<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725</id><updated>2011-12-02T06:07:02.164+01:00</updated><category term='Muzyka'/><category term='Film'/><category term='Książka'/><category term='Podsumowania'/><category term='Definicja Coldaim'/><title type='text'>coldaim</title><subtitle type='html'>muzyka, film, książka, recenzje</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>coldaim</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06878949127551034557</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>143</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-9002050965064718007</id><published>2011-05-19T17:12:00.006+02:00</published><updated>2011-05-19T17:47:08.646+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Edyta Bartosiewicz "Witaj w moim świecie": Gorsze dnie Edyty B.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;iframe src="http://www.youtube.com/embed/9N8blMba83A" allowfullscreen="" frameborder="0" height="390" width="480"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Edyta Bartosiewicz swoją kolejną płytę zapowiadała prawie tak długo jak Gunsi. W 2002 roku miała być już zaraz – poszedł singiel, teledysk, BMG nawet opłaciło jej studio. Ale potem gościnne występy na 10-lecie tego i 45-lecie tamtego, współpraca z Krawczykiem i inne chałtury. Rok temu znów na spowiedzi u Metza obiecywała, że „Tam, dokąd zmierzasz” ukaże się za rok. Nie wiem czy Edyta wie dokąd zmierza i czy przekładanie terminu to zwykłe obiecanki-Czeczenki, ale dziewczyna mogłaby coś wreszcie wydać i wyjść z mrocznego miejsca, w którym podobno się znajduje. Nie tylko dlatego, że każdy sobie podśpiewuje bez obciachu „Jenny” kiedy poleci w zetce czy innej esce, albo tak jak ja po kilku piwach zaczyna śpiewać „Ostatniego” czekając na wers „w salonie wśród ciepłych świec już nigdy nie zbudzisz mnie” i za każdym razem niemiłosiernie w nim fałszując. Także dlatego, że komu jak komu, ale takiej gwieździe polskiego rocka jak ona wydać płytę w tym kraju, która na dodatek ma gwarantowane kilka tygodni na szczycie listy OLIS-u jest niezmiernie prosto. Przynajmniej pozornie, bo odkąd sięgam pamięcią z Edytą zawsze było coś nie tak.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Oto jest, nowy, pierwszy od 9 lat solowy singiel Bartosiewicz. Niby na ścieżkę dźwiękową filmu o Kubusiu Puchatku, ale to wcale nie główny zarzut. Stara czołówka do serialu z wysublimowanym wersem „ramboli bamboli na dąb łasować miód”, którą śpiewał Władysław Grzywna to przecież było coś. Można? Można. Ale nie nastawiajcie się zbytnio – Edyta chyba nie do końca zrozumiała koncept cyklu, a        i numer to trochę nijaki. Na odradzanie się z popiołów raczej bym nie liczył.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zaczyna się i od razu masz wrażenie, że Edyta drepcze po swoich własnych śladach niemal tak samo jak niegdyś robili to Kubuś z Prosiaczkiem. Najbardziej rżnie z „Zegara”, ale to może być tak naprawdę jej każdy numer i zarazem żaden. Naprawdę bardzo słaba to mruczanka. Poza tym to ma być piosenka dla dzieci? Spike Jonze musiał przemontować „Where the Wild Things Are”, Bartosiewicz tez ktoś mógłby szepnąć słówko, że powinno być trochę mniej depresyjnie i sennie. Rozumiem, że muzyka to terapia, ale co milusińskich obchodzą autobiograficzne wątki niezdarnie ukryte pod warstwą słabego tekstu? „Gdy nadejdą gorsze dni razem łatwiej je przetrzymać” – śpiewa artystka, a nam stają przed oczami godziny terapii, lęków, wycieczki do nocnego i kilka miłosnych zawodów. Kiedyś Kubuś Puchatek zachęcał do wyjścia z domu, a teraz Edyta Bartosiewicz zaszyta w swojej melinie zmęczonym głosem błaga o pomoc. Edyta! Nie strasz dzieci. Chyba że ja nic nie wiem i nowa kinowa wersja opowieści o Puchatku to memuary Kłapouchego. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-9002050965064718007?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/9002050965064718007/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2011/05/edyta-bartosiewicz-witaj-w-moim-swiecie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/9002050965064718007'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/9002050965064718007'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2011/05/edyta-bartosiewicz-witaj-w-moim-swiecie.html' title='Edyta Bartosiewicz &quot;Witaj w moim świecie&quot;: Gorsze dnie Edyty B.'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://img.youtube.com/vi/9N8blMba83A/default.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-7462338576317850307</id><published>2011-02-27T13:33:00.012+01:00</published><updated>2011-02-28T13:18:28.385+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Film'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Podsumowania'/><title type='text'>Oscary '11: Łabędź królewski i inne spekulacje</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-GOTrH4LJHpQ/TWpHPuDgwDI/AAAAAAAAAaY/zylNYQHa3Y0/s1600/oscar.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 195px; height: 253px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-GOTrH4LJHpQ/TWpHPuDgwDI/AAAAAAAAAaY/zylNYQHa3Y0/s200/oscar.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5578349423838150706" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wszyscy gotowi? Można zaczynać? Za kilkanaście godzin w Kodak Theatre rozpocznie się oscarowa gala, na której James Franco i Anne Hathaway przerzucać się będą dowcipami. Będzie śmiesznie? Oby. Widowiskowo? Na pewno. Satysfakcjonująco? Nigdy nie jest. Ale obejrzeć trzeba.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Duże szanse na Oscara za najlepszą rolę męską miałby Jeff Bridges, gdyby tylko statuetki za rolę kowboja nie dostał rok temu. Wygra natomiast zasłużenie wielki zeszłoroczny przegrany Colin Firth. Rola jąkały w „King’s Speech” to chyba najmocniejsze tegoroczne wystąpienie (co ważne nagrodzone już Złotym Globem). Taki np. Jessie Eisenberg ładnie zarysował postać Marka Zuckerberga, ale konia z rzędem temu, kto prześledził wypowiedzi prawdziwego Pana Facebooka na youtube i potrafi powiedzieć, że Eisenberg nie gra tego samego neurotyka co zwykle. W sprawie Javiera Bardema się nie wypowiadam, nie widziałem, natomiast James Franco niech lepiej się zajmie ceremonią a nie nastawia na nagrodę za rolę faceta, który – UWAGA SPOILER! - obcina sobie rękę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Pierwszoplanowa rola kobieca wpadnie prawie na pewno Portman za „Black Swan”. Nie jestem raczej z frontu forsującego kandydaturę Bening. Tak, w „The Kids Are All Right” zdecydowanie bardziej błyszczy ona niż słusznie pominięta tu Moore, ale i tak Natalie wyprzedza obie panie o głowę swoją rolą, na którą czekała przecież wiele lat. Poza tym tak pięknie wygląda w ciąży – wiele osób na pewno chce zobaczyć jak za statuetkę podziękują jej hormony. Pozostałe kandydatki? Kidman niestrawna, Williams powtarza schematy, a Lawrance jest za mało znana, żeby za zwykłe zacietrzewienie od razu dać jej statuetkę. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Oscara za drugoplanową rolę męską prawie na pewno zgarnie Bale – znów balansuje na granicy, a jego rola w „Fighterze” to chyba jedyna rzecz, dla której warto zobaczyć ten film. A może jednak nie powinno tak być, że nagradzamy cyrkowe sztuczki, metamorfozy i niedojadanie. Bo jeśli nagradzać aktorski kunszt i klasę, to tylko Geoffrey Rush. Reszta pokazała za mało.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Drugoplanowa rola kobieca to w tym roku dość trudny wybór. Odrzućmy Helenę Bonham Carter, bo taką już ją widzieliśmy nie raz, zdecydujmy która z pań ma większe szanse z ekipy „Fightera” (Melissa Leo!), a potem odrzućmy też szanse tego filmu na Oscara w tej kategorii. Jeszcze parę miesięcy temu krzyczałbym, że statuetkę powinna bezapelacyjnie dostać Jacki Weaver, ale potem zobaczyłem „True Grit” i jestem pod wrażeniem tak dojrzałej kreacji małej Hailee Steinfeld – jak mamy przyznawać od czasu do czasu te nagrody dzieciom, to właśnie za takie role. Steinfeld poza tym wydaje się mieć duże szanse, Weaver przez globową porażkę trochę swoją straciła. Ale to chyba z triumfu tej ostatniej ucieszyłbym się odrobinę bardziej - „Animal Kingdom” łapie się u mnie na pewno do ścisłej czołówki filmów obejrzanych w minionym roku, a postać babci smurf to majstersztyk – te zimne sucze oczy śniły mi się po nocach.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wielkie nazwiska spotykają się w tym roku w kategorii „Najlepsza reżyseria”, a tudno nie ukryć zdziwienia, że i tak jednego brakuje. Tak czy owak decydujące starcie odbędzie się między Aronofskym i Fincherem. Bracia Coen, choć zdecydowanie bardziej brani tu przeze mnie pod uwagę niż David O. Russel i Tom Hooper, nie wydają się mieć szans w staciu Facebooka z Czajkowskim. Ja stawiam na Finchera, który w tym roku pokazał, że jeśli ktoś potrafi, to autorskie kino zrobi z każdej historii i to nie za pomocą kuglarskich sztuczek i zabiegów. Aronofsky, choć „Black Swan” zdecydowanie mu się udał, jawi się jako reżyser, któremu powoli kończą się już pomysły.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W wyścigu o Oscara za scenariusz oryginalny wygra zapewne David Seidler za „King’s Speech”, choć duże szanse ma też Lisa Cholodenko i Stuart Blumberg („The Kids Are All Right”). Ciekawie by było, gdyby Akademia chciała popisać się oryginalnością i nagroda powędrowałą do Mike’a Leigh i jego „Another Year”, ale nie sądzę, żeby wielu jej członków naprawdę zrozumiało o co chodzi w tym filmie -  to jest kraj dla starych ludzi.  Jeśli chodzi o scenariusz adaptowany, to prawdopodobnie wygra Aaron Sorkin i jego „The Social Network” (i słusznie, bo odwalił niezłą robotę - podobno książka jest strasznie nudna), ale gdyby tylko ktoś upadł na głowę i wygrała wzruszająca historia z „Toy Story 3”…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nawet jeśli Zabawek za scenariusz nikt nie doceni, to dam sobie uciąć lewą dłoń, że okaże się najlepszą animacją. Raczej nie stawiałbym na artystycznego „Iluzjonistę”, ani równie dobrego co przygody Woody’ego i Buzza „Jak wytresować smoka”. „Podwójne życie zabawek” statuetkę ma w kieszeni, nie ma zmiłuj.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Bardzo słabo przygotowany jestem do filmu zagranicznego, ale gdyby tylko Oscara mógł dostać w tym roku „Kieł”, to skakałbym pod sufit. Dawno żaden film nie zrobił z mojego mózgu takiej jajecznicy jak owe greckie „złe wychowanie”. Wygra jednak najprawdopodobniej „Biutiful”. Bo Inarritu. Bo Bardem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Montaż to „The Social Network” za płynne przeskakiwanie między dwoma procesami i retrospekcją, choć znów dziwi brak nominacji dla „Incepcji” (za płynne przeskakiwanie między jawą, snem I, snem II i snem III). Ze zdjęciami już trudniej, ale przypuszczam, że wygra Libatique za „Czarnego Łabędzia”. Ewentualnie można stawiać na „Incepcję”, choć nie jest to wymarzona dla niej kategoria. Tym razem również nie wierzę w nagrodę dla braci Coen, a konkretnie dla Rogera Deakinsa i jego zdjęć do „True Grit”.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Oscar za muzykę powinien zdecydowanie powędrować do Trenta „Papieża Samobójców” Reznora i jego kompana Atticusa Rossa za „The Social Network”. Mówię „nie” Rahmanowi i „127 Godzinom”, bo to po trosze powtórka z rozrywki. Akademia nie powinna zrobić też błędu nagradzając Hansa Zimmera ani iść na kompromis doceniając Alexandre Desplata i „King’s Speech”. Co jak co, ale wycinek facebookowej historii nowożytnej został okraszony kompozycjami najciekawszymi i najbardziej oryginalnymi. Poza tym sytuacje, kiedy hollywoodzki mainstream łączy się z muzyczną alternatywą zawsze godne są wyróżnień. Oscar za montaż dźwięku należy się natomiast „TRON’owi”. Może sekwencje niepokojącego buczenia w „Incepcji” czy hamowania wielkich składów kolejowych  w „Unstoppable” zrobiły na mnie wrażenie czy to w kinie miejskim czy domowym, ale to właśnie brzmienie „świata dysku” zostały w mojej głowie najdłużej po projekcji. Zresztą dajmy „Incepcji” Oscara za sound mixing i wszyscy wyjdziemy szczęśliwi. