skip to main |
skip to sidebar
Szybki obiad w fantastycznym miejscu (o którym później), a potem w dół kolorowym wzgórzem, żeby tylko zdążyć na nowe muzyczne objawienie, nie tylko Stolicy, czyli Paulę i Karola. Straciliśmy minuty, ale słyszeliśmy raczej wszystko. Duet poszerzony ostatnio o Igora i Zosię na Offie występował w składzie aż 5-osobowym, z gościnnym Staszkiem, weteranem polskiej sceny, Wróblem. Miło patrzeć, jak ludzie momentalnie łapią się na bezpośredniość Karola i jak szybko zakochują w wiecznie uhahanej Pauli, nie mówiąc już o poczuciu „tego czegoś” przy ich mających „to coś” numerach. Zresztą kolejka po występie, żeby za „co łaska” zdobyć ich EPkę mówiła sama za siebie. Płyt zabrakło już po chwili.
Natalia Fiedorczuk z „Nathalie and the Loners” na scenie stresowała się niemożebnie. Znacznie wpłynęło to na występ zespołu, choć czuć, że ta trochę zimna i odrobinę apodyktyczna artystka ma potencjał, a przede wszystkim głos. Zaczynała od nowa, marudziła, sprawiała wrażenie nieprzyjemnej, kiedy narzekała ze sceny. Jeden uśmiech zmieniłby wszystko, choć i tak zostaliśmy do końca. Coś w tej dziewczynie przyciąga jak magnes, nie stałem tam tylko dlatego, że parę miesięcy temu spodobała mi się jej płyta.
Zaskakująco dużo tych polskich zespołów na Offie, tylko na nie chodzimy – wydało mi się przed 16:00, kiedy zmierzaliśmy na Pustki, a w planie były kolejno ze trzy inne koncerty rodzimych wykonawców. Sobota była zdecydowanie dniem pokazów lotniczych. Występ muzyków ściany wschodniej rozpoczął się więc od efektownego ślizgu. Pustki były o tyle w formie, o ile Basia umiała na scenie przezwyciężyć swoje przeziębienie. W pewnym momencie się więc poddali i poszli w stronę instrumentalu, ale i tak zdążyli zagrać trochę z „Kalamburów” (naprawdę słabo, że Rojas nie zjawił się na swoją partię „Nieodwagi”), trochę z Końca Kryzysu i kawałek „Domina”. A, no i „Patyczaka” – za to dzięki, bo usłyszeć taki klasyk na żywo, to sama przyjemność.
Mitch & Mitch to wybór oczywisty i bezdyskusyjny. Zupełnie nie zdziwiło mnie więc, że ich koncert był jednym z najlepszych na tym festiwalu. Mitche grali perfekcyjnie, głównie skupiając się na najnowszej płycie (usłyszeć „Dinomatendo” i umrzeć!). Ponadto Macio Moretti udowadnia, że zasługuje na te wszystkie zachwyty i pochwały, które spływają na niego ostatnio. Prowadzi swój big band idealnie, a anglojęzyczną konferansjerkę ma doskonałą. „Jesteśmy w Polsce, mów po Polsku!” – krzyknął ktoś obcesowo z tłumu, kto nie umiał się bawić. A Macio chwilę się zadumał: „Are we?” I rozpoczął dyskusję w obrębie swojego zespołu, pytając kto lubi Polskę i dlaczego „trochę tak, a trochę nie”. Mistrz ciętej riposty, artysta absolutny, plane spotter, któremu podczas koncertu nie umknął żaden powietrzny statek.
Kolejna festiwalowa pomyłka: olałem Pink Freud (argumentem było, że tyle razy ich widziałem), żeby utwierdzić się w przekonaniu, że Muchy dają dupy. No i oczywiście dają, choć oglądanie ich nie sprawiło mi oczywiście przyjemności. Ten spodziewanie słaby koncert pozwala wysnuć oczywiste wnioski: Poznaniacy są mocni tylko w studio pod okiem potrafiącego okiełznać ich producenta. Na płycie potrafi zadziać się coś naprawdę dobrego, „Notoryczni Debiutanci” mieli przecież momenty. Na żywo natomiast nie brzmią zupełnie, płaska gitara, wokal jak z szafy, za głośne to, za ciche tamto. A do tego ten nieznośny, oh-jak-mało-zabawny Wiraszko. Koncert- zupełne pudło.
