skip to main |
skip to sidebar
Zapanowała moda na wokalizy kobiece z lat ’80 i każdy o tym wie. Wszechobecna Kate Bush odbija się czkawką w niemal każdej produkcji kolejnej sztucznej indywidualności. Wyższe rejestry szacownych dam poprzebieranych à la Ciocia Klocia okraszone duszną, podbitą bębnami produkcją to tylko niektóre z cech charakterystycznych dla wspomnianych klimatów.
Florence Welsh wypuściła dwa znakomite single przed wydaniem „Lungs”, które muszę przyznać zachęcały do wypatrywania jej debiutu. Zresztą już na samym początku dostajemy te dwa bangery: „Dog Days Are Over” oraz „Rabbit Heart (Raise It Up)”. Nie da się ukryć, że nadal robią wrażenie pomimo troszeczkę zmienionej wersji tego drugiego. Podskakujący „Dog Days Are Over” wprowadza nas w klimat płyty. Na tym kawałku będzie opierać się niemal każdy szkielet piosenek, czyli dzwoneczki, bębenki, lekkie uderzenia pianina, stukanie pałeczek, muskane smyki itd.
„I’m Not Calling You A Liar” może podobać się fanom Reginy Spector, ale nie jest to kawałek na miarę jej dokonań. Poza tym refren w perspektywie znakomitego rozpoczęcia płyty brzmi oklepanie. W „Howl” znowu podbijamy bębny znane na przykład z „Hounds of Love” wielkiej Kasi. Na refrenie miłe dla ucha syntetyczne smyki. „Kiss With A Fist” to pierwszy singiel z płyty, będący jakimiś popłuczynami po najsłabszych kawałkach Kate Nash. „Girl With One Eye” przenosi nas do knajpy, gdzie Florence wyśpiewuje jak wydłubała kobiecie oko, bo maczała brudne palce w jej ciastku. Jakkolwiek to rozumieć, nie jest to tekst z pamiętnika Nicka Cave’a. W „Drumming” jak sama nazwa wskazuje bijemy w bębny, a to raczej nie jest atutem w aspekcie słabej różnorodności na płycie. Na końcu kiedy wszystkie chóry anielskie się zawężają, aż chce się nacisnąć stop. I to jest gwóźdź do trumny tej nudnej i przewidywalnej płyty. Z drugiej części nic nie wynika. Bijemy w tam tamy, bijemy w tam tamy i bijemy w tam tamy.
Niestety moda w damskiej pseudo-niezależnej muzyce, nie przynosi żadnych przełomów, a zamiast dostarczać przyjemności z obcowania z najlepszą dekadą dla popu - męczy. Takie produkty jak La Roux, Little Boots, Lady GaGa czy troszkę ambitniejsza, lecz z tej samej mańki opisywana tu Florence to tylko wypełniacze do namiotów na Glasto. Nie oczekujcie ich drugich płyt, najlepiej zapomnijcie o nich już teraz. Dla dobra muzyki.