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Co zostało? Bardzo kiepsko w tym roku stoję z krótkimi metrażami, choć jeśli chodzi o animację stawiam na „The Gruffalo”. Pełnometrażowy dokument rozegra się prawdopodobnie między dwoma tytułami. Chciałbym żeby wygrało „Wejście przez sklep z pamiątkami”, bo choć nie podobał mi się do końca, to ciekaw jestem co na tę okazję przygotował mój wieloletni idol Banksy i czy naprawdę przyjdzie na ceremonię przebrany za małpę (ma na to oficjalne pozwolenie Akademii). Wygra natomiast najprawdopodobniej „Restrepo” – Amerykanie o wojnie mogą opowiadać i opowiadać, i choć pomysł na tę akurat historię jest całkiem nowatorski, to niestety twórcy znów nie uciekli przed niepotrzebnym patosem. Wiem, że wojna jest okrutna, ale spodziewałem się nieco więcej dystansu i humoru. Absurd jednej zjedzonej na szybko krowy to za mało.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Przed najważniejszą kategorią szybki rzut oka na kategorie pominięte. Efekty: „Incepcja”, bo co jak nie ona, Alicja? Come on! Charakteryzacja: nie mam pojęcia. Nie widziałem ani „Niepokonanych” ani „Barney’s Vision”, a „Wilkołaka” wspominam tak źle jak tylko się da, więc nie mam tu swoich faworytów. Kostiumy? „True Grit” – czy było w tym roku coś bardziej elektryzującego niż kostium niedźwiedzia? Piosenka! Czyż to nie ważna kategoria? Spokojnie, nie na Oscarach. Ale wskazać swoich faworytów zawsze warto. Po pierwsze: proszę, tylko nie Dido. To dość słaby numer (ten dziecięcy chórek!) i dobrze pokazuje klasyczny radiowy shit początku dekady. Gdybym musiał tego słuchać na repeacie z łapą przytrzaśniętą przez głaz, to też bym coś z tym zrobił. Piosenka z „Tangled” to lukier z cukrem, ciężkostrawny i zabójczy. Trochę lepiej przedstawia się numer z „Country Strong” śpiewany przez Gwyneth Paltrow, ale to też nic odkrywczego. I to zawodzenie hoooo-whooo-ooo-ooo, którym atakuje gdzieś po połowie! Może chciała pokazać mężowi, że też może, choć chroń nas Boże przed ich ewentualną współpracą. Zostańmy lepiej przy sprawdzonym patencie i dajmy statuetkę Randy’emu Newmanowi. Niby już kiedyś dostał Oscara za jedynkę, ale tak naprawdę co z tego? „We Belong Together” to jedyny numer, który na wyróżnienie zasługuje. Ale i tak pewnie wygra Dido.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Film roku, czyli to na co wszyscy czekają i potem i tak każdy ma swoje zdanie, szczególnie jeśli jest nominowanych 10 tytułów, co – jak ustaliliśmy rok temu – jest absurdalne. No ale lecimy. Oscara nie dostanie na pewno „Winter’s Bone” – zacny to film i przejmujący, choć – ustalmy to raz na zawsze – bardzo „sączący się” i gdyby nie dwie lub trzy genialne sceny, które naprawdę wstrząsają widzem, byłby trudny do obejrzenia. Nie stawiałbym też specjalnie na „The Fighter” – słusznie pomijany i niedoceniany, poniekąd będący powtórką z „Zapaśnika”. „Toy Story 3” też odpadnie w starciu z silniejszymi rywalami, choć jeśli jakikolwiek film animowany miałby kiedykolwiek zdeklasować normalne pełne metraże, to to jest chyba ten moment. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zostaje siedmiu dość mocnych kandydatów. Tniemy brutalnie: nie dla „Incepcji” – bo obok są lepsze, bo to sci-fi i dlatego, że była zbyt ignorowana. Jeśli wygra, to zazdroszczę ludziom, którzy postawią na nią u bukmachera – mogą nieźle się wzbogacić. Nagroda dla „The Kids Are All Right” jest również mało prawdopodobna. Ciekawy to film, sympatyczny i poprawny politycznie, ale też pełen dziur i z bardzo słabym zakończeniem – chociażby ono na Oscara nie zasługuje. Poza tym w dalszym ciągu są obok silniejsi kandydaci. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„127 godzin” również nie wygra – coraz trudniej o argumenty, ale ustalmy, że po „Slumdogu” Boyle będzie musiał chwilę poczekać na swoją kolej, albo nakręcić coś dużo lepszego, a nie tylko w pewien sposób powielającego schematy. Ciężko uwierzyć też w wygraną „True Grit” – jeśli rok temu Coenowie nie dali rady z absolutnie mistrzowskim „Poważnym człowiekiem”, to konwencja groteskowego westernu również nie powinna przekonać członków-wybieraczy, mimo udziału w tym projekcie sympatycznej nieletniej, która zmiękcza serca. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie jest tak, że „The Social Network” zupełnie nie ma szans, ale sam nie wiem czy jest to film oscarowy, czy tylko bardzo dobrze zekranizowany popkulturalny fenomen, który za parę lat może już nie mieć racji bytu w historii kina, a prawie na pewno się zdezaktualizuje. Ostatecznie o statuetkę walczyć będą prawdopodobnie dwa filmy: narkotyczne i widowiskowe „Black Swan” zmierzy się z „The King’s Speech”, w małym kraju nad Wisłą nazywane „królewsko śmieszną komedią”. Możecie się śmiać, ale wydaje mi się, że to ten drugi film ma odrobinę większe szanse zostać wywołanym do tablicy za kilkanaście godzin w Kodak Theatre. Zobaczymy. Marzenia na przyszły rok? Zdecydowany faworyt. Królewsko by mnie to ucieszyło.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-7462338576317850307?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/7462338576317850307/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2011/02/oscary-11-abedz-krolewski-i-inne.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/7462338576317850307'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/7462338576317850307'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2011/02/oscary-11-abedz-krolewski-i-inne.html' title='Oscary &apos;11: Łabędź królewski i inne spekulacje'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-GOTrH4LJHpQ/TWpHPuDgwDI/AAAAAAAAAaY/zylNYQHa3Y0/s72-c/oscar.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-6162902112942372826</id><published>2011-02-19T22:53:00.011+01:00</published><updated>2011-02-20T00:58:21.654+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Radiohead "The King of Limbs": 8-Track Demo</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/2/24/The_king_of_limbs.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 212px; height: 194px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/2/24/The_king_of_limbs.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wygląda na to, że kolejny raz forma przyćmiła treść. Znów dostaliśmy płytę z zaskoczenia i mimo że tym razem przecież się tego spodziewaliśmy, to i tak nie obyło się bez kilkudniowej ekscytacji. Radiohead wie jak dawkować emocje, szkoda tylko, że większość z nich mija po pierwszym przesłuchaniu nowej płyty. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mój serdeczny kolega powiedział mi kiedyś o swoim idolu: „Nawet jeśli Gahan wydałby płytę z serią pierdnięć i beknięć, to i tak podekscytowany przesłuchałbym ją wielokrotnie i zaczął analizować”.   Tu jest trochę podobnie – bardzo sympatycznie i miło, że jest coś nowego, ale nazywanie tych 8 utworów nowym albumem to trochę jednak przesada. Mogliby zrobić tak jak Albarn – poudawać, że to ciekawostka nagrana w hotelu na iPadzie i wszyscy przybilibyśmy sobie piątkę.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; Teraz natomiast mam wrażenie, że wcinam pyszny kisiel za pomocą widelca. Niby coś pachnie, ale przelatuje i wraca do miski.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Otwierające „Bloom”, którego początek przypomniał mi motyw z legendarnego &lt;a href="http://mp3.wp.pl/p/twoja/dedykacja/91028.html"&gt;numeru MC Dipensa&lt;/a&gt;, to bardzo mechaniczny i zapętlony utwór bez żadnego właściwie momentu szczytowego. Ci, którzy już nie łyknęli „Kid A”, z rozrzewnieniem wspominają „The Bends” i co jakiś czas mają nadzieję na powrót ich ulubionego zespołu, kiedy ten kusi ich takimi kawałkami jak np. „Bodysnatchers”, powinni po „Bloom” o „Radiogłowych” zapomnieć. Cała reszta niech lepiej na te 5 minut wróci do solowej płyty Yorke’a.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Masz niezły tupet, żeby tu przychodzić”, rzuca agresywnie Yorke na początku „Dzień dobry, panie sroko”. Jest dużo ciekawiej niż w poprzednim numerze, choć dalej nie odkrywczo. Ale raz, że zbudowane jest toto na gitarach, a dwa, że bas chodzi jak marzenie. No i wreszcie coś się dzieje, ale po co aż 4:40 i te odgłosy ptaszarni na koniec, które przecież jeszcze tu wrócą?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Little by Little” to nie Oasis pamięci żałobny rapsod, ale autopowtórka z rozrywki pt. „I might be wrong 2”. Całkiem przyjemny utwór, dopóki nie puścicie sobie jego protoplasty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Znów lekkie zdziwienie, że coś tak remixowego i mglistego jak „Feral” zafunkcjonowało jako 12.5% nowej płyty Radiohead. Dobry to numer, dubstepowy nawet, choć potrzeba czegoś więcej niż połamanych rytmów, żeby zadziała się magia (patrz następny).&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Lotus Flower” poznaliśmy odrobinkę wcześniej – zanim zespół uraczył nas płytą, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=cfOa1a8hYP8"&gt;pokazał teledysk.&lt;/a&gt; Jeśli tańczyliście kiedykolwiek do „Idioteque”, to potańczycie i teraz – Thom na przykład giba się jak marzenie. Ale oprócz energii, zawsze bujających handclapów, trzecio i czwartoplanowej głębi jest też ciekawa wokaliza. Jeden z dwóch albo trzech „trzeba przesłuchać” na tej płycie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;10 lat temu Thom wskakiwał do rzeki, teraz daje nura w jezioro, a podkład pozostaje podobny. Pianino miarowo gra zapętlony motyw, śpiewają wieloryby, tylko patrzeć jak powstanie animowany teledysk o podwodnej podróży – tym razem może w 3D. Zaletą „Pyramid Song” był pewien niepokój, „Codex” natomiast jest nieznośnie chilloutowy, do tego niepokoi mnie jego stadionowy potencjał. Plus znów zabawa „rozpoznajemy gatunki ptaków ozdobnych”.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wielogłosowe „Give Up The Ghost” nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia – mam podobne odczucie jak przy „House of Cards” – zbyt dopieszczone, a przez to nudne. Zdecydowanie lepszy jest wieńczący całość „Separator” -  dość konkretny &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;jak „Lotus Flower” &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;i z ciekawymi sennymi wokalami (i równie sennym tekstem). Bardzo dobra robota Colina, ale doznawać można dopiero kiedy w 2:32 wchodzą gitary.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Chciałbym, żeby mottem „The King of Limbs” były zapętlone słowa z „Separatora”: „If you think this is over/ Then you’re wrong”. Miło by było, gdyby za tydzień Radiohead podrzucili nam jeszcze trochę nieco lepszego materiału. Wydaje mi się jednak, że sprawcy najpierw muzycznej, a potem fonograficznej rewolucji wyznają teraz zasadę „nie ważne co wydajesz – ważne, że z zaskoczenia - ważne, że nowe”. To chyba resztki megalomanii na którą mogą sobie pozwolić. Teraz zapewne większość z nas przymknie z pobłażaniem oko na ten średniawy album, ale przed przygotowaniem następnej niespodzianki Radiohead muszą się naprawdę postarać.  &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://thekingoflimbs.com/"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;http://thekingoflimbs.com/&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-6162902112942372826?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/6162902112942372826/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2011/02/radiohead-king-of-limbs-8-track-demo.