Aptekę grającą „Mendę” obejrzeliśmy niestety zza piwnego płotu, wszystko przez Muchy, które rozleniwiły nas totalnie i redakcję Piany, która zapragnęła się pointegrować. Ale piąte przez dziesiąte zerkałem na Kodyma i jego załogę, która odwalała swój kultowy album od dechy do dechy. Naprawdę szacun, bo te numery brzmią nadwyraz świeżo. Nawet dla takiego niedzielnego (a właściwie sobotniego) fana Apteki jak ja.
Im bardziej śląski festiwal się rozrasta, tym więcej trudnych wyborów staje na drodze. Tym razem zrezygnowaliśmy z Mouse on Mars, a wybraliśmy Archie Bronson Outfit. Nie wiem co się działo na trójkowej scenie, czy Niemcy nudzili czy dawali czadu, ale Brytyjczycy z Domina nie pokazali się od najlepszej strony. Ich rockowa psychodela ze szczyptą elektroniki, może zaprasza do tańca na płytach, natomiast tu trio wypadło po prostu smętnie.
Ktoś zachwalał Tungg, a my pospieszyliśmy na scenę leśną, ale zaraz potem nastąpiło oberwanie chmury, więc trzeba było się gdzieś schronić, sami rozumiecie. Przez ogólne zamieszanie nie pamiętam zbyt wiele z występu, a mogę przysiąc, że to co w mojej pamięci zostało, to kawał dobrej muzy. Jeden z tegorocznych wyrzutów, których nie obejrzałem należycie i chyba jedyny nie związany z malutką sceną eksperymentalną, na której działy się rzeczy magiczne, a mi nigdy nie udawało się tam dotrzeć.
Miałem smaka na Hawk & A Hacksaw, a wybrałem jak chyba wszyscy starego dobrego Heya. Jestem słaby, ale oni ciągle wydają dobre płyty i chce się ich oglądać w coraz to nowej jakości. Mogliby tylko tą Nosowską wysłać na jakiś kurs asertywności, bo piszczy wstydliwie ze sceny jak mała mysz. Ale reszta na plus: elektronika z ostatniej płyty zabrzmiała solidnie a i show zrobili perfekcyjny. Zespół wspomagał wokalnie i klawiszowo Krzysztof „Idol” Zalewski, ale to też chyba żaden news. Moment: „Heledore Baby” podlane elektro sosem.
Bardzo ciekawy i równy koncert dali Duńczycy z Mew. Choć nie do końca rozumiem, po co był na scenie czarnoskóry tancerz (i wydaje mi się, że nie tylko ja), to brzmienie mieli niesamowite. Do tego charakterystyczny wokal Jonasa Bjerre – nie pamiętam już którym utworem zakończyli występ, ale efekt podniosłej klimaciarskiej zadumy był doskonały. Nawet tancerz się na chwilę zatrzymał.
Piotr Metz zapowiadając Dinosaur jr. napomknął o tym, że niestety nie doleciał cały ich sprzęt - część wzmacniaczy i gitary Jaya Mascisa zagubiła Lufthansa. Trochę nas to zaskoczyło, bo białowłosy frontman dinozaurów i tak stal już pod potężną ścianą Marshalli. Dzierżona przez niego gitara okazała się być natomiast własnością starego znajomego z Black Heart Procession, Palla Jenkinsa. Zespół czuł się chyba faktycznie nieswojo z pożyczonym sprzętem – co chwilę się stroili i kombinowali z brzmieniem, natomiast to co wyszło z głośników było naprawdę potężne. Nie grali długo, ale zagrali naprawdę sporo. Nawet cure’owe „Just Like Heaven”, a co!
Ostatnim naszym sobotnim koncertem była Lali Puna. Miałem okres fascynacji tą grupą, czasy „Scary World Teory” i „Faking the Books”. Berlińska scena, na której hasał też w tamtych czasach „Notwist”, była czymś zupełnie nowym. Marcus Asher, który maczał palce w obu zespołach naprawdę rozdawał wtedy karty. Teraz natomiast, mimo nostalgii, która przychodzi, kiedy słyszę stare numery i patrzę na śpiewającą Valerie, nie jestem w stanie zachwycić się Lali Puną i paść znów przed nią na kolana. Wyszedłem więc z koncertu lekko rozczarowany, zastanawiając się czy to był dobry wybór, czy znów wybranie faworytów sprzed lat zamiast nowych i mało znanych, natomiast chwalonych przez znawców nie było błędem. W końcu na eksperymentalnej scenie kończył właśnie swój koncert Zs z Brooklynu. I podobno to była ta magiczna chwila OFFa.
