czwartek, 29 maja 2014

Ronika „Selectadisc” – Synth-popowa Zosia Samosia



Ronika, muzyczny Robin Hood z Nottingham, który zabiera bogatym (sample) i daje głodnym (muzyki),  wydaje długo wyczekiwany debiut (5 lat! - teraz wiem co musieli czuć fani po wydaniu  "First and Last and Always"). Jak sama zapowiadała ta płyta ma być „a pop punch-in-the-face”. Ale nie tylko można tu po mordzie dostać,  przeżyć upadek z 10-tego piętra, czy zaliczyć ciężar 16-tu ton na twarz, ale też być poszatkowanym przez sieczkarnie niczym Lundgren w finale "Uniwersalnego Żółnierza".

„Selectadisc” jest dla mnie nigdy niewydaną płytą Madonny, pomiędzy debiutem, a „Like a Virgin”, z większym naciskiem na samplowane disco i inspiracje Tom Tom Club. Co prawda, połowę materiału dobrze znamy i lubimy, bo te kawałki ukazały się na wcześniejszych EP’kach, np. "Forget Yourself" czy "Only Only". Ten ostatni to właśnie to 10-te piętro - od pierwszych sekund zaczynasz spadać, twoje serce bije coraz szybciej, nie wytrzymujesz, tracisz oddech, roztrzaskując się o zimny beton, ale to przecież dopiero drugi kawałek na płycie! Znamy też „In the City”, „Clock”  (wersja z Charlses Wahsingtonem - jazzman z lat '80, refren „Break your clock/I am gonna’ hold you up” – ja chcę do mamy! i te łamańce na końcu), „Wiyoo”, "Rough N Soothe” – ja jebie!, czy „Paper Scissors”.  To są rzeczy które stały się już powerplayami, i lądowały na podsumowaniach rocznych, a mamy tu też przecież  całkiem nowe manieczki (cały album to aż 14 kawałków!). O każdym z nich można by napisać całą recenzję, "tyle wygrać!".

Po krótce, bassowe pulsacje na "Shell Shocked", przeradzające się w analogowe muśnięcia klawisza i TEN REFREN,  nie tylko dzięki tytułowi, można porównać do rozpierdalającego "Shell Shock" New Order. Dalej mamy mini arcydzieło "What's In Your Bag". Nie wiem nawet jak pisać o tej perełce, trzeba jej po prostu posłuchać - to co tam się dzieję na poucinanych, orkiestralnych samplach. I ta słodziuśka wyliczanka w refrenie. Słucha się tego, jakby to był nieodkryty klasyk z lat 80 i będzie przez następne 30 lat. "Earthrise" - płacząca w poduszkę Kim Wilde, zawodzące zaproszenie do wspólnego życia. „Video Collection” - czy może być coś bardziej old(true)-schoolowego niż wypożyczalnia kaset?  „1000 Nights” – już nie mogę, niech ona przestanie, bannger za banngerem, to jest hymn to jest „Hymn”. To są rzeczy który lecą non-stop na stajach ’80 classic. Nie ogarniam. Zamknięcie płyty „Siren Search”, to motoryczne początki new romantic, jakiś Human League, który wzorował się na ABBA. Brak wypełniacza. Leżę nieprzytomny.

Nie zawsze tak długie czekanie okazuje się dobre dla całego LP (casus Kamp!), ale w tym wypadku ta dziewczyna pokazała, że wie co robi. Ktoś powie, ok, ale po co tworzyć coś co już powstało i było dobre 3 dekady temu. Odpowiem: dobrych hook’ów nigdy dość, a do tego jak dołożysz serducho może powstać coś, co zawróci w głowach. Odwrotnością tej płyty może być La Roux sprzed 5-ciu lat, która także prezentowała dobrze wyprodukowane ejtisy, ale czuło się jednak zimną kalkulację. Veronica Sampson, śpiewa jak Madonna, produkuje w sypialni, gra na wszystkich instrumentach i komponuje niczym Michael Jackson.

PS. Komunikat do dwóch Panów w kaskach: nie trzeba było zapraszać ani Morodera, ani Nila Rodgersa. Nie trzeba było nawet nagrywać swojej płyty. Wystarczyło poczekać na Ronike.

wtorek, 20 maja 2014

Coldplay - The Great Rock'n'Roll Swindle, czyli dlaczego Coldplay jest najbardziej przereklamowanym zespołem ever


Zaczęło się niewinnie - syn nauczycielki śpiewu założył zespół, który bezceremonialnie wziął fragmenty "Grace" Buckleya czy nawet trochę "The Bends" (aż mi się ręka trzęsie jak piszę tę nazwę razem z Coldplay w jednym poście) i wyszło. „Parachutes” to zestaw "ciepłych", "ładnych" ballad, wprost do radia. Niestety,  na tle tych wielkich płyt które wymieniłem, to po prostu wtórność.

Druga płyta ("Dopływ krwi do mózgu") była tylko powtórką z rozrywki, ale podobnie jak debiut, miała za sobą listę pochlebnych recenzji, a także wysokobudżetowe klipy. Została wyprzedana na pniu. Wsłuchując się w instrumentarium i zdolności muzyków, na tych dwóch płytach, są one naprawdę mierne. Biorąc za benchmark ich inspiracje: Edge, Greenwood, Buckley, to tak jakby porównać rapy Masłowskiej do Chucka D z Public Enemy.

Na trzecim krążku „X&Y” nie mieli wyboru. Nagrali bombastyczną, stadionową płytę z singalongami typu "Fix You", "Speed of Sound" czy "Talk" (ten
z motywem Kraftwerku – hołd czy kryzys twórczy?). Martin krzyczy, słychać wzniosłe Hammondy, perkusja jest szybsza, wszystkie gitary są na delayu.
I wiecie co? Wydaję mi się że to ich najlepszą płyta. Nie pod względem materiału, broń Boże, ale dlatego że są tutaj naprawdę szczerzy  - dostajemy wykalkulowany Arena Rock z aspiracjami bycia U2 z okresu po "POP". I nic poza tym.

Kiedy uwierzyli, że są U2, Martin zaczął bawić się w papiestwo (podobnie jak Bono), a do wyprodukowania czwartego „dzieła” zaproszono Briana Eno (producenta „The Joshua Tree” i Unforgettable Fire”). „Teraz będzie na poważnie, ubierzemy się w „rewolucyjne” ciuchy, na okładach umieścimy malowidła i będziemy śpiewać o walce dobra ze złem”. Patrząc z perspektywy, zatrudnienie Briana Eno było dobrym wyborem. Wiadomo nie od dziś, że gościu  potrafi zdziałać cuda i zmienić oblicze niejednego zespołu. Martin przesunął się na dalszy plan, ważniejsza stała się struktura piosenek, piosenki są też dłuższe, co daje miejsce na lekkie eksperymenty z brzmieniem (np. środek kawałka „42”, zasłonięty wokal w „Yes” – prawie jak mbv ;)), a także kilkuczęściowe kompozycje. Pomimo dobrej woli Eno (w końcu nie dostał kasy tylko za siedzenie w studio), nadal znajdzie się kilka coldplayowych męczyworów  (kawałek „Viva la Vida” – stary Coldplay + skrzypce + chóralny zaśpiew, brrrrr; singlowy „Violent Hill”). Chęć pójścia w innym kierunku okazało się tylko działaniem zwiększenia grupy docelowej  o  target, który nie traktował ich poważnie (o czym przekonamy się na następnej płycie).

„Panowie, zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. Nagraliśmy płytę z Eno, jak ktoś się dał zrobić w chuja to dobrze, ale nie chce mi się jeszcze raz zamykać z Łysym w studio i rozkminiać sub-harmonie. Kurde, jesteśmy sławni tak? Występujmy na stadionach, tak? Dawać mi tu syntezatory, kto tam teraz na billboardzie jest? Rihanna, dawać ją. Będzie wixa. To ma lecieć wszędzie, nawet na RMF MAXXX lub Planecie. Mają to puszczać pomiędzy Skrillexem, a Pitbullem.  A co do koncertów, to musimy coś podkręcić pod dzieciaków. Szwagier robi w agencji marketingowego, robił ostatnio globalną kampanie pod Nike Run. Takie opaski świecące mają. Będziemy to rozdawać przy wejściu, a w trakcie manieczek będziemy świecić do rytmu. Takie Mylo Xyloto?” –„Chris co to jest Mylo Xyloto?” – "Nie wiem, ale brzmi jak 10 milionów dolarów, hehehe.”