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6162902112942372826'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6162902112942372826'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2011/02/radiohead-king-of-limbs-8-track-demo.html' title='Radiohead &quot;The King of Limbs&quot;: 8-Track Demo'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-7506252120885637867</id><published>2011-01-16T21:22:00.021+01:00</published><updated>2011-01-16T23:02:33.762+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Podsumowania'/><title type='text'>Rok w singlach: 2010</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNcXVwERbI/AAAAAAAAAZo/uGjSi0DlsWs/s1600/single2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 298px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNcXVwERbI/AAAAAAAAAZo/uGjSi0DlsWs/s400/single2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562891520778192306" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Przed tworzenie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;m&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; podsumowania&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, stwierdziliśmy, że nie słuchamy już tak dużo pojedyńczych piosenek jak dawniej. Klipy wyszły już&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; z mod&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;y, a&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; zresztą po 5 mi&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;nutach się nudzą. Na imprezach jakieś sprawdzone szlagiery, bez zbędnych emo&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;cji. Nikt &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;nie ma już czasu, żeby częstować każdego nowym kawałkiem ulubionej kapeli, wysyłając &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;go na gadulcu. W tym roku, dostałem może dwa linki. Jeden to jakiś wymyślny clip Gagi, a drugi Biebera, więc raczej krucho. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Moż&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;e coraz mniej czasu na wyłapywanie kolejnych perełek. No, ale jakoś się udało. Przed wami 20 manieczek, których słuchaliśmy najwięcej i z wypiekami na twarzy. Znalazły się tu także piosenki, które nie wyszły w tradycyjnym formacie singla, ale były dla nas ważne. Smacznego!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;20. The Drums „Book &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;of Stories”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLnFhpHWsI/AAAAAAAAATw/ahMbGVyNN_w/s1600/The-Drums-album-artwork.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLnFhpHWsI/AAAAAAAAATw/ahMbGVyNN_w/s200/The-Drums-album-artwork.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562762571872164546" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mimo&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, że cała płyta okazała się trochę monotonna, nie przetrwała próby czasu i pod koniec wakacji ju&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ż &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;o niej nie pa&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;miętałem, to ten numer ciągle wraca w mojej głowie. Wszystko pewni&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;e dzięki temu wspaniałemu dekadenckiemu refrenowi, który tak ładnie wpasowuje się w co drugą&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; ż&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;yciową sytuację. Znó&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;w wszystko poszło nie tak? Przeżyj to jeszcze raz! „I thought&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; my life would get easier/ Instead its getting harder, instead it's getting ha&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;rder". (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="480"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/9PTGZk1Tkw0?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/9PTGZk1Tkw0?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="480"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;19. The Black Keys “Tighten Up”&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLncXBfBMI/AAAAAAAAAT4/HTsePu9D94w/s1600/black%2Bkeys%2B-toghten.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 102px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLncXBfBMI/AAAAAAAAAT4/HTsePu9D94w/s200/black%2Bkeys%2B-toghten.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562762964158579906" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Sympatyczne pogwizdywanie, świetny śpiew Auerbacha, kilka momentów powrotu do korzeni i kapitalne brzmienie solówki. A także zupełnie dla mnie niezrozumi&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ałe ucięcie taktu i wejście wokalu w &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;1:27.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; Fascynuje mnie to i drażni zarazem. Może nie tak jak w nierytmic&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;z&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;nych tegorocznych wejściach Muńka w &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=bb4rqiIJ2WU"&gt;kuriozalnym numerze&lt;/a&gt; z Anną Marią, ale zawsze. Wszystko ratuje teledysk-cudeńko. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/mpaPBCBjSVc?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/mpaPBCBjSVc?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;18. Sufjan Stevens „Too Much”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLpDC8J-vI/AAAAAAAAAUA/87EQBNCARUY/s1600/sufjan-stevens-age-of-adz.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLpDC8J-vI/AAAAAAAAAUA/87EQBNCARUY/s200/sufjan-stevens-age-of-adz.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562764728294046450" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To jakby esencja tej &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;płyty, kawałek mocno-śmietnikowy, ale jak się trochę skupimy, to zamias&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;t dostrzegać ba&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ł&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;agan dostrzeżemy skomplikowane i zawiłe animalowe warstwy. Sufjan wycina i klei z p&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ełn&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ym zaangażowaniem i przy okazji wyczuciem. Każdy dzwonek czy piśnię&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;cie, każdy trzask i świst, pętla czy trąba jest tu po coś, wszystko do czegoś dąży. Nawet jeśli wydaje nam się, że tu trochę przesadził, to zaraz wynurzą się jakieś smyki czy &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;chóralne zaśpiewy, a potem wejdzie On i już wiemy, że jesteśmy w domu, bo p&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;rzez 5 lat tak naprawdę nic się nie zmieniło. No d&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;obra, może trochę forma, ale treść pozostaje ta s&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ama. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/OLyq0xlAa-Y?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/OLyq0xlAa-Y?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;17. Sade „Soldier of Love”&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLpe1fliMI/AAAAAAAAAUI/H8fle6Gh4xs/s1600/Sade_Soldier_of_Love_cover_1.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLpe1fliMI/AAAAAAAAAUI/H8fle6Gh4xs/s200/Sade_Soldier_of_Love_cover_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562765205720893634" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kiedy pierwszy &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;raz usłyszałem „wojaka miłości”, w mojej głowie narodziła się fantazja o wielkim powro&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;cie tej Pani. Widziałem, jak zmiata wszystkie gwiazdki r’n’b z powierzchni ziemi pokazując gd&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;zie ich miejsce. Świadczyła o tym nie tylko moc tego kawałka, ale także tekst traktujący o ciężkiej walce na polu bitwy. Trąbka, skrzypki, perkusja wybijają żołnierski rytm. W wojsku nie ma &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;żartów. Mimo wygranej bitwy, Sade przegrała wojnę wydając długo oczekiwany LP. Nie takiego albumu spodziewaliśmy się od słynnej Nigeryjki. (phil)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;object height="385" width="480"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/T2T7RCuIU14?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/T2T7RCuIU14?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="480"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;16. Joanna Newsom "Good Intentions Paving Company”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLqRocNLSI/AAAAAAAAAUQ/CzqAgfUjurc/s1600/joannacov452.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLqRocNLSI/AAAAAAAAAUQ/CzqAgfUjurc/s200/joannacov452.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562766078390381858" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Najbar&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;dziej singlo&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wy&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, nieoczekiwany, piosenkowy i nieprzewidywalny numer na tej długiej jak ostatnia cześć&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; „Zm&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;rzchu” płycie. Bardzo feistowy, w którym Joanna przez większość czasu odrzuca&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; nostalgię i przywdziewa uśmiech, koncentrując się na dobrej zabawie. Bywa jak zawsze podniośle i dworsko, ale jest też countrowo, jazzowa perkusja rusza ws&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;zystko do przodu, a chórki &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;rozczulają. „Stars are just beginning to appear/And I have neve&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;r in my life before been here” – śpiewa w pierwszej zwrotce Joanna i ma rację – taki kaw&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ałek to dla niej zupełna nowość. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="480"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/STwVx6ynYjk?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/STwVx6ynYjk?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="480"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;15. Rihanna “Rude Boy”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLqxu9jwnI/AAAAAAAAAUY/tku2nun2ZEs/s1600/Rihanna-Rude-Boy-Cover.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLqxu9jwnI/AAAAAAAAAUY/tku2nun2ZEs/s200/Rihanna-Rude-Boy-Cover.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562766629896700530" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wydaję mi się, że Rihanna mimo wielu starań pozostaje w cieniu mainstreamowych diw. Żal mi jej. Kawałe&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;k tłuczony był przez większość supermarketów w Polsce, nie wiem jednak c&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;zy każdy z kolejki po &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;mięso w Biedronce świadomy był doskonałości tego tracka. Wprawdzie znalazł się on jeszcze na „Rated R” z 2009 roku, ale swoją glorię i chwałę przeżywał już w 2010. Rihanna wpatrzona jest tutaj w MIA. Nie tylko afro-clip, ale także repetycja słów w m&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ostku i w refrenie świadczy o&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; manierze Mathangi Arulpragasam. Wyszło jej to na dobre. (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/e82VE8UtW8A?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/e82VE8UtW8A?