Plan był taki, żeby zdążyć na 15:00 na Indigo Tree, bo nie widziałem ich jeszcze na żywo. Na śniadanio- obiad udaliśmy się, tak jak i poprzedniego dnia, do polecanego przez Maćka „Złotego Osła”. Dla znających katowickie klimaty to pewnie nic nowego, ale ja zakochałem się w tym wege miejscu od razu i serdecznie je wszystkim polecam. Polecałem je też poprzedniego dnia Vincentowi Moonowi, na którego natknąłem się po raz drugi w tym tygodniu, ale zbyt dobrze się bawił, żeby myśleć o takich sprawach. I niech żałuje – moim zdaniem zrobiłby tam świetną sesję w ramach swojej blogothequowej działalności. Miałem próbkę właśnie w niedziele, kiedy to bliżej nieznany mi zespół zaczął grać do kotleta mieszankę wszystkiego co podleci. Najprościej porównać ich do Man Man, zobaczcie jednak sami (to tak w ramach występu niby poza, ale dla mnie jak najbardziej festiwalowego).
Indigo Tree nie zawiedli, choć też specjalnie nie zaskoczyli. Na swoich koncertach oddają klimat płyty, robi się przez moment magicznie i nastrojowo, chętnych do posłuchania ich numerów jest całkiem sporo, a potem wszyscy się rozchodzą. Było fajnie, ale świat toczy się dalej. Filip i Peve muszą jeszcze trochę pokombinować, żeby kołysanki z ich płyty funkcjonowały w naszej świadomości trochę dłużej. Bo jest klimatycznie, ale ulotnie.
Nowe stare Happy Pills w namiocie zagrało przyjemny set ze wspomnianą wcześniej nie do końca scenicznie przyjemną Natalią F. Znów się pastwię i znów biję jej pokłony za wokalny talent i celność w rzucaniu tamburynem w basistę. Jeśli chodzi o całość, to nie sądzę, żeby reaktywowanie Happy Pills było komuś potrzebne. Los ich skrzywdził, ludzie nie docenili, rozpadli się przedwcześnie – to wszystko smutne, ale takie smęty-męty nikogo nie ruszą, nie mają aż tak dużego zaplecza starych fanów. Czy tego chcą czy nie, startują jako zupełnie nowy zespół. Muszą pokazać coś więcej.
Parę minut przed końcem Pigułek na ból istnienia pobiegliśmy na drugi koniec festiwalowego miasteczka (wbrew pozorom to nie tak daleko), do eksperymentalnego namiotu, żeby zająć dobre miejsca na koncercie The Tallest Man on Earth. Okazało się to całkiem niezłym pomysłem, bo wkrótce ta mikro scena koncertowa wypełniła się ludźmi i zrobiło się dość ciasno. Mój najbardziej chyba wyczekiwany gig tego festiwalu nie zawiódł. Kristian Matsson dał z siebie więcej niż wszystko, przy czym był zabawny, sympatyczny i po prostu uroczy. Zmieniał strunę, bo są piosenki, które możesz zagrać tylko na jednej konkretnej gitarze, mimo, że obok stoją trzy. Dokręcał werbel, bo tak jak nam coś mu brzęczało na scenie. Kręcił się, siadał, chodził i wzdychał nad popsutym sprzętem. A przede wszystkim grał, z właściwą sobie, trudną do uwierzenia perfekcją i tak samo śpiewał, a numery i z „Shallow Grave” i „Wild Hunt” waliły po uszach. Te wszystkie porównania do Dylana… Dopiero teraz, po koncercie na żywo, widzę jak zupełnie oddzielną jakość Matsson przedstawia. Wydawało mi się, że kumam wszystkie emocje zawarte w jego muzyce, ale to było jak lizanie cukierka przez papierek. Od niedzieli natomiast czuję potęgę smaku.
O.S.T.R.ego słucham z daleka, ale zupełnie niepotrzebnie dociera do mnie wszystko. Szacun dla niego, nie chcę go ot tak po prostu dissować, ale to co wyczynia między numerami, ta konferansjerka, którą raczy tłum… Żałość, żal, żenada. I to wszystko na serio?