Jadę samochodem, słucham radia, spiker smutnym głosem oznajmia że Chris Martin jest ostatnio
w rozpaczy. Rozstał się ze swoją żoną Gwyneth Paltrow. Ta celebrycka miłość nie mogła trwać wiecznie. Spiker opowiada, jak bardzo te doświadczenia wpłynęły na nową płytę Coldplay „Ghost Stories”. To niemal spowiedź człowieka, który przeżył rozpad związku, mówi. Puszcza „Magic”. W tym samym czasie mijam McDonald'sa. Dźwięki automatycznej perkusji, wchodzą w interakcje z żółtym łukami w kształcie „M”. Muszę się zatrzymać, wymiotuję…

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Q1 2014 Coldaim Music Review


Płyty aspirujące do płyt roku:

·         Beck "Morning Phase" - za przywróceniu muzyce spokoju
·         Behemoth "The Satanist" - za uczynienie death-metalu przyjaznym (sic!)
·         Cloud Nothings "Here and Nowhere Else" - bo na żywo byli gówniani i obiecywałem sobie, że już nigdy więcej
·         Mac DeMarco - "Salad Days" - bo niby się powtarza, ale wciąż daje loserom nadzieję
·         Merkabah "Moloch" - za czołgi
·         Angel Olsen "Burn Your Fire for No Witness" - za echa country, magię dream popu, czysty folk i nie bycie kolejną z sióstr Olsen
·         Pablopavo "Polor" - w tej chwili najlepsze „pióro” w Polsce
·         RATKING  "So It Goes" - za świeży głos w sprawie duchoty miasta
·         St. Vincent "St. Vincent" - za te gitary, które brzmią jak syntezatory
·         Sun Kil Moon „Benji” - za muzyczne „True Detective”

Płyty które fajnie grzeją:

·         Bibio "The Green" (EP) -  Stephen Wilkinson niepokojąco udaje Stevena Wilsona, ale poza tym wszystko działa bez zarzutu.
·         Dum Dum Girls "Too True" – za 4AD w SubPopie
·         Elbow "The Take Off and Landing of Everything" – za szczerą prostotę, bez napinki
·         EMA "The Future's Void" - za te trippy lata 90te, które wciąż trzymają się mocno i miły hołd dla PJ Harvey.
·         Katy B "Little Red" – bo euro-dance’y nigdy nie zginą
·         Mogwai "RAVE TAPES" – naśladowców było wielu, ale po latach okazuję się, że tylko oni…
·         Owls  "Two" - kiedyś byli emo, potem się zabili, a teraz lubię słuchać ich w autobusie
·         Real Estate "Atlas" - za przyjemne bycie serio

Płyty które powinny być cool, a nie są:

·         Mø  "No Mythologies to Follow" - ile jeszcze tego swagu musi w Wiśle przepłynąć?
·         Pharrell Williams "G I R L" - wstyd wypuścić coś takiego po ostatnich Timberlake’ach
·         Pustki  "Safari" - za dużo tu takiego szczęścia, które mnie smuci
·         Warpaint "Warpaint" – zawartość dream popu w dream popie 

A tutaj można posłuchać wybranych manieczek z powyższych płyt. Selected by Coldaim:

Coldaim - Q1 2014 in Music

wtorek, 23 lipca 2013

10 najbardziej niedocenionych kawałków Depeche Mode



W związku z koncertem Depeche Mode w Polsce postanowiłem zrobić mały, niecodzienny przegląd kawałków DM. Będzie to 10 utworów, które w jakiś sposób nie zaistniały w mainstreamie, nie leciały ma MTV, nie są też często grane na koncertach. Nie będzie tu żadnych Enjoyi ani Personali. Będą to kawałki, które moim zdaniem powinny wejść do kanonu DM, ale w jakiś sposób nie weszły. Kolejność chronologiczna, zaczynając od najstarszego. Have fun!

1. "Photographic" (1981)

Zaskakująco mroczny jak na raczej "weselną" stylistykę "Speak & Spell". Kawałek napisany oczywiście przez Vincenta (jak prawie cały debiut), który wolał mocne, szybkie, syntetyczne pasaże (co potem pokaże w Yazoo), niż proste, chwytliwe melodie Gore'a. Kawałek spokojnie może być zakwalifikowany do dark-electro. Trochę Gary Numan, trochę Soft Cell, trochę starego Ultravox. Zimny głos Gahana z punkowym zaśpiewem "Let's Go" w środku, szept Clarke'a i te niepokojące analogi.





2. "The Sun and the Rainfall" (1982)

Niestety materiał z "Broken Frame" nie okazał się tak fascynujący jak jego okładka. I pewnie nikt nie zwróciłby uwagi na drugi album DM, gdyby nie ona. Po odejściu Vincenta, Gore został głównym kompozytorem. Nie dość, że kompozycje niedojrzałe w porównaniu do debiutu, to jeszcze ktoś powiedział Gahanowi, że nie umie śpiewać bo przez większość kawałków raczej mruczy. Na szczęście na "Broken Frame" znalazła się perełka, która stanowi podwaliny późniejszych stadionowych singalongów. W 1:23 dostajemy coś co w przyszłości będzie wizytówką DM - podniosły, pewny siebie, hymnowy zaśpiew Gahana: "Things must change" (podwalina pod "Black Celebration", "Never Let Me Down", "Enjoy the Silence" itp.), przeplatany w drugiej części kawałka przez Gore'a.




3. "More Than a Party" (1983) 

Chyba pierwszy kawałek w klimatach S&M w ich dorobku. W późniejszych latach cała ich twórczość będzie opierać się na tych schematach. Kawałek pasuje raczej do Nicka Cave'a, niż do grzecznych chłopców z Basildon (co więcej, "From Her to Eternity" wyjdzie dopiero za rok). Ciągle przyspieszające pianinko, duszna atmosfera i hedonistyczna jazda po nocnych klubach. "That it's more than a party, it's a whole lot more" - każdy fan Depeszów wie, że z DM chodzi więcej niż o imprezę.




4. "Stories of Old" (1984) 

Zawsze wydawało mi się, że ten kawałek składa się z kilku piosenek. Trudno podzielić go na klasyczną zwrotkę i refren. Raz przyśpiesza, raz zwalnia, raz wchodzi nowy bit, raz powraca stary o którym się już zapomniało. Pomimo upływu 29 lat (OMG!), "Stories of Old" zachwyca swoim brzmieniem (sprawdźcie na dobrych słuchawkach). Jeżeli ktoś potrzebuje inspiracji to proszę: Hot Chip, Yeasayer, Grimes, Crystal Castles.





5. "Here is the House" (1986)

Współczuję temu kawałkowi, że znalazł się właśnie na "Black Celebration". Konkurować z wszystkimi klasykami na czarnym albumie (wow, to Depesze mieli swój czarny album? ;) to trudna sprawa. Może gdyby znalazł się na "Music for the Masses" do dzisiaj byłby grany na koncertach. 
Ta pościelówa daje namiastkę geniuszu Gore'a. Prosta, ale z drugiej strony poruszająca linia melodyczna, która już po pierwszym przesłuchaniu zostaje w głowie. Aha, jak komuś się podobał daftpunkowy OST do "Trona" to niech się wsłucha w podkład w 0:34.





6. "To Have and to Hold" (1987)

Zawsze gdy czytałem wywiady z doom metolowymi kapelami (My Dying Bride, Moonspell) często jako inspiracja pojawiało się DM. Nawet Varg ostatnio wygadał się, że siedząc w swojej chatce w lesie, knując zamach który uratuje Europę (biedny Varg :)), słucha głosu Gahana. Jeżeli ktoś, myśli że to przypadek, to niech lepiej włączy ten kawałek bo "To Have and to Hold" to naprawdę ciężki materiał. Chyba nawet sami Depesze, wystraszyli się kierunku w który się zapędzili i skończyli go już w trzeciej minucie. Jednak w prawdziwym życiu było wręcz odwrotnie i tekst z "To Have and to Hold" przestanie być już tylko fikcją.





7. "Rush" (1993)

Nie będę ukrywał, że to mój ulubiony rozdział w historii DM. Na trasie promującej "Violator", Gahan uwierzył, że jest Bogiem (w sumie mu się nie dziwie ;)), a przynajmniej Jezusem. Zapuścił włosy, brodę, wytatuował ciało, zamknął się w willi w LA, aby przyjmować kilka zastrzyków heroiny dziennie i malować obrazy. W trudach i znojach, narodziła się jednak przepiękna, mistyczna płyta "Songs of Faith and Devotion", która zjednała także publikę rockową. Między innymi dzięki rozszerzeniu brzmienia o żywą perkusję i bardziej przesterowaną gitarę Gore'a. 
Hedonizm Gahana musiał odbić się także na kolegach z zespołu. W trakcie morderczej trasy promującej "SOFAD" (trwającej dwa lata, prawie 150 koncertów) Gore wpadł w alkoholizm, (z którego uwolnił się dopiero 6 lat temu), Fletcher wrócił do Londynu, aby leczyć depresję, a Alan Wilder odszedł z zespołu nie mogąc wytrzymać destrukcyjnej atmosfery. 
"Rush" to jeden z najbardziej dynamicznych piosenek na "SOFAD. Połamana elektronika niczym Nine Inch Nails, z wybijanym rytmem przez Wildera. Gahan pewny jak nigdy. Nic go nie zatrzyma. Uwierzył, że jest niezniszczalny (mimo, że jego organizm musiał przyjmować zastrzyki z witaminami w przerwach pomiędzy kawałkami na Deviotional Tour). Tytułowy "pośpiech", zaprowadził go jednak donikąd. Konsekwencją będzie nieudana próba samobójcza i dwuminutowa śmierć kliniczna. Odkupienie miało dopiero nastąpić.



