czwartek, 26 marca 2009

Trailer 'Where the Wild Things Are' - przygody wesołych diabłów


Oglądając trailer, niejeden polski widz wspomni jak chował się za fotelem, przed kudłatym Strzałką-piszczałką. ‘Where the Wild Things Are’ już raz zostało wycofane z produkcji, gdyż podczas pokazu przedpremierowego dzieciaki piszczały ze strachu. Totalnie odjechane wizje Spike Jonze’a tym razem zostały skierowane na „target” najmłodszych widzów.

Film jest ekranizacją kultowej książki Maurice’a Sendaka o tym samym tytule. Fabuła opisuje historie chłopca, który zamknięty w pokoju przez mamę za nieposłuszeństwo tworzy w swoim umyślę fantastyczny świat pełny włochatych postaci.

Zwiastunowi towarzyszy nieco zmieniony fragment „Wake Up” Arcade Fire. Kawałek o podniosłym zabarwieniu całkiem nieźle wpisuje się w konwencje „wszystko jest możliwe w dziecięcym świecie”. Czekam na premierę.



poniedziałek, 23 marca 2009

'Rocknrolla' - no sex, dull thugs & no rocknroll


„Porachunki” i „Przekręt” to filmowe majstersztyki. Wyraźnie zarysowane postacie, błyskotliwe dialogi, scenariusze pełne niespodziewanych zakrętów, a do tego wpadające w ucho ścieżki dźwiękowe. Same czołówki filmów to już arcydzieła.

Po tych dwóch genialnych obrazach świat poznał styl Ritchiego. Byłem wtedy ciekaw czy kolejne jego filmy będą w podobnym klimacie? Czy potrafi nakręcić coś w innej tematyce? Próbował odpowiedzieć na to pytanie kręcąc „Revolvera”. Odpowiedź brzmiała: Nie. Guy Ritchie umie kręcić tylko filmy w kręgach światka gangsterskiego z dozą czarnego humoru. Do tego im więcej filmów na koncie tym coraz więcej wtórności poprzez kopiowanie charakterystycznych postaci oraz za wszelką cenę wrzucania twistów w scenariuszu.

Podobnie ma się sprawa z „Rocknrollą”. Czyli kolejna powtórka z rozrywki. Czołówka przedstawia nam poszczególnych bohaterów, każdy prowadzi osobne interesy, aby potem ich losy niespodziewanie spotkały się ze sobą. Mamy okrutnego bossa, trzymającego wszystkich za jaja. Mamy paczkę przestępczą, która ma być zabawna. Niestety, nawet wątek homoseksualny wśród gangsterskiej świty, niosący wiele możliwości w budowie gagów, został spalony. Nie może zabraknąć także, niezniszczalnych posłańców rosyjskiego pochodzenia. Dostają po głowie, by w następnej scenie znowu stanąć na nogi i tak do upadłego. To już naprawdę przestało być śmieszne.

Głównym atutem dwóch pierwszych filmów Guya była dynamika opowiadanej historii. „Rockanrolla” niestety się wlecze. Jest dużo scen, które po prostu są niepotrzebne. W „Przekręcie” mieliśmy perfekcyjnie nakręconą układankę, gdzie każdy bohater był jej nierozerwalną częścią. Tutaj wszyscy są jakby na przymus. Nawet wielki Tom Wilkinson gra tak, jakby coś go uwierało.

Ritchie ginie od własnej broni. Jego film jest autoparodią, a do tego słabą. Najśmieszniejszy moment w filmie to napisy końcowe w których dowiadujemy się, że bohaterowie „Rocknrolli” wrócą w kontynuacji. Ale z niego niezły komediant.

piątek, 20 marca 2009

Wavves "Wavvves" - Kubeł oczyszczającego brudu


Kolejne gorące lato w San Diego. Całe dnie leżymy na chodniku jedząc na zmianę lody i paląc skręty. Jedynym ważnym problemem jest to, czy idziemy nad ocean teraz, czy dopiero jak zacznie zachodzić słońce. Ktoś opowiada o swojej 3-dniowej przerażającej fazie, ktoś robi zdjęcia trącym co chwila twarzami o asfalt skaterom. Mike wspomina o nowej dziewczynie, fance Soniców, która twierdzi, że waliła kiedys shoty z Kim Gordon kiedy była w NY. Jasne, wszyscy jej wierzymy. Niech oleje tę kłamczuchę i wróci lepiej do naprawiania pieca, bo rzęzi jak niemowlak nacierany papierem ściernym, a pojutrze gramy. Nie robimy sobie nadziei, grunt to zabawa, ale ten nowy perkusista mógłby się postarać zamiast testować nowe elektroniczne zabawki, np. teraz. Zamknij się człowieku, nie słyszę słońca! O, coś przechodzi. Zdejmuję z twarzy koszulkę i widzę, że oprócz mnie tylko Chuck się zainteresował. Reszta bez sił leży plackiem walcząc ze swoimi demonami. Podobno każdy je ma. Sięgam po następne piwo, bo dziewczyny prychają tylko pogardliwie i idą dalej. Coś dobrego nadjeżdża w samochodzie. Łomot się zbliża, sprzężenie osiąga stan mile łechcący, pulsujący rytm miesza się z bezkształtną gitarą, a wokal to już naprawdę nie wiem czy jest załączony, czy wydobywa się ze studzienki ściekowej nad którą wóz przejeżdża. Niezłe, ale nie mam siły się podnieść i spytać co to. Może jutro też przejedzie. Tak bardzo jestem znudzony. I tak mi z tym dobrze.