Na leśnej scenie wesoły koncert Casiokids skutecznie ukrócił nasze pastwienie się nad wyżej wymienionym Łodzianinem. Bardzo rozrywkowi, elektro zabawowi, popowo, tanecznie i rozrywkowo. Nie sądzę, żebym wracał do nich i słuchał poza festiwalem, ale dzięki za nich, panie Rojek. Scena leśna, będąca pomiędzy gwiazdorską główną, a alternatywną trójkową, to miejsce, gdzie często działy się tego typu rzeczy podczas tych trzech dni, gdzie po prostu bywało optymistycznie i bardzo zabawnie.
Dum Dum Girls to jedna ze świeższych rzeczy w tegorocznym line-upie, znak, że szefostwo trzyma rękę na pulsie. Subpopowy girls band, o trochę gotyckiej stylówie, to cztery urocze długonogie dziewczęta, które zakładają kiry na wzmacniacze i udają, że są przynajmniej tak ostre, jak tarantinowski Pluton Śmiercionośnych Żmij. Bardzo lubię w zaciszu domowym podśpiewywać sobie słodkie refreny z ich debiutanckiej płyty „I Will Be” i cieszę się, że obejrzałem dziewczyny w Katowicach ( też sobie niby ponuciłem co trzeba). Problemem jest tylko to, że ich radykalny wizerunek przełożył się trochę na muzykę. Było ostro, zadziornie i dużo mniej melodyjnie, co w ich przypadku oznacza też niestety monotonnie. „Baby don’t go” – śpiewała Dee-Dee, a ja tak naprawdę nie miałem nic przeciwko.
Rozczarował mnie trochę leśny występ No Age i żałowałem przegapionego eksperymentalnego Damona i Naomi, do czasu, aż usłyszałem także na ich temat pomruki niezadowolenia. Już sam nie wiem komu wierzyć, sobie czy im. W ogóle obczajcie ile Sub Popu na tegorocznym feście – ten Poneman chyba nie był w zeszłym roku przypadkiem, pewnie są naciski, żeby wystąpił ten i tamten, a Artur się stresuje, czy Jonathan znowu nie zadzwoni „z prośbą”. Tak czy tak nie odczułem za bardzo klimatu „Nouns”, którym kiedyś tak się zachwycałem. Było grubo i szałowo, ale co z tego?

The Raveonettes na głównej scenie. Mam wrażenie, że głównie zaczarowali sceptyków i nie-fanów. Słyszałem np. zachwyty nad prostotą perkusji, co wydało mi się nad wyraz zabawne. Oczywiście, miło było popatrzeć na Sune’a, a przede wszystkim – nie oszukujmy się panowie dlaczego tak ich lubimy – na Sharin Foo. Dziękujemy i za duety i za solowe rywalizacje, za numery stareńkie i nowe przeboje. Tylko jakoś tak z tyłu głowy kołatało mi się wspomnienie rozpakowywania w liceum przesyłki z EPką „Whip it On”, podśpiewywania pod nosem i marzeniu, żeby zobaczyć ich na żywo. Kiedy to było? No właśnie. Trochę się już to wszystko zdezaktualizowało.
Kryzys na leśnej scenie, a my znów pijemy piwo! Spokojnie – tu wszystko słychać. Także to, że mimo kilku momentów, kiedy to usłyszeliśmy numery wielkie (Maćkowi po policzku spłynęła nostalgiczna punkowo-reggae’owa łza), koncert zaliczał się do tych bełkotliwych i mętnych. Za dużo wycieczek w strony trudnych do zidentyfikowania i zabawnych tylko na scenie absurdów, dygresji nie na temat i pijackich odniesień. Wielkie hasła rzucane na odwal, ideały, w które nikt już na pewno w zespole nie wierzy. Nie wiem kto to wszystko kupił. Ja nie. Sensowny był tylko apel jednej z młodych członkiń zespołu, która wyraźnie poirytowana błazenadą dzielących z nią scenę oldboy’ów (którzy zajęci byli właśnie odgrywaniem długaśnej wersji "Je t'aime, moi non plus"), krzyknęła: „Kurwa, zagrajmy wreszcie coś konstruktywnego!”. Nie została wysłuchana.