8. "Insight" (1997)

W trakcie nagrywania płyty „Ultra” Gahan był wrakiem człowieka. Podobno wokale do części kawałków nagrywał na siedząco, nie mogąc utrzymać się nogach (np. „Sister of Night”). Sesja przeciągnęła się do roku czasu. W międzyczasie Dave ujrzał białe światełko na końcu tunelu (śmierć kliniczna). I jestem pewien, że „Insight” było nagrane już po tym zdarzeniu, bo to swoisty psalm o odrodzeniu: „This is the first chance/To put things right/Moving on/Guided by the light”. Wreszcie sprawy mogą wyglądać inaczej. To nie musi być koniec, gdyż płomień nadal się tli: „And the spirit of love/Is rising within me/Talking to you now/Telling you clearly/The fire still burns „. 

Moim zdaniem to jedne z najbardziej szczerych i zarazem optymisycznych kawałków DM  w ich dorobku. Przed nimi nowy, bardziej dojrzały rozdział. Czas na płyty o bólu i cierpieniu ale już na trzeźwo.



9. "Lilian" (2005)

Robert Smith w 1992 roku, przed wydaniem pierwszego singla mającego promować "Wish", ukrył istnienie "Friday I'm in Love" przed wytwórnią. Chciał aby "High" wyszło najpierw, jako bardziej reprezentatywny kawałek dla całego albumu The Cure.
W przypadku "Lilian" mamy chyba podobny przypadek. Jakim cudem ten kawałek nie stał się pełnoprawnym singlem to ja nie wiem. Dostajemy czysty synth-pop w nowoczesnej produkcji. Tyle lat człowiek musiał czekać, aby DM nagrało coś tak korzennego i lekkiego.



10. "In Sympathy" (2009)

Że też po tylu latach mają jeszcze siłę żeby nagrywać płyty naprawdę na poziomie, bez odcinania kuponów. Chociaż "Sounds of the Universe" nie miażdży tak jak "Violator" czy "Playing the Angel" to ma naprawdę sporo ciekawych momentów.
"In Sympathy" to bardzo swobodny kawałek, z wykrzyczanym refrenem w stylu "Blasphemous Rumours". Po tylu przygodach w karierze i w życiu prywatnym, wzlotach i upadkach nic nie mogło zabrzmieć tak prawdziwie jak:

"You're bright, you're strong
You know your right from wrong
At least to some degree
You're wise, you're tough
You've heard the lies enough
You smile in sympathy".




wtorek, 31 lipca 2012

Mroczny Rycerz powstaje: Koniec Marzeń


UWAGA MEGA SPOILERY!!!

Dawno nas tu nie było i pewnie nic nie wskazywało na to, że prędko coś się pokaże na naszych skromnych łamach. Są jednak momenty, kiedy człowiek, aż chce sięgnąć po klawiaturę i wylać z siebie coś na kształt recenzji. Tym momentem jest długo oczekiwana (bo aż 4 lata) ostatnia część przygód Mrocznego Rycerza w wykonaniu Nolana. Oczekiwania były wielkie jak skrzydła Batmana, bo co jak co, ale drugą część cyklu można było nazwać czymś więcej niż ekranizacją komiksu. 

Ale może od początku. Kocham postać Batmana. W 1990 kupiłem (albo raczej został mi kupiony - dzięki Mamo) pierwszy komiks o Batmanie wydany przez legendarny TM-Semic. Zaprzedałem wtedy duszę tej postaci i wsiąkłem w świat komiksu, z którego nie mogę wyjść do dzisiaj. Pamiętam jak w polskiej TV zaraz obok proszku Omo pojawił się pierwszy teaser.  Śmiech Jokera w wykonaniu Nicholsona, przeszył mnie na wskroś. Mój mózg eksplodował. Pomyślałem z dziecięcą naiwnością: „Wow, przenieśli świat z komiksu do filmu. Zobaczę Batmana na żywo”. Odpłynąłem na fantazjach Burtona. Kiedy do gry wszedł Schumacher ze swoim kiczem, stwierdziłem, że nie da się przebić dzieł z początku lat 90.

W 2005 pojawił się Nolan. Jeśli jednak przy „Batmanie - Początek” byłem nadal sceptyczny, tak „Mroczny Rycerz” rozwiał moje wątpliwości, przyznając Nolanowi tytuł godnego następcy Burtona. Druga cześć cyklu jest bowiem cholernie ponura. Przebija nawet gotycką wizję Tima pod względem grozy. Od pierwszych scen widzimy, że w Gotham źle się dzieję i zawsze się działo.  Co ciekawe nie można było wspominać o kompleksie sequelu, czyli żadnej kalki z „Batmana Begins”. Nowa jakość. Ten film posiada niesamowitą dynamikę. Ten film kipi, aby móc eksplodować.

W końcówce, gdy upadły Batman uciekał między kontenerami przed ekipą SWAT czułem coś takiego jak dziecięca duma. Pomimo naiwności tej sceny chciałem wstać i zawołać „kocham tę postać”. To moja drużyna. „Mroczny” niczym „Imperium Kontraatakuje” kończy się tragicznie, z otwartymi możliwości na część trzecią. Apetyt wzrasta na maksa. Pewnie tak musieli czuć się fani Gwiezdnych Wojen czekając 3 lata na Powrót Jedi.

Ustalmy jeszcze jedno: JOKER. W filmie Nolana jest uosobieniem chodzącego zła. Jest nieuchwytny, nieprzewidywalny, pozbawiany uczuć. Jest anarchistą! Jedyny system jaki go obchodzi to chaos. To postać, która nie ma przeszłości, jego zmyślone historyjki z CV wzmagają tylko poczucie dezorientacji Jest kurewsko straszny. No i przede wszystkim jest „ponad” wszystkimi bohaterami tej części. To absolut. Postać niedefiniowalna. Ledger stworzył kreację, która jest dziełem sztuki. Jego gesty, sposób zachowania, ubiór, dialekt. Kiedy tylko pojawia się na ekranie hipnotyzuje, poraża, paraliżuje, niszczy, odbiera mowę. Jego niesamowita zdolność do przenikania umysłu przeciwnika zniewala. Powołując się na wszystkie filmy jakie oglądałem kiedykolwiek, mogę stwierdzić, że to rola WYBITNA. Panteon czarnych charakterów.

Kiedy dotarły do mnie pierwsze przecieki, że przeciwnikiem Batmana w nowej odsłonie ma być Bane, byłem pewny, że Nolan rozjebie system. Jeszcze raz sięgnąłem po serię Knightfall, gdzie Bane łamie Batmanowi kręgosłup, a potem do walki wstaje Azrael. Wow, pewnie Nolan wykręci takie twisty że się nie pozbieramy. Czy przeskoczy poprzeczkę zawieszoną aż tak wysoko? Czy ten Batman zapisze się w historii tak jak jeden z ulubionych filmów Nolana, czyli „Blade Runner”? Teraz ma szansę. Nie może jej spierdolić. To już mu się nie powtórzy. Teraz albo nigdy...  Setki pytań męczyły mnie przed seansem.  I już znam odpowiedź..

Zaczęło się znakomicie. Już na starcie mamy Bane'a. Tom Hardy to świetny aktor, więc da radę. Przerażający, wielki skurwiel, którego zmodulowany głos może przyprawiać o ciary. Aranżuje katastrofę lotniczą w arcykomiksowym stylu. Podoba się. Jesteśmy w domu.

Kolejne sceny, przedstawiają Bruce'a Wayne’a jako upadłego Batmana, od 8 lat siedzącego w ciemnościach swojej rezydencji. Gotham już go nie potrzebuje, nastał pokój. Bale jak zawsze na poziomie. Rozdarty pomiędzy potrzebą bezpieczeństwa mieszkańców, a swoim. Pamiętajmy, że jego luba zginęła w poprzedniej części, więc ma prawo siedzieć w domu i czytać książki ;)

Poznajemy także, Catwomen, świetnie zagraną przez Anne Hathaway. Przebiegła i cwana złodziejka robiąca naprawdę seksowne wygibasy przemieszczając się z miejsca na miejsce, szczególnie seksowna kiedy pożycza od Batmana dwa kółka.

Jest także Joseph Gordon-Levitt, pupilek Coldaimu. „Potop czytamy, Potop cytujemy”. Młody adept policji Blake, który ma ambicję, żeby walczyć ze złem tego miasta, w czasie kiedy nikt nie ma na to ochoty.

Wyglądało na to, że jeżeli Nolan złoży te wszystkie puzzle do kupy, powstanie arcydzieło. Szkoda tylko, że puzzle same zaczęły się rozjeżdżać. W drugiej połowie, film stał się zlepkiem trochę nie dogranych względem siebie plotów. Tak jakby Nolan z bratem pisali scenariusz na kolanach. Ja rozumiem presje dzisiejszego Hollywood i deadline spięty na maxa. Ale proszę, nie traktujcie widza jak debila. Oto kilka rażących przykładów:

UWAGA MEGA SPOILERY!!!

Zabarykadowanie całej policji Gotham w kanałach. Na zewnątrz zostało ich koło 30 (lol). Po pierwsze: kto wysyła całą ekipę policjantów, drogowców i SWAT do kanałów w tym samym czasie i to jednym wejściem? Jak to możliwe że kilka wybuchów, barykaduje wyjście z nich kilkuset uzbrojonym funkcjonariuszom? Mało to studzienek kanalizacyjnych, kratek, wejść z różnych budynków sanitarnych? Proszę, nie świrujmy.