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;14. Ellie Goulding "Starry Eyed"&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLrMn3L3wI/AAAAAAAAAUg/yuZVUFRnFx8/s1600/single_ellie_goulding_starry_eyed.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLrMn3L3wI/AAAAAAAAAUg/yuZVUFRnFx8/s200/single_ellie_goulding_starry_eyed.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562767091847388930" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kolejna panna na wydaniu ze sceny brytyjskiej. Taka żeby tam przetr&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wać musi mieć naprawdę dobry głos&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; i co najmniej dwie niezłe piosenki. Zewsząd Mariny, Florence’y i Kasie Nash. Życie je&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;st ciężkie. W całości album Goulding jest nie do przełknięcia, ale kilka kawałków napra&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wdę jej się udało. Singlowy „Under the Sheets” królował w dyskotekach w 2009, w 2&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;010 dostaliśmy „Starry Eyed”. Po pewnym cza&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;sie przestałem traktować ten numer jako guilty pleasure. Stał się pełnoprawn&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ym kawałkiem na ripicie. To, co lubię w tym&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; singlu to na pewno kilka razy pozacinany refren, aksamitne podejście do zwrotki i bardzo przesłodzony wokal. Żal mi tylko Ellie bo wiem, że za rok nikt o niej nie będzie pamiętał. No może tylko Ziółkowski. Bazinga! (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/PULdPep_xfs?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/PULdPep_xfs?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;13. Beach House “Zebra”&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLryj9LmxI/AAAAAAAAAUo/UT_13TA3W-g/s1600/beach-house-zebra.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLryj9LmxI/AAAAAAAAAUo/UT_13TA3W-g/s200/beach-house-zebra.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562767743633824530" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Co roku staram się zamieszczać w podsumowaniu jakiś numer, którego nauczyłem się grać na gitarze, ż&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;eby pokazać jak bardzo się na tym polu nie rozwijam. Bo co z tego, że sobie tam będę plumkał jak Alex, nawet jeśli bezbłędnie, skoro t&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ak nie zawyję, a już tym bardziej nie zaśpiewam jak Victoria. No i romantyk ze mnie żaden, nie mówiąc o ciasnym lokum nieskorym do p&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ogłos&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;u&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;iframe src="http://player.vimeo.com/video/11928600" frameborder="0" height="225" width="400"&gt;&lt;/iframe&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;a href="http://vimeo.com/11928600"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;12. Vampire Weekend “White Sky”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNfxK6X9YI/AAAAAAAAAaA/stp4ppUR6Ew/s1600/1324.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNfxK6X9YI/AAAAAAAAAaA/stp4ppUR6Ew/s400/1324.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562895263080117634" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Sprawdzało się zeszłej zimy i powróciło tej, choć jako singiel wyszło latem, leciało wcześniej wiosną i przetrwało jesień. Niby Ezra rżnie tu jak zawsze trochę z Simona&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, ale żadna to Afryka, skoro na kilometr czuć  zimę. Na szczęście ten arpeggiator wiruje &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;i wiruje, a perkusja iskrz&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;y – od razu klimat globalnie się ociepla. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;object height="385" width="480"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/EaTgDgCSh-w?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/EaTgDgCSh-w?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="480"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;11. MIA "XXXO"&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLszeWN9iI/AAAAAAAAAU4/sX2bo272Ezo/s1600/mia-xxxo.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLszeWN9iI/AAAAAAAAAU4/sX2bo272Ezo/s200/mia-xxxo.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562768858819720738" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mia dostała baty i cięgi za „May&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;e”. Jednak na „Maya” jest też perełka - „XXXO”, elektro petarda, któr&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;a za &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;każdą zwrotką ma ukryte zajebiste bity (za każdym razem inny podkład). Refren naprawdę rozgr&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;zewa, z tyłu mroczne pętelki, i ukryta kołysanka  „nanana…”, która pod &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;koniec wychodzi na pierwszy plan. Świetny taneczny banger, których w tym roku moim zdaniem bardzo brakowało. (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/sfbQ5mHWkOs?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/sfbQ5mHWkOs?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;10. Muchy "Notoryczni debiutan&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;ci"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLtlHUnBeI/AAAAAAAAAVA/P_HMW21jGF0/s1600/muchy_notoryczni.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLtlHUnBeI/AAAAAAAAAVA/P_HMW21jGF0/s200/muchy_notoryczni.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562769711632418274" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No nie, znowu te Muchy? Ano, znowu. I co z tego. Najlepszy polski singiel w tym roku. Tekstowo rozwala czachę aż miło. Była krytyka, że na Notorycznych to już cytatów nie ma. Nie ma? Każda linijka w tym&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; kawałku to cytat. Wiraszko nie długo doścignie swojego mistrza i wyjedzie zamieszkać do Rzymu. Tego byśmy nie chcieli, niech zostanie tu, w „zimnym kraju”. (phil)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="480"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/MyBLLDdbOBY?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/MyBLLDdbOBY?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="480"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;9. Caribou “&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;Odessa”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLtw6mKK0I/AAAAAAAAAVI/jHMA8ZOmoJA/s1600/Odessa.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 101px; height: 101px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLtw6mKK0I/AAAAAAAAAVI/jHMA8ZOmoJA/s200/Odessa.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562769914374794050" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Gdyby &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ten numer powstał jakieś &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;5 lat temu, to Dan Snaith pozamiatałby całe ówczesne electro towarzystw&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;o. Choć nie jest też tak, że na coś się spóźnił. Czuć w „Odessie” cały jego feeling poprzednich, dużo bardziej ins&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;trumentalnych płyt, a przede wszystkim uwielbienie dla rytmu. Wok&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;al jest tu delikatny, obecna tak modna w tym roku „fala wyluzowania”, wszystko funkowo pulsuje, a syntezatory mają trochę zwierzęce odgłosy. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/aiSa7THgxrI?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/aiSa7THgxrI?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;8. Arcade Fire "Suburbs"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTL0wrtCS4I/AAAAAAAAAWI/QCv_Qo3hqWs/s1600/Arcade-Fire-The-Suburbs-Album-Cover-Artwork-21.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 93px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTL0wrtCS4I/AAAAAAAAAWI/QCv_Qo3hqWs/s200/Arcade-Fire-The-Suburbs-Album-Cover-Artwork-21.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562777606958500738" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Doskonały opener płyty, nigdy się nie znudził&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; i obyło się bez skippowania. Nie jest to nawet moja ulubiona piosenka z tego albumu, ale idealnie zarysowuje konceptualny klimat całości. Najlepsze jest to, że świetnie funkcjonuje jako samo&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;dziel&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ny by&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;t. Wszystko zbudowane na zabawnym miarowym pianinku, ale od czasu do czasu pociągnięte poważnymi smugami smyczków czy nostalgiczną gitarą. Jest więc miło, ale pamiętajmy, że to jednak powrót do lat dziecinnych. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/5Euj9f3gdyM?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/5Euj9f3gdyM?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;7. Gil Scott Heron "I’m New Here"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTL1CqpJ4yI/AAAAAAAAAWQ/ZtbeIiIdFSg/s1600/Gill-Scott-Heron-i-m-New-Here.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTL1CqpJ4yI/AAAAAAAAAWQ/ZtbeIiIdFSg/s200/Gill-Scott-Heron-i-m-New-Here.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562777915911430946" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Heron zawsze był kimś pomiędzy. N&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;iby muzy&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;k, ale przecież poeta, niby specjalista od spoken-word, ale też ćpun który odsiedział swoje. My się z jego idolstwa trochę ostatnio musieliśmy dokształcić, dla czarnej Ameryki zawsze był ważnym głosem. Ten utwór jest tak prosty jak tylko mógłby być. To taki mówiony blues, przypowieść zmęczonego życiem człowieka, niesłychanie mądrego i pogodzonego, który znów zaczyna wszystko od początku. Ten głos i ten klimat prawie jak u Billa Callahana, bo to on przecież napisał ten numer. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/eV_astp3BjM?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/eV_astp3BjM?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;6. Crystal Castles feat. Robert Smith "Not In Love"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTL0VR-HLdI/AAAAAAAAAWA/d0XxUZMfzxM/s1600/Crystal_Castles_feat_Robert_Smith-Not_In_3.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTL0VR-HLdI/AAAAAAAAAWA/d0XxUZMfzxM/s200/Crystal_Castles_feat_Robert_Smith-Not_In_3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562777136194334162" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Alice i Ethan postanowili wyciągnąć Smitha z depresji. Chociaż moda na the Cure wróciła w ostatniej d&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ekadzie, to Robert oprócz Bloodflowers, nie pokazał niestety nic twórczego.  Albumy „The Cure” i „4:13 Dream” na pewno nie stały &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;się drogowskazami dla dzisiejszych artystów.  No ale kto nie kocha Roberta Smitha? CC nagrali instrumentalną wersję „Not in Love” na swojej drugiej pł&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ycie autorstwa pudel new wavowej kapeli &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=e1_PM5nLZeI"&gt;Platinum Blonde&lt;/a&gt; . To im nie wystarczyło, trzeba było dołożyć najsmutniejszy głos naszych czasów. Udało się. Piosenka mogłaby zostać nagrana w latach osiemdziesiątych, gdzie natapirowane głowy, w ostrym makijażu bez emocji popijają drinki w klubie „Disco”. Fajnie, że Bobby jest ciągle z nami. (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/32udqal_lyQ?