Czy to już? Czy to teraz? Czy ktoś poszedł na Kucza i Kulkę? Jeśli ktokolwiek miał jakieś wątpliwości co do tego, kto na tym festiwalu robi za główną gwiazdę, wyzbył się ich już w momencie oczekiwania na ten występ. Wiedziałem jak to ma wyglądać, znałem po kolei punkty programu, czekałem na balony, kulę, kolory i nagie kobiety. I co z tego, skoro i tak Wayne Cooney z zespołem zaskakiwali mnie na każdym kroku. The Flaming Lips, którzy nagrali ostatnio przeróbkę „The Dark Side of the Moon”, są dziś bliżej Pink Floydów niż żaden zespół kiedykolwiek był. Także jeśli chodzi o symbolikę i moc płynącą z live actów. „A potem, proszę ciebie, zespół kolejno wyszedł z wielkiej cipy” – już po występie Maciek śmiał się, że tak mogłaby brzmieć relacja, którą zda swojemu ojcu, kiedy spotka się z nim następnego dnia. I tak, i właśnie tak było! Do tego wspomniane już kule, balony, niedźwiedzie i alieny. Konfetti sypiące się na głowy, metry sześcienne dymu i laserowe ręce. Śpiewanie „Yoshimi Battles the Pink Robots” i agonia zmysłów przy finałowym „Do You Realize??”. Psotnik Wayne jest jak pastor kościoła optymistów. Po jego kazaniu wychodzisz szczęśliwszy, lepszy i bardziej spełniony. Tak, zdecydowanie, to powinna być religia, tak powinna wyglądać msza święta.
Z OFF Festivalem żegnamy się oglądając bardzo dobry występ Anti-Pop Consortium. Dwa dni temu w tym samym miejscu i tym samym czasie scenę okupował Raekwon i aż dziw bierze, kiedy uświadomisz sobie, że i były Wu-Tang i Consortium reprezentują ten sam gatunek. Nowojorscy poeci działają na nas jak leki na podtrzymanie (dobrego humoru po występie The Flaming Lips). Ale czas się zbierać. Ostatnie piwo, ostatni papieros, ostatni kawałek. Niektórzy nie mają już siły, inni mają pociąg do złapania. Za rok poproszę to samo.
Mało jest reżyserów, na których premiery filmów czekam z zapartym tchem. Wszyscy wielcy tego świata już dawno się sprzedali. Nie mogę ogarnąć spadku formy Ridleya Scotta do poziomu mniej niż zero, Olivera Stone’a, który nakręcił sequel Wall Street, Allenowi nie da się już wybaczyć zjadania swojego czwartego ogona. Może dlatego z braku laku kibicuję Nolanowi. Mimo zachwytów nad jego twórczością krytyków i widzów, muszę stwierdzić, że jego filmy są tylko bardzo dobrze nakręconymi filmami rozrywkowymi, siląc się niestety z przesadą na kino intelektualne. A może to właśnie dzięki nasyceniu jego filmów dozą pseudo-metafizyki odróżniają się na tle dzisiejszych amerykańskich produkcji. Może dlatego na nowe filmy Nolana czekam z utęsknieniem, zadając sobie pytanie jakie wkręcające zakończenie przemyci tym razem. Każdy odliczał dni do premiery „Mrocznego Rycerza”. Każdy z nas napalił się tak, że nie dostrzegł błędów logicznych i przegadanych kwestii. Czy w przypadku „Incepcji” nie jest podobnie?Na samym początku wyżalę się na dzisiejsze kino komercyjne. Po „Mrocznym Rycerzu” zastanawiałem się co Nolan sobie teraz będzie dłubał w przerwie do następnego Batmana. Może jakiś odpoczynek? Nic z tego, facet nie dość, że zabrał się za kolejny film z rozmachem, to jeszcze skrobnął scenariusz. Niewątpliwie ma talent. Jednak oglądając jego filmy wydaje mi się, że za bardzo sili się na zrobienie filmu kultowego. Co więcej dokładnie wie jaka jest recepta na takie kino. Czego tu nie mamy? „Matrix” – zawieszki w powietrzu, „Blade Runner” – świat tajemniczych korporacji oraz pytania pokroju „Kim jestem?”, „Gorączka” – „dobrze ubrane” kino akcji itd. Gdyby Nolan chociaż zmniejszył rozmiar o „jeden poziom” byłoby oki. Kiedy pojawia się rozkminka bohaterów