Kolejna rzecz: powrót Batmana po ciężkiej tułaczce z dalekiego więzienia w Indiach. Jak tak przebiegła postać jak Bane, znając niebywałe umiejętności Batmana pozostawiła go w swoim więzieniu bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, bez jakiegokolwiek monitoringu? Czy jeden z najinteligentniejszych antybohaterów komiksowej serii pozwoliłaby na taki banalny przebieg wydarzeń? No i powrót Batmana do Gotham. W jaki sposób bez jakichkolwiek dokumentów, pieniędzy i gadżetów Bruce, przeniósł się na drugi kontynent do miasta na wyspie, gdzie została odcięta komunikacja (mosty zdetonowane), a wody wokół niej skute lodem i strzeżone.

Następnie, jeżeli Gotham zostało odcięte od świata, a po ulicy grasują najwięksi zbrodniarze na wyspie (Bane ich uwlonił), to jakim prawem życie przebiega tam zupełnie normalnie. Po ulicy spacerują ludzie, a reszta siedzi spokojne w domach. Nie kupuję tej wersji. Na wyspie powinien zapanować chaos, a nie stan wojenny.

Masterplan Bane'a – po chuja czekać na automatyczną detonację miasta kilka miesięcy, mając we władaniu detonator. I po co historia z oddaniem detonatora jakiemuś obywatelowi? Czy miała wprowadzić chaos na wyspie, którego w końcu nie było? Jeżeli celem Ligi Cieni była detonacja miasta, powinni zrobić to zaraz po przejęciu reaktora.

No i ta feralna końcówka. Każde dziecko wie, że wysadzenie bomby jądrowej nawet kilkanaście kilometrów od brzegu miasta powoduje promieniowanie. Tak więc, przez następne kilka dekad Gotham powinno być skażone. Bohaterowie jednak zostają w mieście ciesząc się z detonacji.

Niektórzy pomyślą, że się czepiam. Sorry, ale wobec  jednego z najdroższych filmów w historii (250 mln dolarów) i ekipy liczącej około kilkaset osób mogę mieć pewne wymagania. Nolan wielokrotnie w wywiadach powtarzał że jego idolem jest Orson Welles i Stanley Kubrick i że chciałby robić filmy takie jak oni. No to stary, zacznij czytać swoje scenariusze dwa razy, zanim rzucisz takimi nazwiskami.

Dodatkowo, to co zaczyna mnie irytować w filmach Nolana to swoisty „prompter”, który podpowiada widzowi jak ma rozumieć daną scenę i jakie emocje ma poczuć. W „Incepcji” mieliśmy Ellen Page, zupełnie zbędną bohaterkę, która tłumaczyła jak debilowi co dzieje się w filmie w danym momencie. Podobnie w Batmanie mamy kilka scen „prompterskich”. Blake prowadzi do Foxa odnalezioną ekipę SWAT, żeby jeszcze raz wyjaśnić co czeka na mieszkańców Gotham (mimo, że było już to udokumentowane przy scenie rozbiórki reaktora). Nie dość że scena niepotrzebna to jeszcze  Blake powtarza do ekranu, „Poczekaj, teraz będzie najważniejsze” i Fox wykłada, że bomba wybuchnie. Podobnie  w ostatniej scenie, kiedy Batman mówi do Catwomen, że musi udźwignąć ten ciężar, wyciągnąć bombę poza miasto i zginąć przy wybuchu, dlatego że nie ma autopilota w swoim statku powietrznym. Dziękujemy Batmanie za przypomnienie. Nie zrozumiałbym końcówki. Po chuja to mówisz do Catwomen z którą masz się spotkać po wybuchu, jak wiesz że sam zamontowałeś sobie autopilota.

No i jeszcze jedna sprawa – Bane. Bohater, który w komiksie słynął z zajebistej inteligencji, nagle głównie buja się po kanałach i łamie każdemu karki. Jeżeli jego ludzie byli z nimi na śmierć i życie (scena katastrofy lotniczej gdzie na rozkaz Bane'a jeden z podwładnych pokornie zostaje na siedzeniu),  dlaczego w filmie nie pokazano żadnej relacji między nimi. Joker z poprzedniej części „kosił umysły”. To było widać, to było słychać. Bane wygląda jak osiłek, za którym ludzie podążają, ale tylko przez strach przed nim.

Pojedynki Batmana z Banem nie grzały. Brak jakiekolwiek dramatyzmu, raz wygrywa Bane, raz wygrywa Batman. Okładanie się pięściami po mordzie naprawdę da się pokazać przez długi czas, zachowując przy tym skoki ciśnienia i emocji (vide seria Rocky). Kiedy przy drugiej walce Batman zaczyna powoli swoimi uderzeniami niszczyć konstrukcję maski Bane'a, myślisz ”Tak, zrób to. Rozjeb mu tę maskę!–”. Nic z tego. Bane'owi odczepia się jedna rurka z prawej strony (lol). „No dalej, Bruce, on zasługuję na niezłe bęcki, co jest, nie masz już siły?”. Bane leży. „Co tylko tyle, akcji z Banem? Chcesz go teraz zastrzelić?”. Nagle zmieniają się rolę - to Bane ma Batmana na muszce. „Uff, już myślałem że to koniec. No to teraz Batman mu wpierdoli”. Nagle BOOM. Nie wiesz jak, nie wiesz skąd Bane ląduje w tle ekranu. Nie widzisz gdzie dostał, w co dostał, czy w ogóle żyje. Dostał blasta z Batpodu od Catwomen! Tyle go widziano w filmie. WTF???!!! Kurwa, budowaliście tą postać przez cały film, scena po scenie wprowadzając napięcie (naprawdę zacząłem wierzyć że jest nie do pokonania) po to, by Bane skończył z oderwaną rurką w masce i dostał z zaskoczenia i to zupełnie niewyraźnego (nie wiemy nawet z jakiej lufy strzelała). Niestety, ale było to najgorsze unicestwienie przeciwnika komiksowego w historii. Dramat.

Zamknięcie trylogii nie spełniło moich marzeń. Kibicowałem Nolanowi, lecz się nie udało. A może  dzisiejsze kino typu blockbuster nie jest w stanie stworzyć czegoś godnego od początku do końca. Zawsze muszą coś spierdolić. Jeśli będziemy jedli z ekranu wszystko co nam pokażą i szli na kompromisy z megaprodukcjami, nigdy nie zobaczmy już więcej kina nowej przygody z prawdziwego zdarzenia.

niedziela, 26 lutego 2012

Oscar na niedzielę, czyli co, jak i dlaczego nie Koniaczek?


Czy to naprawdę będą najgorsze Oscary w dziejach? Wszyscy złowrogo chrząknęli i pretensjonalnie westchnęli kiedy na horyzoncie pojawiły się nominacje, ale przecież kilka dobrych filmów jest na tej cholernej liście! Ok, aktorskie typy są momentami skandaliczne - brakuje tego i tamtej. Po co jeszcze jedna nominacja dla innej - czy już nie dość się nachapała? A ten co zagrał tu najsłabiej skoro brak w ogóle tego co pokazał wszystko?

Tak naprawdę jednak kilka filmów przywraca wiarę w Fabrykę Snów, kilka posunięć jest arcyciekawych, a my, Polacy spragnieni sukcesu w każdej kategorii i tak bardzo pewni siebie możemy ekscytować się naszą własną Agnieszką Holland! Może w tym roku nie będzie kiepsko, może gala nas zauroczy i zwali z nóg a dowcipy prowadzącego zostaną długo w pamięci? Nie sądzę. Zapowiada się wyjątkowo nudna i przewidywalna noc. Zarwiemy ją tak czy tak.

Jakiś czas temu Ricky Gervais zapytany czy nie poprowadziłby Oscarów spojrzał na Lettermana kpiąco i dyplomatycznie wykręcił się tym, że “drugi najpopularniejszy show z nagrodami filmowymi” mu wystarczy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprosiłby Rickiego do wygłupów przed całym światem, ale to nie zmienia faktu, że Oscary stały się widowiskiem sztywnym, długo ćwiczonym, przewidywalnym i nudnym przez to jak flaki z olejem. W tym roku poprowadzi je Billy Crystal. To drugi wybór. Na pewno będzie lepszy niż Eddie, który musiał odejść. No i zdecydowanie lepszy niż cała gala poprowadzona przez Muppety - nie wiem kto wymyślił tę plotkę, ale przez moment wydała mi się zbyt realna. Dalej jednak organizatorzy boją się zaryzykować i kiszą się we własnym sosie. wymieniając wizytówki z agentami aktorów, których najlepsze gagi przypadają w najlepszym przypadku na środek lat 90tych. Czy naprawdę nie ma już nikogo śmiesznego w Hollywood? Być może bano się zeszłorocznej wtopy, ale tamta parka śmierdziała lewizną na kilometr. Wiecznie zjarany chłopiec i księżniczka o ładnym uśmiechu nie mieli dość jaj, żeby zagrać po swojemu.

