gotham już go nie potrzebuje, nastał pokój. Bale jak zawsze na poziomie. Rozdarty pomiędzy potrzebą bezpieczeństwa mieszkańców, a swoim. Pamiętajmy, że jego luba zginęła w poprzedniej części, więc ma prawo siedzieć w domu i czytać książki ;)

Poznajemy także, Catwomen, świetnie zagraną przez Anne Hathaway. Przebiegła i cwana złodziejka robiąca naprawdę seksowne wygibasy przemieszczając się z miejsca na miejsce, szczególnie seksowna kiedy pożycza od Batmana dwa kółka.

Jest także Joseph Gordon-Levitt, pupilek Coldaimu. „Potop czytamy, Potop cytujemy”. Młody adept policji Blake, który ma ambicję, żeby walczyć ze złem tego miasta, w czasie kiedy nikt nie ma na to ochoty.

Wyglądało na to, że jeżeli Nolan złoży te wszystkie puzzle do kupy, powstanie arcydzieło. Szkoda tylko, że puzzle same zaczęły się rozjeżdżać. W drugiej połowie, film stał się zlepkiem trochę nie dogranych względem siebie plotów. Tak jakby Nolan z bratem pisali scenariusz na kolanach. Ja rozumiem presje dzisiejszego Hollywood i deadline spięty na maxa. Ale proszę, nie traktujcie widza jak debila. Oto kilka rażących przykładów:

UWAGA MEGA SPOILERY!!!

Zabarykadowanie całej policji Gotham w kanałach. Na zewnątrz zostało ich koło 30 (lol). Po pierwsze: kto wysyła całą ekipę policjantów, drogowców i SWAT do kanałów w tym samym czasie i to jednym wejściem? Jak to możliwe że kilka wybuchów, barykaduje wyjście z nich kilkuset uzbrojonym funkcjonariuszom? Mało to studzienek kanalizacyjnych, kratek, wejść z różnych budynków sanitarnych? Proszę, nie świrujmy.

Kolejna rzecz: powrót Batmana po ciężkiej tułaczce z dalekiego więzienia w Indiach. Jak tak przebiegła postać jak Bane, znając niebywałe umiejętności Batmana pozostawiła go w swoim więzieniu bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, bez jakiegokolwiek monitoringu? Czy jeden z najinteligentniejszych antybohaterów komiksowej serii pozwoliłaby na taki banalny przebieg wydarzeń? No i powrót Batmana do Gotham. W jaki sposób bez jakichkolwiek dokumentów, pieniędzy i gadżetów Bruce, przeniósł się na drugi kontynent do miasta na wyspie, gdzie została odcięta komunikacja (mosty zdetonowane), a wody wokół niej skute lodem i strzeżone.

Następnie, jeżeli Gotham zostało odcięte od świata, a po ulicy grasują najwięksi zbrodniarze na wyspie (Bane ich uwlonił), to jakim prawem życie przebiega tam zupełnie normalnie. Po ulicy spacerują ludzie, a reszta siedzi spokojne w domach. Nie kupuję tej wersji. Na wyspie powinien zapanować chaos, a nie stan wojenny.

Masterplan Bane'a – po chuja czekać na automatyczną detonację miasta kilka miesięcy, mając we władaniu detonator. I po co historia z oddaniem detonatora jakiemuś obywatelowi? Czy miała wprowadzić chaos na wyspie, którego w końcu nie było? Jeżeli celem Ligi Cieni była detonacja miasta, powinni zrobić to zaraz po przejęciu reaktora.

No i ta feralna końcówka. Każde dziecko wie, że wysadzenie bomby jądrowej nawet kilkanaście kilometrów od brzegu miasta powoduje promieniowanie. Tak więc, przez następne kilka dekad Gotham powinno być skażone. Bohaterowie jednak zostają w mieście ciesząc się z detonacji.

Niektórzy pomyślą, że się czepiam. Sorry, ale wobec  jednego z najdroższych filmów w historii (250 mln dolarów) i ekipy liczącej około kilkaset osób mogę mieć pewne wymagania. Nolan wielokrotnie w wywiadach powtarzał że jego idolem jest Orson Welles i Stanley Kubrick i że chciałby robić filmy takie jak oni. No to stary, zacznij czytać swoje scenariusze dwa razy, zanim rzucisz takimi nazwiskami.