o wskoki na następny level świadomości, film zakrawa na parodię „Incepcji”. Podobnie jest z poważnymi rozmowami bohaterów. W pewnym momencie miałem ochotę zaśmiać się i krzyknąć „skończcie ten bełkot”. Panie Nolan bardzo fajnie, ale po co tak zakręcać i przykrywać intelektualnym pierdzeniem błędy w scenariuszu (jakie? nie będę spoilerował).Druga rzecz, która popełniana jest nagminnie w kinie amerykańskim, to „ukryty lektor” dla widza masowego. Jeden z bohaterów wprowadzany jest na siłę, aby tłumaczyć na bieżąco akcję filmu. W tym przypadku to Ariadne – Ellen Page. O zgrozo zobaczcie jak ona ma na imię. Ariadno, dziękujemy ci za nić bez niej nie wydostalibyśmy się z tak zagmatwanych sytuacji w scenariuszu. Bohaterka grana przez Page nie ma żadnej historii w filmie, nikt się z nią nie utożsamia, nie jest tez postacią, którą chce się oglądać, ale jest manekinem gdzie każdy tłumaczy jej jak dla pierwszaków o co kaman. Ariadne pyta” I co teraz będzie?” albo „a dlaczego tak?” a dlaczego nie tak” i zaraz otrzymuję odpowiedź. Proszę, dajcie trochę pomyśleć. Już nie raz pisałem na coldaimie, że kluczem do statusu filmu kultowego jest nieodkryta tajemnica. Ile razy widzieliśmy na ekranie postać Aliena z „Ósmego pasażera Nostromo”? Nolan kręci postmodernistyczne kino akcji. Miszmasz gatunków połączony mimo wszystko z realizmem. Podobają mi się bohaterowie prowadzeni twardą ręką bez taryfy ulgowej. Gdzieś, przeczytałem, że „Incepcja” to kino szpanerskie. I tak dokładni jest. Mnie to jara. Panowie w dobrze skrojonych garniturach z poważnymi minami ładują karabin maszynowy w kadrach wyjętych z włoskiego Vogue. To jest cool. Świetnie dobrana obsada. Di Caprio musi być zmęczony odgrywaniem ostatnio tych samych ról agentów i policjantów z problemami („Krwawy Diament”, "W sieci kłamstw”, „ Wyspa Tajemnic”), ale i tak daję radę. Dobrze odświeżony Joseph Gordon-Levitt. Genialnie urzekający Tom Hardy. Nieśmiertelny Michael Caine (czy on jest przybranym ojcem Nolana, czy jak?). Czy totalnie odrealniony Cillian Murphy. Podoba mi się też pokazówka „lubię oldschoolowe kino akcji” w postaci obsadzenia Toma Berengera. Przejdźmy do fabuły. Koncepcja wchodzenia w sny w snach do tej pory nie penetrowana, chociaż „Odmienne stany świadomości” było blisko, no i jeszcze Sknerus McKwacz. Za ten pomysł należą się uznania. Agenci i korporacje w stylu cyber-punk. I’m Lovin’ it. Czułem klimat od samego początku. Fani Sci-fi nie mogą być zawiedzeni. Mroczne zawieszenie akcji nie wiadomo na którym poziomie świadomości faktycznie zmusza do zagwostki a la ”Gdzie kończy się kosmos?”. W takim sosie przymykam oko, na śmieszne scenki typu związanie ekipy w sandwicha (McGrubber by tego nie wymyślił). Od samego początku film trzyma w napięciu, nie puszcza nawet do ostatniej sceny. Zapierdala aż miło. Muzyka buduje dynamiczny klimat i wkręca się w mózg jak w fazie REM. Ciekawostka dla fanów muzyki: Sprawdźcie sobie kto robił gitarę pod motyw prowadzący. Christopher Nolan nie spoczął na laurach po „Mrocznym”, co więcej zrobił sobie bardzo udaną rozgrzewkę przed zamknięciem trylogii, a tam nie będzie już taryfy ulgowej. To jak w końcu Mr Freeze czy Aborygen? ;).PS. Jeszcze odpowiedź dla czytelników. Młody kawaler Krysko, zgłaszał uwagi do filmu, że wszyscy strzelają z maszynówek do bohaterów i nikt nie dostaje. Redakcja śpieszy z odpowiedzią. Kiedy śpimy wielokrotnie mamy wrażenie nieustającej ucieczki, biegniemy, ale stoimy w miejscu, próbujemy coś ułożyć, ale zaraz się rozsypuje, ktoś do nas strzela, ale nie może trafić…