Przejdźmy do konkretów: co mamy na talerzu? Co powinno dostać Oscara, a co naprawdę dostanie? Jak zawsze zaczniemy trochę od końca. Skandalem są tylko dwie piosenki nominowane do nagrody. Kto się zainteresował i doczytał to i owo wie dlaczego. Jakieś słupki, zasady i procenty nie pozwoliły, żeby np. o statuetkę powalczył The National. Wygląda to śmiesznie. Do walki stają “Muppety” i “Rio”. Wygra McKenzie, ale powiedzmy sobie szczerze - oba numery są sztuczne i do dupy. Kur pieje pierwszy raz - “Drive” anyone?

Jeśli chodzi o muzykę, to miejmy nadzieję, że dwaj starzy wyjadacze, którzy rozpisali partyturę dla 3 filmów (John Williams i Howard Shore) przegrają z kretesem z Ludovicem Bource i jego “Artystą” (bardziej prawdopodobne) lub - przyznam się - uwielbianym przeze mnie Alberto Iglessiasem (“Tinker Tailor Solider Spy”).

Pomińmy formy krótkie, przejdźmy do dokumentów, gdzie mamy taniec, ekologów-terrorystów, kryminalną pomyłkę, sport i wojnę. Obcinamy ostatnie dwie pozycje. Z pozostałej trójki najpewniejsza jest “Pina” Wendersa, choć wybór ten bardziej podyktowany byłby nazwiskiem reżysera niż zamiłowaniem Akademii do tańca. Nie bez szans jest też “If A Tree Falls”. Ekologiczno-polityczna wojna w Hollywood wciąż trwa.

Jeśli chodzi o nagrody stricte techniczne to krótka piłka. Efekty specjalne zgarnie pewnie “Hugo” (należy mu się nie za zegarmistrzowskie ujęcia ani 3D, ale sekwencje początków kina z drugiej połowy filmu). Szczerze mówiąc większe wrażenie zrobiłą na mnie “Planeta Małp” na zasadzie efektów, których prawie nie widać. Bo już cybertnetyczny boks/taniec z “Real Steel” szybko się znudził, podobnie jak kolejny “Harry” i “Transformersy”, których zagłady nie przetrwałem docierając tylko do połowy.

“Make-up Oscar” jak dla mnie mógłby przypaść ekipie od “Alberta Nobbsa” - dość naturalnie i ciekawie wypadły te przebieranki, szczególnie w przypadku Janet McTeer (wspaniały i zaskakujący flashing!). Kostiumy? Nie wiem sam. Nie widziałem “Anonnymousa”, ale tam garderoba jest zapewne przewidywalna. Teraz będę hipokrytą jeśli pochwalę “Jane Eyre”. Może Madonnie córka coś ładnego zaprojektowała do W.E. czy jakaś inna Gossip Girl? Co za różnica, skoro dostanie “Hugo”! Podobnie jak pewnie za scenografię - niech się udławią tymi technicznymi Oscarami. Montaż przypadnie pewnie “Artyście”. Szkoda, że nie “Descendants”, ale to zupełnie nie ta kategoria wagowa.


W przypadku dźwięku Oscary powinny dostać filmy normalne, bezefektowe. “Dziewczyna z tatuażem” i “Drive”. Właśnie, “Drive”, bo to jego jedyna kategoria! Jeśli Fincher ma duże szanse przegrać ze Scorsese, tak nie sądzę żeby poczyniono więcej szkód jednemu z najbardziej niedocenionych filmów w tym roku. Zatriumfują więc odgłosy palenia gumy, zgiatania obcasem twarzy i rozgrzewania silnika do czerwoności.

A teraz pierwsza tego wieczoru szansa dla nas, Polacy. Uwaga! Janusz Kamiński, który znowu pracował ze Spielbergiem ma szansę. “War Horse”? Raczej nie. Równie kuriozalne “Drzewo życia”, które najlepiej oglądać połknąwszy wcześniej albo wypaliwszy coś, czego nie mają jaj zażyć politycy przed Sejmem, ma dużo lepsze zdjęcia niż, jak to w u nas mówią “Czas wojny”. Konia z rzędem temu, kto wymyślił ten tytuł! Ja zaraz wyjawię wam lepszy. Ale tak serio, to tego Oscara powinien dostać “Artysta”. I dostanie. Amen.

W animacji konkurują 4 zwierzęta i muzyczna Kuba. Stawiam na piękną muzykę. A jeśli ktoś chciałby już nagrodzić zwierzęta, to z braku psa stawiam na kota. I nie w butach, ale w Paryżu.

Teraz scenariusze. Sympatycznie by było, gdyby oryginalny powędrował do Asghara Farhadiego za jego “Rozstanie” albo do J.C. Chandora, którego bardzo teatralny “Margin Call” już ochrzczony został “najlepszym filmem o Wall Street ever”. Realnie rzecz biorąc to może być jednak kolejna statuetka dla “Artysty”. Kupuję tę staroświecką prostotę. Ale już nie Allena, bo jego skrypt atrakcyjny jest tylko w pomyśle, który można sprowadzić do anegdoty “a co by było gdyby...” (reszta jest skrojona dokładnie według schematu Woody bez Woodiego, czyli Allen 2.0 i już trochę zwietrzała), Nie stawiam także na “Druhny”, które owszem są zabawne i pada tam moje ulubione nazwisko Apatow, ale w sumie na tym się to kończy. Nawet słownych szermierek wysokiej klasy nie ma tam tyle ile trzeba. Ciekawostka.

Scenariusz adaptowany natomiast to raczej pewny Oscar dla Alexandra Payne’a, Nata Faxtona i Jima Rasha (tak, to TEN!), którzy w zgrabny sposób przycięli powieść Kaui Hart Hemmings. A taki “Hugo”? Książka Briana Selznicka, według której powstał film to podobno lektura dla amerykańskich 5-klasistów i mam nadzieje, że nienawidzą jej tak samo, jak Włosi spluwają na “Serce” Edmondo De Amicisa. W kolejce stoi też “Tinker Tailor...”, podobno pełen nieścisłości w stosunku do powieści, “Idy Marcowe” - to nie będzie oscarowy rok polityczny i “Moneyball” - czort wie, Amerykanie mogli coś zrozumieć z tych liczb pisanych baseballowym kijem. Ja obstawiam Hawaje.

To o co wszyscy się kłócą najbardziej to role aktorskie. Szczególnie braki obsadowe widać w kategorii “męska główna”. Najważniejszy? Nie ma dwóch złotych chłopców tego roku - Ryana Gosslinga i Michaela Fassbendera. Jestem jeszcze w stanie zrozumieć brak Gosslinga, choć to naprawdę trudne, bo zagrał w tym roku w trzech filmach trzy różne role i mogłaby znaleźć się tu każda, nawet ta komediowa. Nieobecność Fassbendera jest jednak ponikąd dziwaczna. Kto ma odbierać statuetki jeśli nie tacy jak on, tacy jak oni, którzy dają z siebie wszystko i wypruwają flaki? Brad Pitt? Nigga, please. Brad od paru filmów grając wykonuje ten sam manewr ze szczęką, który zabawny był może to w “Bękartach”, ale “Moneyball” to przeciętnie rzemiosło. Nawet rola w “Tree of Life” mogłaby być zagrana przez dosłownie każdego kolesia z Hollywood, np. takiego Seana Penna, któremu Terrence Malick zrobił brzydki kawał, wycinając go z ponad dwugodzinnego obrazu jak Aaron Schneider Karolaka z “Get Low”. Nie typowałbym też specjalnie Demiana Bichira, choć bardzo go lubię, chociażby za gościnny sezon w “Weeds”. “A Better Life” to film dobry, ale za mały i zbytnio przypominający Akademii kto im strzyże trawniki i podcina palmy. Fabułę można w sumie podsumować TYM krótkim żartem.

George Clooney w “Descendants” idzie trochę w inną stronę niż dotychczas i jest perfekcyjnie oszczędny, ale Oscara za najlepszą rolę męską odbierze niemy artysta Jean Dujardin (to dopiero coś nowego, ekspresja i talent, którego nawet nie ukradł mu Jack Russel Terrier Uggie), ewentualnie Gary Oldman (oklaski także tutaj, bo “Szpieg” to jego wspaniały powrót na pierwszy plan. Natomiast co do drugiego to najbardziej chyba ucieszyłbym się z Nicka Noltiego za kompletnie niedocenionego “Warriora” (znów solidny come back) albo uroczego Christophera Plummera w “Beginners”. Max von Sydow w “Extremely Loud & Incredibly Close” skupia się bardziej na ratowaniu filmu niż oscarowej kreacji, Jonah Hill to dobry i śmieszny chłopak, ale znów nie to, a Keneth Branagh nie zagrał w czym trzeba.