Ten „Album” trafił w moim przypadku na bardzo podatny grunt. Mniejsza o okoliczności towarzyszące - jeśli kiedykolwiek czuliście się jak dwa pierwsze wersy whitestripesowego „Dead Leaves And the Dirty Ground” to zrozumiecie o co mi chodzi. Sztampa i banał, historia stara jak świat, ale za każdym razem boli jak diabli.Rozumiem więc jak nikt Chrisa Owensa, a on rozumie mnie. Lider Girls mówi za nas obu.Jest coś niesamowitego w tej płycie. Mimo ciekawego backgroundu, całej masy historii około-zespołowych, fajowych teledysków, przy których na usta ciśnie się wyświechtane, ale w tym przypadku zupełnie adekwatne słowo „cool”, najważniejsza pozostaje muzyka. Jest bardzo prosto, ale i różnorodnie. Jest prawdziwie aż do szpiku. Trzeba wsłuchać się w tekst. Trzeba poczuć to cierpienie i samotność. Bo choć pozornie wszystko brzmi luzacko i około-skrętowo, alkoholowo i imprezowo, z krótkimi przerwami na popołudniowe łapanie fal w jednej z zatok San Fran, to „Album” opowiada o tym jak jest źle i jak niedobrze. Jak kurewsko wszystko boli i jak ciężko zapomnieć.Pierwszy na płycie kawałek to „Lust For Life”. Trąci grubą iggypopową profanacją, ale kogo to obchodzi, kiedy ten numer jest taki dobry. Beachboysowy klimat, Owens śpiewający bez żadnego wysiłku, modulujący głosem tak, jakby grał w teatrze kukiełkowym, opowiada o swoich pragnieniach. Tak, przyznaje, że jest „pierdolnięty”, ale mówi też jak bardzo chciałby spróbować jeszcze raz. Te gitary, ten chodzący basik „pa pa parara ra pa pa”. Tylko 2:25, ale do obowiązkowego kilkunastogodzinnego zapętlenia. Kolejna „Laura” jest o tyle piękna, że to kolejny oklepany temat, podany tak po prostu i szczerze – zawiniłaś ty, ja też byłem dupkiem. Zaczyna się jak jakiś kawałek Myslovitz, kilka prostych akordów, przekaz jak z wczesnych boysbandowych płyt The Beatles (perkusja odwala niezłą robotę, choć na płycie średnio to słychać, ale sprawdźcie tu, kiedy grają na dachu – potencjał, potencjał, potencjał).Jens Lekman! Pierwszy raz nasunęło mi się to skojarzenie przy balladowym „Ghost Mouth”. Tu może nie aż takie oczywiste, dużo bardziej słychać to w „Headache” – kołyszącym, niby trochę prześmiewczym i wyraźnie odwołującym się do klasyków tego typu grania, z których także Jens czerpie garściami. Wersy „All of the Time” czy „Every time I hear you sing i love love love you” pasowałyby np. do “And I remember every Kiss” jak ulał. Ale muzyka muzyką, może to tylko zbieg okoliczności – najważniejsze podobieństwo polega na tym samym poziomie wrażliwości łączącym obu panów. Bo jak zrobić z przeżutego „kocham cię” rozdzierającą serce poezję wiedzą tylko nieliczni.Perełką „Albumu” jest dla mnie niewątpliwie „God Damned”. Choć nagrane na szybko i niedbale, krótkie, ascetyczne i ogniskowe, nie jest żadnym skitem, ale pełnoprawnym wyznaniem. Za każdym razem, kiedy na tle prostej gitary, bębenków i przeszkadzajek wszelkiej maści słyszę „Oh yeah, alright”, to – wcale nie żartuję – czuję, że pierwszy raz ten oklepany rock’n’ rollowy przerywnik ma jakiś sens, że to nie zwykły wypełniacz, ale coś serio serio.Co jeszcze? Cała masa, proszę bardzo – „Big Bad Motherfucker”, to orbisonowski twist jak żywy, z gitarami à la Chuck Berry, czyli retro na całego; rozdzierający serce dreampopowy „Hellhole Ratrace” kazał mi ściągnąć z półki ukochane płyty Mazzy Star, a „Morning Light” nie tyle kopiuje klimaty MBV czy Ride, co jest jakby wyjęte z zakurzonej szuflady z napisem „shoegaze”. Niedoróbki to klejnoty tej płyty, każda czkawka Chrisa Owensa jest na wagę złota, zająknięcia i nierówności nadają tylko klimatu.Nie mam pojęcia jak się nagrywa taki album, chyba nie wystarczy po prostu wejść do sypialni i odpalić stary 4-ścieżkowiec. Nie da się tego zrobić z wyrachowania, imitować, udawać. Trzeba być chyba mocno uszkodzonym, mieć jakiś bagaż, działać od serca, a przede wszystkim nie bać się mówić prawdy tak prosto jak się tylko da. „It’s coming straight from my heart(…) I Gotta let it go” – tak kończy się “Album” i kamień spada mi z serca, bo wiem, że Owens zrozumiał, że nic już tu nie poradzi, że trzeba żyć dalej. Do następnego razu, do następnej „Lauren Marie”. Nie życzę mu tego, ale z drugiej strony nie mogę się doczekać następnej płyty Girls.http://www.myspace.com/girlssanfran
Sacrum Profanum rośnie w siłę. Rok temu mogliśmy zobaczyć Kraftwerk w niesamowitej scenerii hali ocynowni na fabrycznych terenach krakowskiej huty. W tym roku dostajemy „Mozarta muzyki elektronicznej” (ach jak ja nie lubię tego określenia) Aphexa Twina. Ci którzy mają w domu „Richard D. James Album” i słuchają go do snu mogli poczuć się oszukani. Ale czy ktoś spodziewał się przebojów (sic!) typu „Come To Daddy”, „Windowlicker” od artysty, który koncertuje raz na 3 lata?