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/32udqal_lyQ?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;5. Ariel Pink’s Hounted Graff&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;iti "Round and Round"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTL0SG1hB-I/AAAAAAAAAV4/JLAcQawxRXo/s1600/Round_and_Round-Ariel_Pink_480.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTL0SG1hB-I/AAAAAAAAAV4/JLAcQawxRXo/s200/Round_and_Round-Ariel_Pink_480.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562777081665882082" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Rok 2010 był rokiem Ariela. Oprócz zachwytów nową płytą, dostał tez cięgi za sprzedaż do 4AD. Trochę klarowniej zrobiło się w produkcji, ale Ariel pozostał Arielem i nadal niektórzy nie wiedzą czy bierze narkotyki czy już nie. Każdy singiel Ariela to mieszanka kilkunastu motywów, którymi mógłby obsłużyć niejednego twórcę. Tak też jest w "Round and Round". (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/oG-wO1Tbrjg?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/oG-wO1Tbrjg?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;&lt;br /&gt;4. Kanye West “Power”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLzqnvrbOI/AAAAAAAAAVY/h-dFOuIqQsY/s1600/kanye-power-cover-2.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLzqnvrbOI/AAAAAAAAAVY/h-dFOuIqQsY/s200/kanye-power-cover-2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562776403305000162" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zdecydowanie najsilniejszy utwór z Westowej „Fantazji”, mocny bitem, twardy tekstem, energetyczny i nienegocjowalny. Petarda na sylwestra, która urywa dziecięcą rączkę, oślepia dorosłego i płoszy psa. Szamański zaśpiew, gitara, Kin&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;g Crimson i wkurwiony na maxa Kanye poruszają do żywego. Plus za najbardziej wyluzowany tekst roku&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;: „How ‘Ye doin’? I’m survivin’/ I was drinkin’ earlier, now I’m drivin’". (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/8e1B2YMQNlU?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/8e1B2YMQNlU?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;3. Die Antwoord "Enter the Ninja"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLzypkI32I/AAAAAAAAAVo/mtoEZw2c5K4/s1600/die_antwoord-enter_the_ninja_s.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLzypkI32I/AAAAAAAAAVo/mtoEZw2c5K4/s200/die_antwoord-enter_the_ninja_s.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562776541232422754" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nikt do końca nie wie czy to faktycznie na żarty, ale południowoafrykańskiej grupy na pewno nie zapomnimy. Ninja swój flow opiera na ostrym wyrzucaniu z siebie słów okraszonych  przesadzonym i zapewne trochę fałszywym afrykańskim akcentem - w tej konkurencji nikt go nie dogoni. W refrenie anorektyczna diwa głodzi się eurodancowym zaśpiewem. Tęskniliśmy za Vivą z 90’s, dostaliśmy go w „Enter the Ninja”. Dopiero teraz wychodzi kto był prawdziwym fanem tej niemieckiej telewizji i przesiedział całe wa&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;kacje z pilotem w dłoni, aby natrafić na &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=84Htp8P4Uxk&amp;amp;feature=fvsr"&gt;"Omen"&lt;/a&gt;. (phil)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="480"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/cegdR0GiJl4?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/cegdR0GiJl4?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="480"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;2. Kamp! – Heats&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTL7hQ4u1yI/AAAAAAAAAWY/08Yo_chwQZU/s1600/kamp-heats.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTL7hQ4u1yI/AAAAAAAAAWY/08Yo_chwQZU/s200/kamp-heats.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562785038643156770" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i mamy polski chillwave. Chórki pod zapętlony sample, pnące się w górę elektro klawisze. To wystarczyło, aby kawałek był wielki, ale nagle twist: w 1:37 mamy &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=Uviqyan_tpg"&gt;Andrzeja Zauch&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=Uviqyan_tpg"&gt;ę&lt;/a&gt; z genialnym funkującym bassem. Bardzo przekonujący zapłakany wokal. Niech oni w końcu wydadzą płytę, ile można czekać. (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="480"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/wvS9CTs5ZM8?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/wvS9CTs5ZM8?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="480"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;1.    Janelle Monae “Cold War”/”Tightrope”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLyfG9vohI/AAAAAAAAAVQ/AKT8nZg-b70/s1600/gif%2Bnasz%2B1.gif"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 100px; height: 100px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTLyfG9vohI/AAAAAAAAAVQ/AKT8nZg-b70/s200/gif%2Bnasz%2B1.gif" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562775106015437330" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To, że akurat ona powinna być na szczycie wiedzieliśmy od dawna. Tylko który singiel? Mamy taka wygodę, że możemy tu robić absolutnie to co chcemy, więc niech będą oba. Bo oba są genialne, podobnie jak teledyski do nich. Janelle to rytm i energia, obojętnie czy w funkującym „Tightrope”, czy zdecydowanie bardziej rockowym „Cold War”. Moje nogi same zaczynają wykonywać te ewolucje, co jej w psychiatryku, a i oczy mi się prawie szklą na myśl o tym jaka ta muzyka jest doskonała. „Now shut up… and put some voodoo on it!” (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/lqmORiHNtN4?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/lqmORiHNtN4?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/HjWj5gJ6Kvc?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/HjWj5gJ6Kvc?fs=1&amp;amp;hl=pl_PL" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Graphics by Lila&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-7506252120885637867?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/7506252120885637867/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2011/01/rok-w-singlach-2010.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/7506252120885637867'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/7506252120885637867'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2011/01/rok-w-singlach-2010.html' title='Rok w singlach: 2010'/><author><name>coldaim</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06878949127551034557</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNcXVwERbI/AAAAAAAAAZo/uGjSi0DlsWs/s72-c/single2010.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-3324908214178806311</id><published>2011-01-16T21:21:00.014+01:00</published><updated>2011-01-16T23:30:09.043+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Podsumowania'/><title type='text'>Rok w albumach: 2010</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNdcobBf-I/AAAAAAAAAZw/2g3uvOkZiEw/s1600/albumy2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 392px; height: 291px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNdcobBf-I/AAAAAAAAAZw/2g3uvOkZiEw/s400/albumy2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562892711201177570" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To był dziwny rok&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;w&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; nas&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;zy&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;m kraju: prezydentów traktowano jak królów, a królami zostawali handlarze narkotyków. Na szc&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;zę&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ście królowała też rodzima muzyka. Nie widać może tego w naszym rankingu, bo zagraniczni twórcy zagarni&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ali pozycje trochę lepsze, ale&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; gdyby z 20stki zrobić 40stkę, to na pewno na liście było&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;by Indigo Tree, Newest Ze&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;aland, Brodka, Coldair, Kyst, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mitch  &amp;amp; Mitch, Paula i Karol, Kristen, Kim Nowak, Twilite, Mikrokolektyw,  Incarnations i coś jeszcze o czym zapomniałem recytując te płyty z  pamięci.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Łatwo zauważyć, że to&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;co dostajecie tutaj, w albumach w 95% zagranicznych, to głównie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; produkty made In USA. To ch&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;yba na&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;t&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;uralna&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;  kolej rzeczy, o której już pisaliśmy: mody się tworzą, młode kapele  robią zamieszanie, elektro gwiazdki atakują z Północy, ale to co zostaje  &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;w głowach to amerykański produkt: dobrze  wysmażony i powiększony, ogólnie dostępny i uniwersalny. Tak jest  zresztą wszędzie, w zaprzyjaźnionym z nami projekcie &lt;a href="http://www.albumroku.pl/"&gt;Album Roku&lt;/a&gt; nie  trzeba nawet liczyć, tylko rzucić okie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;m na pierwszą 10tkę, to samo na małych blo&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;gach  i w dużych portalach. „Who will survive In America?” – pytał 40 lat  temu Gill Scott Heron (a w tym roku powtórzył pytanie na płycie Kanye  Westa). Wygląda na to, że ktokolwiek ma dobry pomysł. Bo miejsca i  możliwości jest mnóstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;20. Toro y Moi „Causers of This”&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNPJKeQNOI/AAAAAAAAAZI/YH3odRj2K1M/s1600/220px-Causers_of_this.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNPJKeQNOI/AAAAAAAAAZI/YH3odRj2K1M/s200/220px-Causers_of_this.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562876983581357282" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNeQGbAdmI/AAAAAAAAAZ4/eDpdYe-OrBg/s1600/Rysunek1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 292px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNeQGbAdmI/AAAAAAAAAZ4/eDpdYe-OrBg/s400/Rysunek1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562893595427501666" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;19. The Black Keys „Brothers”&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNN_abwJdI/AAAAAAAAAY4/PPSQoh3nJdw/s1600/black-keys-brothers.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNN_abwJdI/AAAAAAAAAY4/PPSQoh3nJdw/s200/black-keys-brothers.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562875716555515346" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a href="http://coldaim.blogspot.com/2010/05/black-keys-brothers-dzieci-wiedza.html"&gt;Kręciłem trochę nosem&lt;/a&gt;, kiedy Bla&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ck Keys wyszli trochę bardziej do ludzi i wydali z Danger Mousem mainst&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;reamowy „Atta&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ck &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&amp;amp;  Release”. Choć teraz uderzam się w pierś, bo nie była to zła płyta, to  „Brothers” zdecydowanie bardziej mi leży. Czasy „Thickfreakness” i  „Rubber Factory” nie wrócą, trzeba iść naprzód, a „Bracia” choć są  piosenkowi i dość l&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ekk&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;o traktują temat (powiem, że Auerbach i Carney mają dystans i od razu się milej zrobi), to walą mie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;dzy oczy eklektyzmem i surowością. Poza tym Dan po solowej płycie i „Blakrocu” jest lepszy&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; niż kiedy&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;k&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;o&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;lwiek.