Kobiety to zapewne triumf “Help” na pierwszym i drugim planie, i życzę Violi Davis, Octavii Spencer i Jessice Chastain dużo zdrowia, bo to uroczy film. Jeśli tak, to czekają nas łzy i pełne religijnych odniesień przemówienia. Alleluja. Kto ma jeszcze szanse? Może stara żwawa Meryl, która pobiła już całkowicie rekord nominacji i wysunęła do przodu jak Norweżki chore na astmę? Dużo stawiało się na Rooney Mare, ale za same poświęcenia to nie przejdzie. Glenn Close - posłuchaj, to też do ciebie. Prędzej zobaczyłbym przy drugim planie twoją koleżankę z planu Janet. Michelle Monroe Williams? Max co mogę jej obiecać to szybki angaż w barze Jack Rabbit Slim’s.

Reżyseria: tu zawsze nagradza się właściwie osobę nie za konkretną pracę, ale za nazwisko i cały projekt. Ciężko to zmierzyć jeśli nie było się na planie. Kto? “The Artist” albo “Descendant”, Hazanavicius albo Payne. Tylko oni coś zrobili. Reszta to eksponaty z muzeum kinomatografii i kart podręczników, którzy odwalili robotę jak zawsze: byli sobą bez odrobiny dystansu i chęci skoku w bok. Marty, Woody i Terry - czas na emeryturę.

Z wielu względów miło by było, gdyby Oscara za najlepszy film zagraniczny odebrała Agnieszka Holland. Trzeba jej przyznać, że nie obija się w Stanach, nieustannie dokształca, podpatruje i uczy warsztatu. Bawi się w seriale, jest na czasie i żadna fabułą jej nie straszna. Zrobione w Polsce “W ciemności”, które - nie bójmy się tego powiedzieć - wytypowane zostało do Oscara trochę tematycznie, jest naprawdę dobrym filmem. Trudno jednak patriotycznie trzymać kciuki, gdy obok mamy obrazy lepsze. “Rozstanie” to solidny i pewny kandydat do tej nagrody, a belgijski “Rundskop” łomocze po głowie dużo bardziej niż pięści głównego bohatera. Kiedy wreszcie i my zaczniemy pokazywać na świecie filmy o ludziach, a nie ideach i koszmarach z przeszłości? Więcej Jacków Borcuchów proszę.

Kiedy sporo przed nominacjami ktoś wrzucił do sieci przeciek nominacji w kategorii najlepszy film potraktowałem to jako nieśmieszny żart. Powodów było kilka, ale najbardziej jaskrawnym był “War Horse”. Lista okazała się prawdziwa, a ja w międzyczasie nadrobiłem film Spielberga, przełknąłem ślinę i stwierdziłem, że da się to obejrzeć. Ale raczej z uśmiechem na ustach i robiąc złośliwe notatki. To farsa nie wiadomo właściwie dla kogo. “Koniaczek”, bo tak pieszczotliwie nazywam ten obraz, to rzecz zupełnie zbędna. Nadęta, pusta i nudna. Udowadniająca światu smutną prawdę, że Amerykańska Akademia Filmowa to twór skorumpowany niczym nasz PZPN. Tak Steven, wiemy ile dla nas dobrego zrobiłeś, gdzieś “Koniaczka” upchniemy. Żal tylko tuzinów dobrych aktorów, którzy tam pograli po 5 minut, bo jak tu odmówić mistrzowi SS.

Producenci jakiego filmu odbiorą statuetkę za najlepszy obraz? Raczej nie “O północy w Paryżu”. To nie czas i miejsce na kolejną część serialu “Woody Allen przedstawia”. Nie ma też co się lękać dramatem o dwóch wieżach, czyli “Extremely Loud & Incredibly Close” - można zrobić film o śmierci ojca i polukrować to słodką rodzinną historią o dorastaniu. Ale kameralnie, nie wsadzając przy tym Toma Hanksa do WTC i każąc Sandrze Bullock płakać! Strzał w stopę. Dalej mamy “Drzewo Życia”, które budzi chyba zbyt duże kontrowersje żeby gratyfikować je Oscarem. Mam nadzieję, że większość głosujących tak jak ja zupełnie nie zrozumiało o co kaman i żałować bardziej od nienagrodzenia Malicka będą tego, że do kina nie wzięli woreczka ze swoją przepisaną na ból pleców marihuaną. Oscar nie powędruje też zapewne do twórców “Moneyball”, z czym się zupełnie zgadzam, bo film to nierówny jak sezon Oakland Athletics w 2002 roku. Nie dostanie go także “Help” - bez urazy, ale na tak dużą kategorię jest zbyt hallmarkowy.

Tym sposobem sprowadziliśmy zabawę do znośnej liczby trzech graczy. Rozegrajmy to szybko. Czarnym koniem tegorocznych Oscarów bez wątpienia jest film Alexandre’a Payne’a. Największa obawa natomiast to “Hugo” - wcale nie bez szans na wygraną (wspominałem już o UKŁADZIE?). Ale Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i mający zbyt długi język Mark Wahlberg się nie myli, to Oscara dostanie “Artysta”. Oby. 80 lat temu wygrałby na pewno i jeśli uda się teraz to będzie niezbity dowód na to, że to dobra historia tak naprawdę liczy się w kinie. Ale tymczasem trzeba uzbroić się w cierpliwość i przetrwać 84tą oscarową galę, razem z Muppetami, Dyktatorem, Cirque du Soleil i Jennifer Lopez. W wolnej chwili i poniekąd na rozgrzewkę warto też zerknąć na Mr. Skin Anatomy Awards. Tu również można było obstawiać i wspólnie ze szwagrem trafiliśmy najbardziej odrażającą nagą scenę!




czwartek, 19 maja 2011

Edyta Bartosiewicz "Witaj w moim świecie": Gorsze dnie Edyty B.




Edyta Bartosiewicz swoją kolejną płytę zapowiadała prawie tak długo jak Gunsi. W 2002 roku miała być już zaraz – poszedł singiel, teledysk, BMG nawet opłaciło jej studio. Ale potem gościnne występy na 10-lecie tego i 45-lecie tamtego, współpraca z Krawczykiem i inne chałtury. Rok temu znów na spowiedzi u Metza obiecywała, że „Tam, dokąd zmierzasz” ukaże się za rok. Nie wiem czy Edyta wie dokąd zmierza i czy przekładanie terminu to zwykłe obiecanki-Czeczenki, ale dziewczyna mogłaby coś wreszcie wydać i wyjść z mrocznego miejsca, w którym podobno się znajduje. Nie tylko dlatego, że każdy sobie podśpiewuje bez obciachu „Jenny” kiedy poleci w zetce czy innej esce, albo tak jak ja po kilku piwach zaczyna śpiewać „Ostatniego” czekając na wers „w salonie wśród ciepłych świec już nigdy nie zbudzisz mnie” i za każdym razem niemiłosiernie w nim fałszując. Także dlatego, że komu jak komu, ale takiej gwieździe polskiego rocka jak ona wydać płytę w tym kraju, która na dodatek ma gwarantowane kilka tygodni na szczycie listy OLIS-u jest niezmiernie prosto. Przynajmniej pozornie, bo odkąd sięgam pamięcią z Edytą zawsze było coś nie tak.


Oto jest, nowy, pierwszy od 9 lat solowy singiel Bartosiewicz. Niby na ścieżkę dźwiękową filmu o Kubusiu Puchatku, ale to wcale nie główny zarzut. Stara czołówka do serialu z wysublimowanym wersem „ramboli bamboli na dąb łasować miód”, którą śpiewał Władysław Grzywna to przecież było coś. Można? Można. Ale nie nastawiajcie się zbytnio – Edyta chyba nie do końca zrozumiała koncept cyklu, a i numer to trochę nijaki. Na odradzanie się z popiołów raczej bym nie liczył.

Zaczyna się i od razu masz wrażenie, że Edyta drepcze po swoich własnych śladach niemal tak samo jak niegdyś robili to Kubuś z Prosiaczkiem. Najbardziej rżnie z „Zegara”, ale to może być tak naprawdę jej każdy numer i zarazem żaden. Naprawdę bardzo słaba to mruczanka. Poza tym to ma być piosenka dla dzieci? Spike Jonze musiał przemontować „Where the Wild Things Are”, Bartosiewicz tez ktoś mógłby szepnąć słówko, że powinno być trochę mniej depresyjnie i sennie. Rozumiem, że muzyka to terapia, ale co milusińskich obchodzą autobiograficzne wątki niezdarnie ukryte pod warstwą słabego tekstu? „Gdy nadejdą gorsze dni razem łatwiej je przetrzymać” – śpiewa artystka, a nam stają przed oczami godziny terapii, lęków, wycieczki do nocnego i kilka miłosnych zawodów. Kiedyś Kubuś Puchatek zachęcał do wyjścia z domu, a teraz Edyta Bartosiewicz zaszyta w swojej melinie zmęczonym głosem błaga o pomoc. Edyta! Nie strasz dzieci. Chyba że ja nic nie wiem i nowa kinowa wersja opowieści o Puchatku to memuary Kłapouchego.

niedziela, 27 lutego 2011

Oscary '11: Łabędź królewski i inne spekulacje


Wszyscy gotowi? Można zaczynać? Za kilkanaście godzin w Kodak Theatre rozpocznie się oscarowa gala, na której James Franco i Anne Hathaway przerzucać się będą dowcipami. Będzie śmiesznie? Oby. Widowiskowo? Na pewno. Satysfakcjonująco? Nigdy nie jest. Ale obejrzeć trzeba.