Aphex Twin dał dwa koncerty. Podobno piątkowy występ był po prostu zabawą z dźwiękami, nawet bez ambientowych ścieżek. On sam występował na środku hali, okraszonej laserami i dymem. Na ekranach jego demoniczna morda. Po koncercie słyszałem różne opinie. Dużo krytycznych. Ja wiem, że Aphex przekracza granice, ale czy normalny człek potrafi wytrzymać dźwięki wiertarek o natężeniu troszeczkę większym niż sobotni remont sąsiada w bloku?
Sobotni koncert miał być inny. Miał przypominać występ, a nie set DJ’ski. Rozgrzewał DJ Rephlex, który dał publice bardzo przyswajalne dźwięki. Głównie składające się z tanecznego electro. Pod koniec bez żadnego pardonu wyszedł Aphex i stanął w cieniu swojej machiny do robienia dźwięków. Wraz z nim występował ukryty Hecker, mający do dyspozycji kilka kanałów. Tak, dźwięki były emitowane kilkunastoma kanałami. Niektóre z nich znajdowały się tuż nad głowami widowni. Nie wiem jakie było zadanie Heckera i które dźwięki należały do niego. Nie potrafiłem rozpoznać kto jest twórcą, a kto tworzywem.
Trudno wyróżnić konkretne kompozycję. Jak na hutę przystało, był to materiał składający się z wielu stopów: rave, ambient, thrill’n’bass, dupstep. Dobrze sprasowany i ciężki jak cholera. Przetopiony w najwyższej temperaturze. Fani, którzy czekali na deszczową piosenkę mogli poczuć odruch wymiotny. Z ubytków słuchu leczę się do dziś.
W czasie obróbki skrawaniem udało mi się wyłapać tylko sampel New Order „Everything’s Gone Green”, a już po chwili cała hala skąpana była w zielonych laserach podkreślonych dymem. Warto wspomnieć o wizualizacjach, które były dozwolone od lat 18. Obok zwykłych kiczowatych, old-schoolowych grafik typu spiralki, wirujące kwadraciki i kółeczka można było prześledzić kilka fantazji na temat twarzy Aphexa (on musi mieć z tym problem; eisoptrophobia?). Niekiedy były one monotonne i nudne. Ale najlepsze zostawił na koniec. Pod drum’n’bassowy podkład na trzech wielkich ekranach z chirurgiczną dokładnością mogliśmy przyglądać się scenom z rzeźni, sekcji zwłok, a na samiutki koniec fragmenty koprofilskiego pornola. Hmm. Po co? Czy nie wystarczyła sama muzyka abyśmy dostali kilkutonowym młotem w głowę i usłyszeli głośne „Pierdolcie się, jestem wielkim artystą i sobie nie potańczycie?”.
Na pewno warto było zobaczyć gościa, który był prekursorem nie tylko specjalistycznych gatunków muzyki elektronicznej, ale samego techno, ale czy jego przekaz jako „koncert” jest do przeżycia? Czy jednak forma nie przysłoniła treści?
PS. Z dobrych źródeł wiem (dzięki Tommy), że nie taki Aphex Twin straszny jak go malują. Za swoim domem prowadzi ogródek, gdzie hoduje marchewki i ziemniaki. Nie lękajcie się.