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-size:85%;"&gt;(zee)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;18. Girls „Broken Dre&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;ams Club” (&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;EP)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNN1JBl0-I/AAAAAAAAAYw/kXSlhqxLG2s/s1600/Girls-Broken-Dreams-Club-EP.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNN1JBl0-I/AAAAAAAAAYw/kXSlhqxLG2s/s200/Girls-Broken-Dreams-Club-EP.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562875540083692514" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mała  płytka, która nieźle namieszała w mojej głowie pod sam koniec roku.  Kiedyś zapytany (publicznie), czy Girls są moim ulubionym zespoł&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;em powiedziałem coś w stylu „no bez przesady”. Po tej EPce kupię od tego dziwaka Christophe&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ra  Owensa wszystko. Od początku czuć było w ich muzyce to coś, ale to jak  się tu rozwinęli jest nieprawdopodobne. Pochwalę znów tego kapitalnego  perkusistę, a co mi tam, ale te piosenki: „Substance” to przecież cudo  („okrzyk” „Guitar solo come on!” i ostatnia kołysząca minuta „I take the  key in my hand…”), a tytułowe „Broken Dream’s Club” zawiera w sobie  neurotyczny tekst roku: „I just want to get high but everything keeps  bringing me down”. W dzisiejszych czasach przesytu muzyką nie mają na to  żadnych szans, ale chciałbym, żeby Owens był kolejnym Cobainem, nawet z  samobójstwem i tym wszystkim. A co mi tam. (zee)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;17. Caribou „Swim”&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNNnGJpJmI/AAAAAAAAAYo/wYCedHRi_9w/s1600/Caribou_-_Swim.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNNnGJpJmI/AAAAAAAAAYo/wYCedHRi_9w/s200/Caribou_-_Swim.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562875298793989730" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Tu wszystko jest idealne, dopasowane&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;,  jakby wyliczone przez Dana Snaitha. Sporo tu nawiązań do lat 80, ale  nie ma kopiowania gotowych rozwiązań. Niektóre motywy brzmią jak te z  lat 90, ale nie ma plastikowej tandety. Duż&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;o też można porówn&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;y&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wać do tego co działo się te 4-5 lat temu, ale wszystko jest zaskakująco świeże. Dan kolejny ra&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;z dodaje &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;2 do 2&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; i wychodzi coś pięknego. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;16. Muchy „Notoryczni debiutanci”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNNaEUmG0I/AAAAAAAAAYg/bN-4Zo2jr2k/s1600/muchy-nd-407x410.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 148px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNNaEUmG0I/AAAAAAAAAYg/bN-4Zo2jr2k/s200/muchy-nd-407x410.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562875074964757314" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie  będę ukrywał, że jest to płyta, której słuchałem najwięcej w 2010 roku.  Odpalałem ją raz po raz, aby usłyszeć wykrzyczane wersy Wiraszki, z  którymi chętnie się identyfikuję. Muchy to poważna ekipa. Ich dwójka nie  dała po głowie tak jak pokoleniowy debiut, ale broni się mimo wszystko  bardzo dobrym warsztatem produkcyjnym i przede &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wszyst&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;kim  tekstami. Wiraszko może nie czaruje i nie flirtuje z słuchaczem tak jak  na debiucie, ale rzuca ciężkimi bonmotami prosto w twarz. (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;15. Beach House „Teen Dream”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNNJ5-9AjI/AAAAAAAAAYY/3KwPiUwc4y0/s1600/220px-Teendream.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNNJ5-9AjI/AAAAAAAAAYY/3KwPiUwc4y0/s200/220px-Teendream.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562874797311722034" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Może jedynka była pierwsz&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;a, może „Devotion” wgniatał w fotel klimatem, ale wygląda na to, że na razie to „Teen Dream” jest ich najlepszą &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;płytą. Podnieśli poprzeczkę prawie tak wysoko jak swoje samogłoski dośpiewuje gitarzysta Alex S&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;cally, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;a &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;my  padamy im do stóp tak nisko, jak brzmi nieziemski głos Victorii  Legrand. Nigdy nie byłem twardzielem. Dream pop wzrusza mnie prawie tak  bardzo jak Polacy wracający z Wysp.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-size:85%;"&gt;(zee)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;14. Sufjan Steven „ Age &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;of Adz”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNM6lfEPqI/AAAAAAAAAYQ/s-2XreFbuo8/s1600/220px-Sufjanstevensageofadz.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNM6lfEPqI/AAAAAAAAAYQ/s-2XreFbuo8/s200/220px-Sufjanstevensageofadz.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562874534111231650" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Sufjan zdecydowan&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ie powinien być wyżej, ale do tej pory nie wiem czy w pełni zrozumiałem tę płytę. Utkany z małych szczegółów, wyp&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ełniony  detalami pełnoprawny studyjny następca „Illinois” okazał się czymś  zupełnie innym niż ktokolwiek się spodziewał. To z jaką maestria porusza  się Sufjan wśród całej tej elektroniki, jak ją dawkuje, jak oszczędni&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;e i ze smakiem sampluje, jak sam sobie panem, sterem i okrętem. Bo kto to tak produkcyjnie dopieścił? Kto&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; dobrze obsłużył auto-tune w przygniatającym „Impossible Soul”? Dla kogo nie ma rzeczy niemożliwych? (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;13. Robyn „Body Talk pt. 1”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNMcADxQ6I/AAAAAAAAAYA/GsA9OnCwhVQ/s1600/220px-Robyn_Bodytalk_1.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNMcADxQ6I/AAAAAAAAAYA/GsA9OnCwhVQ/s200/220px-Robyn_Bodytalk_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562874008668554146" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Fajnie,  że było przy czym potańczyć w 2010 bo smutku narodowego &lt;a href="http://www.google.pl/imgres?imgurl=http://p3.kciuk.pl/p3.kciuk.pl/9b35599ef1f72cf1573b0c411ef0c936.jpg&amp;amp;imgrefurl=http://www.kciuk.pl/Hold-smolenski-a37235&amp;amp;usg=__fYOA1eYnuEU9MESF6RtuZNrdwSI=&amp;amp;h=520&amp;amp;w=735&amp;amp;sz=123&amp;amp;hl=pl&amp;amp;start=0&amp;amp;sig2=iYyhQR-6GNNEKnfWi_-F-g&amp;amp;zoom=1&amp;amp;tbnid=5wjp3ugHsX5WrM:&amp;amp;tbnh=154&amp;amp;tbnw=205&amp;amp;ei=WWQzTfzsJ4HoOf3khLcC&amp;amp;prev=/images%3Fq%3Dho%25C5%2582d%2Bsmole%25C5%2584ski%26hl%3Dpl%26sa%3DG%26biw%3D1280%26bih%3D636%26gbv%3D2%26tbs%3Disch:1&amp;amp;itbs=1&amp;amp;iact=hc&amp;amp;vpx=355&amp;amp;vpy=273&amp;amp;dur=1&amp;amp;hovh=189&amp;amp;hovw=267&amp;amp;tx=178&amp;amp;ty=74&amp;amp;oei=WWQzTfzsJ4HoOf3khLcC&amp;amp;page=1&amp;amp;ndsp=15&amp;amp;ved=1t:429,r:6,s:0"&gt;nie brakowało &lt;/a&gt;. Mała pszczółka Robyn kłuje sw&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;oim żądłem już na poziomie openera, czyli prostej wyliczanki typu „nie wpierdalaj się w moje życie”. Klasyki &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;typu „Indestructible” czy „Hang With Me” bronią się same. A w miedzyczasie mamy trochę sko&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ków w bok, np. reggea'owy „Dancehall Queen” czy elektro-country „Cry When You Get Older”.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; (phil)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; &lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;12. Violens „Amoral”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNMpK3tK4I/AAAAAAAAAYI/EbXqhHBH_IQ/s1600/violens%2Bamoral.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNMpK3tK4I/AAAAAAAAAYI/EbXqhHBH_IQ/s200/violens%2Bamoral.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562874234909043586" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Choć  „V” nie było do końca okey, to „Amoral” już w pełni daje radę. Zawsze  kochałem się w Lansing-Dreiden, dlatego nie wiem czy sympatia do Violens  nie jest spowodowana tym romansem. Istnieje jednak kilka faktów  świadczących o tym, ż&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;e Violens to osobny twór zdolny do wyrażania emocji i uczuć. Wystarczy posłuchać „Thee Dawn..”, a&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;by  zakochać w tych błogich dźwiękach i welwetowym głosie. Takie „Acid  Reign”, nawiązujące chociażby do Prefat Sprout, jest cudownym  błogostanem żądającym wieczności. W zamykającym „Generational Loss”,  słyszę Steve Hacketta ze starego Genesis i wiem, że jest to moja kapela.  Nie potrzebuję dowodów. (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;11. Wavves „King of the B&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;each”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNL9D_VexI/AAAAAAAAAX4/fLBblzeF41k/s1600/220px-King_of_the_Beach_%2528Wavves%2529_album_cover.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNL9D_VexI/AAAAAAAAAX4/fLBblzeF41k/s200/220px-King_of_the_Beach_%2528Wavves%2529_album_cover.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562873477147753234" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie byłem takim&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;  fanem poprzedniej płyty jak Zee i nigdy chyba nie przesłuchałem jej więcej  niż trzy razy. No, ale „King of the Beach” jest bardziej ni&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ż &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;w pytę. Przejażdżka na kwasie już od tytułowego kawałka. Po szopce w Barcelonie byłem pewny, że&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; założenie zespo&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;łu było tylko nastoletnim marzeniem Nathana. Jednak „King of the Beach” tłumaczy wszystko. Bez kwasu nie ma kołaczy. (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;10. Laura Marling „I Speak Because I Can”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNK6LgrdPI/AAAAAAAAAXw/LVjen55oF6A/s1600/220px-Ispeakbecauseican.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNK6LgrdPI/AAAAAAAAAXw/LVjen55oF6A/s200/220px-Ispeakbecauseican.