Duże szanse na Oscara za najlepszą rolę męską miałby Jeff Bridges, gdyby tylko statuetki za rolę kowboja nie dostał rok temu. Wygra natomiast zasłużenie wielki zeszłoroczny przegrany Colin Firth. Rola jąkały w „King’s Speech” to chyba najmocniejsze tegoroczne wystąpienie (co ważne nagrodzone już Złotym Globem). Taki np. Jessie Eisenberg ładnie zarysował postać Marka Zuckerberga, ale konia z rzędem temu, kto prześledził wypowiedzi prawdziwego Pana Facebooka na youtube i potrafi powiedzieć, że Eisenberg nie gra tego samego neurotyka co zwykle. W sprawie Javiera Bardema się nie wypowiadam, nie widziałem, natomiast James Franco niech lepiej się zajmie ceremonią a nie nastawia na nagrodę za rolę faceta, który – UWAGA SPOILER! - obcina sobie rękę.

Pierwszoplanowa rola kobieca wpadnie prawie na pewno Portman za „Black Swan”. Nie jestem raczej z frontu forsującego kandydaturę Bening. Tak, w „The Kids Are All Right” zdecydowanie bardziej błyszczy ona niż słusznie pominięta tu Moore, ale i tak Natalie wyprzedza obie panie o głowę swoją rolą, na którą czekała przecież wiele lat. Poza tym tak pięknie wygląda w ciąży – wiele osób na pewno chce zobaczyć jak za statuetkę podziękują jej hormony. Pozostałe kandydatki? Kidman niestrawna, Williams powtarza schematy, a Lawrance jest za mało znana, żeby za zwykłe zacietrzewienie od razu dać jej statuetkę.

Oscara za drugoplanową rolę męską prawie na pewno zgarnie Bale – znów balansuje na granicy, a jego rola w „Fighterze” to chyba jedyna rzecz, dla której warto zobaczyć ten film. A może jednak nie powinno tak być, że nagradzamy cyrkowe sztuczki, metamorfozy i niedojadanie. Bo jeśli nagradzać aktorski kunszt i klasę, to tylko Geoffrey Rush. Reszta pokazała za mało.

Drugoplanowa rola kobieca to w tym roku dość trudny wybór. Odrzućmy Helenę Bonham Carter, bo taką już ją widzieliśmy nie raz, zdecydujmy która z pań ma większe szanse z ekipy „Fightera” (Melissa Leo!), a potem odrzućmy też szanse tego filmu na Oscara w tej kategorii. Jeszcze parę miesięcy temu krzyczałbym, że statuetkę powinna bezapelacyjnie dostać Jacki Weaver, ale potem zobaczyłem „True Grit” i jestem pod wrażeniem tak dojrzałej kreacji małej Hailee Steinfeld – jak mamy przyznawać od czasu do czasu te nagrody dzieciom, to właśnie za takie role. Steinfeld poza tym wydaje się mieć duże szanse, Weaver przez globową porażkę trochę swoją straciła. Ale to chyba z triumfu tej ostatniej ucieszyłbym się odrobinę bardziej - „Animal Kingdom” łapie się u mnie na pewno do ścisłej czołówki filmów obejrzanych w minionym roku, a postać babci smurf to majstersztyk – te zimne sucze oczy śniły mi się po nocach.

Wielkie nazwiska spotykają się w tym roku w kategorii „Najlepsza reżyseria”, a tudno nie ukryć zdziwienia, że i tak jednego brakuje. Tak czy owak decydujące starcie odbędzie się między Aronofskym i Fincherem. Bracia Coen, choć zdecydowanie bardziej brani tu przeze mnie pod uwagę niż David O. Russel i Tom Hooper, nie wydają się mieć szans w staciu Facebooka z Czajkowskim. Ja stawiam na Finchera, który w tym roku pokazał, że jeśli ktoś potrafi, to autorskie kino zrobi z każdej historii i to nie za pomocą kuglarskich sztuczek i zabiegów. Aronofsky, choć „Black Swan” zdecydowanie mu się udał, jawi się jako reżyser, któremu powoli kończą się już pomysły.

W wyścigu o Oscara za scenariusz oryginalny wygra zapewne David Seidler za „King’s Speech”, choć duże szanse ma też Lisa Cholodenko i Stuart Blumberg („The Kids Are All Right”). Ciekawie by było, gdyby Akademia chciała popisać się oryginalnością i nagroda powędrowałą do Mike’a Leigh i jego „Another Year”, ale nie sądzę, żeby wielu jej członków naprawdę zrozumiało o co chodzi w tym filmie - to jest kraj dla starych ludzi. Jeśli chodzi o scenariusz adaptowany, to prawdopodobnie wygra Aaron Sorkin i jego „The Social Network” (i słusznie, bo odwalił niezłą robotę - podobno książka jest strasznie nudna), ale gdyby tylko ktoś upadł na głowę i wygrała wzruszająca historia z „Toy Story 3”…

Nawet jeśli Zabawek za scenariusz nikt nie doceni, to dam sobie uciąć lewą dłoń, że okaże się najlepszą animacją. Raczej nie stawiałbym na artystycznego „Iluzjonistę”, ani równie dobrego co przygody Woody’ego i Buzza „Jak wytresować smoka”. „Podwójne życie zabawek” statuetkę ma w kieszeni, nie ma zmiłuj.

Bardzo słabo przygotowany jestem do filmu zagranicznego, ale gdyby tylko Oscara mógł dostać w tym roku „Kieł”, to skakałbym pod sufit. Dawno żaden film nie zrobił z mojego mózgu takiej jajecznicy jak owe greckie „złe wychowanie”. Wygra jednak najprawdopodobniej „Biutiful”. Bo Inarritu. Bo Bardem.

Montaż to „The Social Network” za płynne przeskakiwanie między dwoma procesami i retrospekcją, choć znów dziwi brak nominacji dla „Incepcji” (za płynne przeskakiwanie między jawą, snem I, snem II i snem III). Ze zdjęciami już trudniej, ale przypuszczam, że wygra Libatique za „Czarnego Łabędzia”. Ewentualnie można stawiać na „Incepcję”, choć nie jest to wymarzona dla niej kategoria. Tym razem również nie wierzę w nagrodę dla braci Coen, a konkretnie dla Rogera Deakinsa i jego zdjęć do „True Grit”.

Oscar za muzykę powinien zdecydowanie powędrować do Trenta „Papieża Samobójców” Reznora i jego kompana Atticusa Rossa za „The Social Network”. Mówię „nie” Rahmanowi i „127 Godzinom”, bo to po trosze powtórka z rozrywki. Akademia nie powinna zrobić też błędu nagradzając Hansa Zimmera ani iść na kompromis doceniając Alexandre Desplata i „King’s Speech”. Co jak co, ale wycinek facebookowej historii nowożytnej został okraszony kompozycjami najciekawszymi i najbardziej oryginalnymi. Poza tym sytuacje, kiedy hollywoodzki mainstream łączy się z muzyczną alternatywą zawsze godne są wyróżnień. Oscar za montaż dźwięku należy się natomiast „TRON’owi”. Może sekwencje niepokojącego buczenia w „Incepcji” czy hamowania wielkich składów kolejowych w „Unstoppable” zrobiły na mnie wrażenie czy to w kinie miejskim czy domowym, ale to właśnie brzmienie „świata dysku” zostały w mojej głowie najdłużej po projekcji. Zresztą dajmy „Incepcji” Oscara za sound mixing i wszyscy wyjdziemy szczęśliwi.

Co zostało? Bardzo kiepsko w tym roku stoję z krótkimi metrażami, choć jeśli chodzi o animację stawiam na „The Gruffalo”. Pełnometrażowy dokument rozegra się prawdopodobnie między dwoma tytułami. Chciałbym żeby wygrało „Wejście przez sklep z pamiątkami”, bo choć nie podobał mi się do końca, to ciekaw jestem co na tę okazję przygotował mój wieloletni idol Banksy i czy naprawdę przyjdzie na ceremonię przebrany za małpę (ma na to oficjalne pozwolenie Akademii). Wygra natomiast najprawdopodobniej „Restrepo” – Amerykanie o wojnie mogą opowiadać i opowiadać, i choć pomysł na tę akurat historię jest całkiem nowatorski, to niestety twórcy znów nie uciekli przed niepotrzebnym patosem. Wiem, że wojna jest okrutna, ale spodziewałem się nieco więcej dystansu i humoru. Absurd jednej zjedzonej na szybko krowy to za mało.