Dodatkowo, to co zaczyna mnie irytować w filmach Nolana to swoisty „prompter”, który podpowiada widzowi jak ma rozumieć daną scenę i jakie emocje ma poczuć. W „Incepcji” mieliśmy Ellen Page, zupełnie zbędną bohaterkę, która tłumaczyła jak debilowi co dzieje się w filmie w danym momencie. Podobnie w Batmanie mamy kilka scen „prompterskich”. Blake prowadzi do Foxa odnalezioną ekipę SWAT, żeby jeszcze raz wyjaśnić co czeka na mieszkańców Gotham (mimo, że było już to udokumentowane przy scenie rozbiórki reaktora). Nie dość że scena niepotrzebna to jeszcze  Blake powtarza do ekranu, „Poczekaj, teraz będzie najważniejsze” i Fox wykłada, że bomba wybuchnie. Podobnie  w ostatniej scenie, kiedy Batman mówi do Catwomen, że musi udźwignąć ten ciężar, wyciągnąć bombę poza miasto i zginąć przy wybuchu, dlatego że nie ma autopilota w swoim statku powietrznym. Dziękujemy Batmanie za przypomnienie. Nie zrozumiałbym końcówki. Po chuja to mówisz do Catwomen z którą masz się spotkać po wybuchu, jak wiesz że sam zamontowałeś sobie autopilota.

No i jeszcze jedna sprawa – Bane. Bohater, który w komiksie słynął z zajebistej inteligencji, nagle głównie buja się po kanałach i łamie każdemu karki. Jeżeli jego ludzie byli z nimi na śmierć i życie (scena katastrofy lotniczej gdzie na rozkaz Bane'a jeden z podwładnych pokornie zostaje na siedzeniu),  dlaczego w filmie nie pokazano żadnej relacji między nimi. Joker z poprzedniej części „kosił umysły”. To było widać, to było słychać. Bane wygląda jak osiłek, za którym ludzie podążają, ale tylko przez strach przed nim.

Pojedynki Batmana z Banem nie grzały. Brak jakiekolwiek dramatyzmu, raz wygrywa Bane, raz wygrywa Batman. Okładanie się pięściami po mordzie naprawdę da się pokazać przez długi czas, zachowując przy tym skoki ciśnienia i emocji (vide seria Rocky). Kiedy przy drugiej walce Batman zaczyna powoli swoimi uderzeniami niszczyć konstrukcję maski Bane'a, myślisz ”Tak, zrób to. Rozjeb mu tę maskę!–”. Nic z tego. Bane'owi odczepia się jedna rurka z prawej strony (lol). „No dalej, Bruce, on zasługuję na niezłe bęcki, co jest, nie masz już siły?”. Bane leży. „Co tylko tyle, akcji z Banem? Chcesz go teraz zastrzelić?”. Nagle zmieniają się rolę - to Bane ma Batmana na muszce. „Uff, już myślałem że to koniec. No to teraz Batman mu wpierdoli”. Nagle BOOM. Nie wiesz jak, nie wiesz skąd Bane ląduje w tle ekranu. Nie widzisz gdzie dostał, w co dostał, czy w ogóle żyje. Dostał blasta z Batpodu od Catwomen! Tyle go widziano w filmie. WTF???!!! Kurwa, budowaliście tą postać przez cały film, scena po scenie wprowadzając napięcie (naprawdę zacząłem wierzyć że jest nie do pokonania) po to, by Bane skończył z oderwaną rurką w masce i dostał z zaskoczenia i to zupełnie niewyraźnego (nie wiemy nawet z jakiej lufy strzelała). Niestety, ale było to najgorsze unicestwienie przeciwnika komiksowego w historii. Dramat.

Zamknięcie trylogii nie spełniło moich marzeń. Kibicowałem Nolanowi, lecz się nie udało. A może  dzisiejsze kino typu blockbuster nie jest w stanie stworzyć czegoś godnego od początku do końca. Zawsze muszą coś spierdolić. Jeśli będziemy jedli z ekranu wszystko co nam pokażą i szli na kompromisy z megaprodukcjami, nigdy nie zobaczmy już więcej kina nowej przygody z prawdziwego zdarzenia.