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562872328115418354" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie  wiem ile jeszcze lat będę&lt;a href="http://coldaim.blogspot.com/2010/03/laura-marling-i-speak-because-i-can.html"&gt; zachwycał się&lt;/a&gt;, że ona taka młoda i zdolna,  ale pewnie znów wspomnę o tym przy jej kolejnej płycie, powiedzmy &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wiosną 2012. Próbowałem z tego albumu wyłuskać jakiś singiel, ale to bezcelowe – Laura Marling&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; jest do schrupania w całości, od 1 do 11, od folku do dworku. Gdyby tylko Machina wydrukowała jej plakat… (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;9. Twin Shadow „Fo&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;rget”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNKlTZn6xI/AAAAAAAAAXo/ihonlx97QIU/s1600/twin%2Bshadow.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNKlTZn6xI/AAAAAAAAAXo/ihonlx97QIU/s200/twin%2Bshadow.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562871969456057106" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Choć  moda w muzyce coraz mniej zaciąga ejtisem, to jednak ta płyta, ładuje  się w część mózgu odpowiedzialną za wytwarzanie emocji związanych&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;  z tym zjawiskiem. „Castles In the Snow” i „Slow” zmiatają wszystkich  zawodników, które na siłę starają się upodobnić do Tears for Fears. Przy  okazji chciałem wyprostować, że wokal George Lewisa Jr., nie przypomina  mi Morrisseya. Maniera ta sama, ale głębia już nie. Mimo wszystko Twin  Shadow namacalnie, gniecie w siedzenie. (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;8. Yeasayer „Odd Blood”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNKKvikXUI/AAAAAAAAAXY/qCGiPannvZg/s1600/220px-Yeasayer_-_Odd_Blood.png"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNKKvikXUI/AAAAAAAAAXY/qCGiPannvZg/s200/220px-Yeasayer_-_Odd_Blood.png" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562871513153297730" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jakoś nie ma ostatnio s&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ynthpo&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;powych b&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;angerów  na świecie. Wszyscy tylko siedzą na plaży i wpatrują się w zachód  słońca słuchając cipłejwu. Na szczeście mamy Yeasayer, który tęskni za  Duran Duran. Fajne plecionki z etnicznymi mokasynami. (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;7. The Roots „How I Got Over”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNJ5mH-cxI/AAAAAAAAAXQ/qPBwsmTdPY0/s1600/220px-The-Roots-How-I-Got-Over-Album-Cover.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNJ5mH-cxI/AAAAAAAAAXQ/qPBwsmTdPY0/s200/220px-The-Roots-How-I-Got-Over-Album-Cover.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562871218568065810" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;The Roots pokazywali w tym roku w&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;yjątkową  klasę. Nie dość, że ta płyta, to jeszcze ich gęby śmiały się do mnie z  Jimmy’ego Fallona. Stosowali tam pewnie tylko 10 zagrywek na krzyż, ale  mnie to i tak cieszyło i przekładało się na zapętlanie kolejny raz „&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;How  I Got Over”. Mniejsza o pochwały, nie ma też co &lt;a href="http://coldaim.blogspot.com/2010/07/roots-how-i-got-over-uh-huh.html"&gt;kolejny raz&lt;/a&gt; analizować  poszczególnych kompozycji. Przypomnę tylko, że zanim pojawił się  jesienią West ze swoją „Fantazją”, to oni mogli pochwalić się na swoim  albumie najlepszymi gośćmi na centymetr kwadratowy partytury. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;6. Joanna Newsome „H&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;ave One On Me”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNJnxM2KFI/AAAAAAAAAXI/imk9WjeQ_EE/s1600/220px-Joanna_Newsom_-_Have_One_On_Me.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNJnxM2KFI/AAAAAAAAAXI/imk9WjeQ_EE/s200/220px-Joanna_Newsom_-_Have_One_On_Me.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562870912303638610" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Joanna  Newsom  od razu na początku roku zaszczyciła nas czymś tak rozległym i  trudnym do przeanalizowania, że sporo osób poczuło przesyt i złość, a  nawet niemoc. I choć dzieło było różnorodne kompozycyjnie i nie tak  zwarte jak już klasyczne „Ys”, to niektórych szlag trafiał przy tej  żonglerce trzema płytami. Zeszłej zimy &lt;a href="http://coldaim.blogspot.com/2010/03/joanna-newsom-have-on-on-me-harfeelin.html"&gt;pisałem&lt;/a&gt;, że Joanna ociera się na  „Have One On Me” o arcydzieło i zdania nie zmieniłem, choć te kilka  miesięcy zweryfikowały mój pogląd co do obsadzenia jej na pierwszej  pozycji. Minus tej płyty jest taki sam jak jej plu&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;s: długo&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ść. Ale jak mówi stare przysłowie: kochanej harfy nigdy za wiele. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;5. Crystal Castles „Crystal Castles”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNJTzU_soI/AAAAAAAAAXA/CxSF_KYmzm0/s1600/220px-CrystalCastles2010Album.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNJTzU_soI/AAAAAAAAAXA/CxSF_KYmzm0/s200/220px-CrystalCastles2010Album.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562870569277305474" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kupili  mnie już samą okładką. Przy grobie dziewczynka z twarzą z &lt;a href="http://www.google.pl/imgres?imgurl=http://www.everydayweekender.com/wp-content/uploads/2007/10/night-of-the-living-dead-poster.jpg&amp;amp;imgrefurl=http://www.everydayweekender.com/top-10-scary-halloween-movies/&amp;amp;usg=__vwWSqAsutRaJn1z-7Z3I2Quv__U=&amp;amp;h=450&amp;amp;w=301&amp;amp;sz=42&amp;amp;hl=pl&amp;amp;start=0&amp;amp;sig2=R-9BjPFbUoYI22c4JrY5vg&amp;amp;zoom=1&amp;amp;tbnid=4_biKzHDkOmh9M:&amp;amp;tbnh=171&amp;amp;tbnw=114&amp;amp;ei=b2UzTfvtOJGdOvrpmbUC&amp;amp;prev=/images%3Fq%3Dnight%2Bof%2Bthe%2Bliving%2Bdead%26um%3D1%26hl%3Dpl%26sa%3DN%26biw%3D1280%26bih%3D636%26tbs%3Disch:1&amp;amp;um=1&amp;amp;itbs=1&amp;amp;iact=rc&amp;amp;dur=299&amp;amp;oei=b2UzTfvtOJGdOvrpmbUC&amp;amp;esq=1&amp;amp;page=1&amp;amp;ndsp=17&amp;amp;ved=1t:429,r:6,s:0&amp;amp;tx=48&amp;amp;ty=118"&gt;plakatu&lt;/a&gt;  Romero. Nice. Po koncercie na openerze myślałem, ze nie będę już  ich fanem. Na szczęście się myliłem. Troszeczkę wygładzone manieczki, co  wychodzi im na dobre, ale mamy też nieźle wykręcone kawałki typu „Mamo,  mój komputer jest zepsuty”. No i bania za zaproszenie Smitha na  singiel. (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 102, 0); font-weight: bold;"&gt;4. Arcade Fire „Suburbs”&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNI57YVOKI/AAAAAAAAAW4/sGwDo81WFpo/s1600/220px-Arcade_Fire_-_The_Suburbs.png"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 149px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNI57YVOKI/AAAAAAAAAW4/sGwDo81WFpo/s200/220px-Arcade_Fire_-_The_Suburbs.png" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562870124762183842" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Obdarci z magii, odtrąceni przez hipsterów, dojrzali i poważni wydali koncept-album o dorastaniu. Cedzili single, przygotowy&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wali  nas do niego długi czas i kiedy już byłem na nie, dotarło do mnie i  &lt;a href="http://coldaim.blogspot.com/2010/09/arcade-fire-suburbs-krolowie.html"&gt;zrozumiałem o co w tym wszystkim chodzi&lt;/a&gt;. „Przedmieścia” nie ocierają się  o boskość, są bardzo ludzkie. Niby podniosłe, ale bardzo przyziemne.  Nie ma tu miejsca na abstrakcje i dywagacje o śmierci i cierpieniu. Są  powroty, wspomnienia, celebracja życia. Wydaje się to wszystko takie  oczywiste dopiero za jakimś 15stym odsłuchem i może się ktoś krzywić.  Ale zdecydowanie warto spróbować. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;3. Kanye West „My Beautiful Dark Twisted Fantasy”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNIjaxog-I/AAAAAAAAAWw/PbCyVV6BKiU/s1600/220px-Kanye_West_My_Beautiful_Dark_Twisted_Fantasy_album_cover.png"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNIjaxog-I/AAAAAAAAAWw/PbCyVV6BKiU/s200/220px-Kanye_West_My_Beautiful_Dark_Twisted_Fantasy_album_cover.png" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562869738052813794" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kanye,  ten nadęty sukinsyn, który ku utrapieniu Joanny Krupy chodzi na dodatek  w futrze napluł ostatnio kilkakrotnie światu między oczy. Kiedy wydał  płytę i wydało się o czym fantazjuje, zlizywaliśmy jego ślinę z  &lt;a href="http://coldaim.blogspot.com/2010/11/kanye-west-my-beautiful-dark-twisted.html"&gt;lubością&lt;/a&gt;. Robili to nawet ci, których oficjalne stanowisko w sprawie  tego wydawnictwa to „gówno”, „nuda”, „nie-do-słuchania” czy „tandeta”.  Dobrzy znajomi, oponenci, którzy nie wiecie czy jeść to łyżką czy  widelcem, wszyscy Ci, dla których to Kult Unplugged był najlepszym  albumem tego roku i nawet ty, Wojciechu Mannie – mylicie się. Może  jeszcze trochę dzieli Westa od doskonałości, ale, jak śpiewa sam  zainteresowany: „gdyby Bóg miał iPoda, to na pewno byłbym na jego  playliście”. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;2. Janelle Monáe  „The ArchAndroid”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNIPfXWW7I/AAAAAAAAAWo/kqn8IkHSkQg/s1600/220px-Janelle_Mon%25C3%25A1e_-_The_ArchAndroid_album_cover.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNIPfXWW7I/AAAAAAAAAWo/kqn8IkHSkQg/s200/220px-Janelle_Mon%25C3%25A1e_-_The_ArchAndroid_album_cover.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562869395687365554" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Janelle  jest sexy, choć częściej zobaczycie jej muszkę a nie myszkę. Tańczy jak  dzika, choć nie robi waka-waka. Jej płyta to petarda, choć za mało osób  jeszcze o tym wie. EPka "Metropolis", czyli Suita I już dawała pewne  wyobrażenie co siedzi jej pod kopułą, ale dopiero kolejne dwie części  arcydzieła pokazują czym jest doskonałość. Słodka Janelle dostała w  pakiecie wszystko, jej konkurentki mogą jej tylko zazdrościć talentu i  wyczucia. Tego jak wchodzi w poszczególne nastroje, jak miesza gatunki,  klimaty, epoki. Klasyczne intro, potem hip-hop-afro „Tańcz albo giń”,  funkujący „Faster”, soul w „Locked Inside”, „Sir Greenwood” prawie jak  „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=QR7zdJbkg0o"&gt;Moon River&lt;/a&gt;”, oba miażdżace single… Jest Whitney Houston, która nie bawi  się w białe, Princem bez głupiego nowego aliasu, trzecim Outcastem,  szóstym członkiem Jackson’s Five, Tiną Turner bez emerytury w  kontrakcie, widzącym Wonderem, czarnym Bowiem, Erykah Badu z ADHD,  Hendrixem, który nie potrzebuje gitary, Gagą, która umie śpiewać, Dianą  Ross, Grace Jones i Lauren Hill. Jest chyba jedyną rzeczą, za którą z  czystym sercem mogę podziękować Seanowi Pif-Puff Diddy-Daddy Combsowi.  &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=FNg8Cq9--FA"&gt;Sergio Roma&lt;/a&gt; się nie liczy. (zee)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; color: rgb(255, 102, 0);"&gt;1. Ariel’s Pink Haunted Grafitti „Before Today”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNHUpRk1lI/AAAAAAAAAWg/w9Z3he_YT4c/s1600/220px-Before_Today.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNHUpRk1lI/AAAAAAAAAWg/w9Z3he_YT4c/s200/220px-Before_Today.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5562868384735221330" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ariel  się sprzedał i już nie bierze, mimo wszystko to dla nas najlepsza  propozycja w tym roku. Postmoderna pełną gębą. Kotlety dobrze znane i  lubiane, a do tego nagrane w domowych warunkach (no bo w studiach 4AD  czujesz się jak w domu, prawda?). I choć Ariel nie jest już indie,  znaczy się prawdziwym indie, zawsze pozostanie w naszych sercach i …  lędźwiach. (phil)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Graphics by Lila&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-3324908214178806311?