Przed najważniejszą kategorią szybki rzut oka na kategorie pominięte. Efekty: „Incepcja”, bo co jak nie ona, Alicja? Come on! Charakteryzacja: nie mam pojęcia. Nie widziałem ani „Niepokonanych” ani „Barney’s Vision”, a „Wilkołaka” wspominam tak źle jak tylko się da, więc nie mam tu swoich faworytów. Kostiumy? „True Grit” – czy było w tym roku coś bardziej elektryzującego niż kostium niedźwiedzia? Piosenka! Czyż to nie ważna kategoria? Spokojnie, nie na Oscarach. Ale wskazać swoich faworytów zawsze warto. Po pierwsze: proszę, tylko nie Dido. To dość słaby numer (ten dziecięcy chórek!) i dobrze pokazuje klasyczny radiowy shit początku dekady. Gdybym musiał tego słuchać na repeacie z łapą przytrzaśniętą przez głaz, to też bym coś z tym zrobił. Piosenka z „Tangled” to lukier z cukrem, ciężkostrawny i zabójczy. Trochę lepiej przedstawia się numer z „Country Strong” śpiewany przez Gwyneth Paltrow, ale to też nic odkrywczego. I to zawodzenie hoooo-whooo-ooo-ooo, którym atakuje gdzieś po połowie! Może chciała pokazać mężowi, że też może, choć chroń nas Boże przed ich ewentualną współpracą. Zostańmy lepiej przy sprawdzonym patencie i dajmy statuetkę Randy’emu Newmanowi. Niby już kiedyś dostał Oscara za jedynkę, ale tak naprawdę co z tego? „We Belong Together” to jedyny numer, który na wyróżnienie zasługuje. Ale i tak pewnie wygra Dido.

Film roku, czyli to na co wszyscy czekają i potem i tak każdy ma swoje zdanie, szczególnie jeśli jest nominowanych 10 tytułów, co – jak ustaliliśmy rok temu – jest absurdalne. No ale lecimy. Oscara nie dostanie na pewno „Winter’s Bone” – zacny to film i przejmujący, choć – ustalmy to raz na zawsze – bardzo „sączący się” i gdyby nie dwie lub trzy genialne sceny, które naprawdę wstrząsają widzem, byłby trudny do obejrzenia. Nie stawiałbym też specjalnie na „The Fighter” – słusznie pomijany i niedoceniany, poniekąd będący powtórką z „Zapaśnika”. „Toy Story 3” też odpadnie w starciu z silniejszymi rywalami, choć jeśli jakikolwiek film animowany miałby kiedykolwiek zdeklasować normalne pełne metraże, to to jest chyba ten moment.

Zostaje siedmiu dość mocnych kandydatów. Tniemy brutalnie: nie dla „Incepcji” – bo obok są lepsze, bo to sci-fi i dlatego, że była zbyt ignorowana. Jeśli wygra, to zazdroszczę ludziom, którzy postawią na nią u bukmachera – mogą nieźle się wzbogacić. Nagroda dla „The Kids Are All Right” jest również mało prawdopodobna. Ciekawy to film, sympatyczny i poprawny politycznie, ale też pełen dziur i z bardzo słabym zakończeniem – chociażby ono na Oscara nie zasługuje. Poza tym w dalszym ciągu są obok silniejsi kandydaci.

„127 godzin” również nie wygra – coraz trudniej o argumenty, ale ustalmy, że po „Slumdogu” Boyle będzie musiał chwilę poczekać na swoją kolej, albo nakręcić coś dużo lepszego, a nie tylko w pewien sposób powielającego schematy. Ciężko uwierzyć też w wygraną „True Grit” – jeśli rok temu Coenowie nie dali rady z absolutnie mistrzowskim „Poważnym człowiekiem”, to konwencja groteskowego westernu również nie powinna przekonać członków-wybieraczy, mimo udziału w tym projekcie sympatycznej nieletniej, która zmiękcza serca.

Nie jest tak, że „The Social Network” zupełnie nie ma szans, ale sam nie wiem czy jest to film oscarowy, czy tylko bardzo dobrze zekranizowany popkulturalny fenomen, który za parę lat może już nie mieć racji bytu w historii kina, a prawie na pewno się zdezaktualizuje. Ostatecznie o statuetkę walczyć będą prawdopodobnie dwa filmy: narkotyczne i widowiskowe „Black Swan” zmierzy się z „The King’s Speech”, w małym kraju nad Wisłą nazywane „królewsko śmieszną komedią”. Możecie się śmiać, ale wydaje mi się, że to ten drugi film ma odrobinę większe szanse zostać wywołanym do tablicy za kilkanaście godzin w Kodak Theatre. Zobaczymy. Marzenia na przyszły rok? Zdecydowany faworyt. Królewsko by mnie to ucieszyło.

sobota, 19 lutego 2011

Radiohead "The King of Limbs": 8-Track Demo


Wygląda na to, że kolejny raz forma przyćmiła treść. Znów dostaliśmy płytę z zaskoczenia i mimo że tym razem przecież się tego spodziewaliśmy, to i tak nie obyło się bez kilkudniowej ekscytacji. Radiohead wie jak dawkować emocje, szkoda tylko, że większość z nich mija po pierwszym przesłuchaniu nowej płyty.

Mój serdeczny kolega powiedział mi kiedyś o swoim idolu: „Nawet jeśli Gahan wydałby płytę z serią pierdnięć i beknięć, to i tak podekscytowany przesłuchałbym ją wielokrotnie i zaczął analizować”. Tu jest trochę podobnie – bardzo sympatycznie i miło, że jest coś nowego, ale nazywanie tych 8 utworów nowym albumem to trochę jednak przesada. Mogliby zrobić tak jak Albarn – poudawać, że to ciekawostka nagrana w hotelu na iPadzie i wszyscy przybilibyśmy sobie piątkę. Teraz natomiast mam wrażenie, że wcinam pyszny kisiel za pomocą widelca. Niby coś pachnie, ale przelatuje i wraca do miski.

Otwierające „Bloom”, którego początek przypomniał mi motyw z legendarnego numeru MC Dipensa, to bardzo mechaniczny i zapętlony utwór bez żadnego właściwie momentu szczytowego. Ci, którzy już nie łyknęli „Kid A”, z rozrzewnieniem wspominają „The Bends” i co jakiś czas mają nadzieję na powrót ich ulubionego zespołu, kiedy ten kusi ich takimi kawałkami jak np. „Bodysnatchers”, powinni po „Bloom” o „Radiogłowych” zapomnieć. Cała reszta niech lepiej na te 5 minut wróci do solowej płyty Yorke’a.

„Masz niezły tupet, żeby tu przychodzić”, rzuca agresywnie Yorke na początku „Dzień dobry, panie sroko”. Jest dużo ciekawiej niż w poprzednim numerze, choć dalej nie odkrywczo. Ale raz, że zbudowane jest toto na gitarach, a dwa, że bas chodzi jak marzenie. No i wreszcie coś się dzieje, ale po co aż 4:40 i te odgłosy ptaszarni na koniec, które przecież jeszcze tu wrócą?

„Little by Little” to nie Oasis pamięci żałobny rapsod, ale autopowtórka z rozrywki pt. „I might be wrong 2”. Całkiem przyjemny utwór, dopóki nie puścicie sobie jego protoplasty.

Znów lekkie zdziwienie, że coś tak remixowego i mglistego jak „Feral” zafunkcjonowało jako 12.5% nowej płyty Radiohead. Dobry to numer, dubstepowy nawet, choć potrzeba czegoś więcej niż połamanych rytmów, żeby zadziała się magia (patrz następny).

„Lotus Flower” poznaliśmy odrobinkę wcześniej – zanim zespół uraczył nas płytą, pokazał teledysk. Jeśli tańczyliście kiedykolwiek do „Idioteque”, to potańczycie i teraz – Thom na przykład giba się jak marzenie. Ale oprócz energii, zawsze bujających handclapów, trzecio i czwartoplanowej głębi jest też ciekawa wokaliza. Jeden z dwóch albo trzech „trzeba przesłuchać” na tej płycie.

10 lat temu Thom wskakiwał do rzeki, teraz daje nura w jezioro, a podkład pozostaje podobny. Pianino miarowo gra zapętlony motyw, śpiewają wieloryby, tylko patrzeć jak powstanie animowany teledysk o podwodnej podróży – tym razem może w 3D. Zaletą „Pyramid Song” był pewien niepokój, „Codex” natomiast jest nieznośnie chilloutowy, do tego niepokoi mnie jego stadionowy potencjał. Plus znów zabawa „rozpoznajemy gatunki ptaków ozdobnych”.

Wielogłosowe „Give Up The Ghost” nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia – mam podobne odczucie jak przy „House of Cards” – zbyt dopieszczone, a przez to nudne. Zdecydowanie lepszy jest wieńczący całość „Separator” - dość konkretny jak „Lotus Flower” i z ciekawymi sennymi wokalami (i równie sennym tekstem). Bardzo dobra robota Colina, ale doznawać można dopiero kiedy w 2:32 wchodzą gitary.

Chciałbym, żeby mottem „The King of Limbs” były zapętlone słowa z „Separatora”: „If you think this is over/ Then you’re wrong”. Miło by było, gdyby za tydzień Radiohead podrzucili nam jeszcze trochę nieco lepszego materiału. Wydaje mi się jednak, że sprawcy najpierw muzycznej, a potem fonograficznej rewolucji wyznają teraz zasadę „nie ważne co wydajesz – ważne, że z zaskoczenia - ważne, że nowe”. To chyba resztki megalomanii na którą mogą sobie pozwolić. Teraz zapewne większość z nas przymknie z pobłażaniem oko na ten średniawy album, ale przed przygotowaniem następnej niespodzianki Radiohead muszą się naprawdę postarać.

http://thekingoflimbs.com/