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/3324908214178806311/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2011/01/rok-w-albumach-2010.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/3324908214178806311'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/3324908214178806311'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2011/01/rok-w-albumach-2010.html' title='Rok w albumach: 2010'/><author><name>coldaim</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06878949127551034557</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TTNdcobBf-I/AAAAAAAAAZw/2g3uvOkZiEw/s72-c/albumy2010.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-4019778224947007406</id><published>2010-11-25T11:59:00.005+01:00</published><updated>2010-11-25T13:24:05.143+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Kanye West „My Beautiful Dark Twisted Fantasy”: Z igły widły</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/f/f9/Kanye_West_My_Beautiful_Dark_Twisted_Fantasy_album_cover.png"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 198px; height: 198px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/f/f9/Kanye_West_My_Beautiful_Dark_Twisted_Fantasy_album_cover.png" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Poniedziałek 22 listopada zapowiadał się spokojnie. Poranne newsy, choć wyraziste, były raczej echem wydarzeń weekendowych. Benedykt XVI klepał się po plecach z WHO w sprawie prezerwatyw, Chińczycy uratowali swoich górników, a Damon Albarn i jego małpy prezentowali światu swój &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=7CrahuW5fsc"&gt;fenomenalny cover&lt;/a&gt; xxowego Crystalised, który skręcili w sobotnim programie Jo Whiley w Jedynce BBC. „I nagle: Pęęęk!!! I nagle: Puuum!!! /I nic nie widzę, czarno. Czarno i gwiazdy.” A gwiazd tych dziesięć. &lt;a href="http://pitchfork.com/reviews/albums/14880-my-beautiful-dark-twisted-fantasy/"&gt;Dziesięć-kropka-zero-Kanye-West&lt;/a&gt;. Taka ocena była zupełnie nie do przewidzenia, nawet w „Moich najpiękniejszych mrocznych i pokręconych marzeniach”. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Obojętnie jaki macie stosunek do Wideł, ciężko się zgodzić z taką oceną, zarezerwowaną tylko dla reedycji i rzeczy magicznych. „My Beautiful Dark Twisted Fantasy”, choć momentami naprawdę ociera się o doskonałość, doskonała nie jest. Ma mnóstwo małych wad, kompletnie idiotyczną okładkę, a przede wszystkim jak zawsze irytującego Westa na pokładzie, który na pewno na całe to zamieszanie nie zasłużył. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Muzyczny świat kolejny raz ratuje Kanye Westowi tyłek. Kiedy rok temu strzelił po pijaku &lt;a href="http://blissfullydomestic.com/wp-content/uploads/kanye-west-vma-awards-taylor-swift.jpg"&gt;focha&lt;/a&gt; na rozdaniu VMA i sprawił, że z dziewiczego oka Taylor Swift poleciała łza, Ameryka była oburzona. Sam szef Obama nazwał pajacującego z butelką Hennesy’ego w dłoni Westa „dupkiem”. To zresztą nie pierwszy zatarg artysty z Prezydentem Stanów Zjednoczonych. Parę lat wcześniej mocno obruszył się George W. Bush, któremu Kanye &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=zIUzLpO1kxI"&gt;pomiędzy Katriną, a Mikiem Mayersem&lt;/a&gt; wytoczył placebowy argument: you don’t care about us, w tym przypadku na myśli mając „black people”. Było tego więcej.  Ale Ameryka wybacza. Ostatnim razem wszyscy rozczulili się nad śmiercią matki rapera (cóż to była za &lt;a href="http://www.musicrooms.net/showbiz/15838-kanye-west-blames-la-culture-for-mother-s-plastic-surgery-death.html"&gt;ś&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.musicrooms.net/showbiz/15838-kanye-west-blames-la-culture-for-mother-s-plastic-surgery-death.html"&gt;mierć&lt;/a&gt;!), teraz Kanye obiecuje poprawę i rozgrzesza się płytą. &lt;a href="http://www.theothercritic.com/wp-content/uploads/2010/11/Visionary.jpeg"&gt;Koronę cierniową już nosił&lt;/a&gt;, ale teraz zmartwychwstaniem przebija samego Chrystusa.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Nie ma wątpliwości, że „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” to muzyczna uczta. Miesiąc temu z ironicznym uśmiechem odpaliłem 35minutowy teledysk do „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=O7W0DMAx8FY"&gt;Runaway&lt;/a&gt;”. Chciałem go zjechać, popastwić się i pośmiać. Ale trochę nie było z czego. Obejrzałem jeszcze raz i straciłem godzinę. West jest kiepskim aktorem, to prawda, niektóre motywy z aniołem były trochę głupawe, a wieczerza przy stole z białą służbą to ostentacyjny czarny rasizm. Ale muzyka naprawdę robiła wrażenie. Tandetne wstawki i słabe momenty przy takiej ilości różnorodnego materiału zamkniętego w tym klipie można było policzyć na palcach jednej ręki. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Po dokładniejszym zapoznaniu się z materiałem zachwyca bogactwo cytatów. Kanye upchał na płycie m.in. Bon Ivera, Aphex Twina, Mike’a Oldfielda, King Crimson, The Turtles i Gila-Scotta Herona. Choć akurat cytowanie tego ostatniego w zamykającym „Who Will Survive In America” jest tanim chwytem. Owszem, podbite bitem i podkolorozywane syntezatorem robi wrażenie, ale 40letni poetycki manifest „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=8B6DVdCzwy0"&gt;Comment #1&lt;/a&gt;”, oparty na brzmieniu przyspieszających bongosów sam w sobie ma niesamowitą moc, której nie trzeba podkręcać. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Przytłaczają też goście. Dużo udziela się wszechobecna ostatnio Nicki Minaj (dla jej wersów warto w ogóle przesłuchać bangera „Monster”), Jay-Z licytuje się na wersy (to na pewno trening przed przyszłorocznym wspólnym wdrapywaniem się na &lt;a href="http://musicisamonster.net/wp-content/uploads/2010/08/watch-the-throne.png"&gt;hip-hopowy tron&lt;/a&gt;), a zbierający ostatnio tylko &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=Y1TKDfkGcZ8"&gt;pochwały&lt;/a&gt; Kid Cudi dośpiewuje słodkie refreny. Wszyscy z najwyższej półki. Ziemia drży, kiedy pojawia się Rick Ross, kręci się w oku łezka, kiedy do mikrofonu dorwie się wreszcie RZA, nawet &lt;a href="http://coldaim.blogspot.com/2010/08/off-festival-2010-dzien-pierwszy.html"&gt;pijak&lt;/a&gt; Reakwon nie zawodzi. Wielki tegoroczny triumfator John Legend (niech podziękuje ładnie The Roots) robi z „Blame Game” prawie numer płyty. Gdyby tylko nie ta absurdalna narcystyczna końcówka z gościnnym występem Chrisa Rocka... Nawet pozornie upadłe gwiazdeczki, którymi każdy już dosłownie rzyga, Rihanna i Fergie dostają swoją szansę w postaci „All the Lights” i każdy chyba się zgodzi, że nigdy nie brzmiały tak potężnie. Sam numer jest trochę sztucznie nadmuchany i na dłuższą metę męczy, ale warto posłuchać i sprawdzić, że Riri wyhodowała sobie wreszcie jaja. Choć już pomysł, żeby do pieca dorzucić jeszcze Alicię Kiss i Eltona Johna wydaje się lekkim przegięciem. Taki bizantyjski przepych to tylko u Kanye Westa. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Skromność? Nie jest to domena Kanye. Z dystansem do siebie też u niego nie halo. Na „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” nazywa się “Malcolmem Westem”, rapuje „Sex is on fire, I'm the King of Leon-a Lewis”, grozi twórcom South Parku, którzy nie raz wyśmiewali jego grzeszki, a ekipie Saturday Night Live każe całować się w dupę. Nie, przepraszam, w sam odbyt – Kanye dokładnie to precyzuje. „Czarny Beatles? Co to? Pieprzony karaluch” – podśmiewa się z recenzentów, ale widać, że trochę go to jednak łechce. A potem składa Michaelowi Jacksonowi hołd w postaci kuriozalnego „Something wrong/ I hold my head/ MJ gone...our nigga dead!”. Co jakiś czas jednak wyskoczy z jakimś popkulturalnym porównaniem, pośmieje się z wielkiego świata, rzuci ciekawym spostrzeżeniem. Trudno wyczuć Kanye Westa, bywa genialny, ale zdarzają mu się momenty żałosne. Nie zmienia to jednak faktu, że warto wsłuchać się w to co ma do powiedzenia – w dzisiejszych czasach, kiedy docierają do nas głównie wyssane z palca wypowiedzi, plotki i pocięte wywiady można zapomnieć, że to co na płycie często jest jedyną prawdą. West to artysta bardzo trudny, ale i diabelnie inteligentny.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Fantazja” Kanye to nie kamień milowy w muzyce, arcysolidne to dzieło, ale też nie dziesiątkowe. Jest tu masa naprawdę grubych momentów, kilka bitów i melodii, które nie chcą wyjść z głowy. Refren „Runaway”, choć tekstowo głupi jak but, to majstersztyk, pętla obrzędowego chórku w „Power” mogłaby zastąpić każdy bit, a gitara kończąca „Gorgeous” mimo odpustowego charakteru pieści ucho. Ale są tu też rzeczy zbędne. Interludium „All of the Lights” nie wnosi za dużo, to tylko ładna, choć tania podjarka możliwościami filharmonicznymi. Natomiast „Hell Of A Life” jest po prostu kiepskie – autotune’owy refren zbudowany na „Iron Manie” ratują tylko późniejsze arpeggiowane syntezatorowe pasaże. To jednak za blisko tandety jak na taką wypieszczoną produkcję. I niby prochu nikt już nie wymyśli, ale miło patrzeć jak mainstramowy hip-hop flirtuje pełną piersią z popem, za ideały obierając sobie klasykę progresywnego rocka i kłaniając się współczesnej alternatywie. Dobre, naprawdę dobre. Teraz tylko patrzeć jak Kanye Westowi znowu coś odpierdoli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/kanyewest"&gt;http://www.myspace.com/kanyewest&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-4019778224947007406?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/4019778224947007406/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/11/kanye-west-my-beautiful-dark-twisted.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4019778224947007406'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4019778224947007406'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/11/kanye-west-my-beautiful-dark-twisted.html' title='Kanye West „My Beautiful Dark Twisted Fantasy”: Z igły widły'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-8697933180571829062</id><published>2010-11-16T22:44:00.009+01:00</published><updated>2010-11-17T00:22:39.822+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Coldair: "Persephone": Towarzysz do spraw chłodu</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TOMMVHcOoHI/AAAAAAAAAaI/Nexi7NHPQZU/s1600/persep.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 178px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TOMMVHcOoHI/AAAAAAAAAaI/Nexi7NHPQZU/s200/persep.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5540285523510075506" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kiedy usłyszałem o Coldair, pomyślałem o nieczystym zagraniu ze zbyt podobną nazwą. Nasza w sumie tak naprawdę nic nie znaczy (przypomnijcie mi, to kiedyś opowiem śmieszną historię o tym jak powstała), ale zmiana tylko jednej litery to rzecz zupełnie podejrzana. Postanowiłem udawać, że Coldair nie istnieje. Nie zamierzałem go szukać. Ale znalazłem i tak.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zupełnie mimochodem i całkiem przypadkiem natknąłem się bowiem na zespół Kyst (ale fajna nazwa, pomyślałem). Wiedziałem, że istnieje wokół nich szum, choć przepiłem moment jak na OFFie zostali pupilami Vincenta Moona.  Ale potem tak się złożyło, że oglądałem ich na koncercie w warszawskim Powiększeniu. Wtedy już wiedziałem, że Coldair to Tobiasz Biliński solo. A jak jeszcze ten ostatni podrzucił mi całą „Persefonkę”, to utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że nasze dwie nazwy z zimnym członem muszą się choć raz połączyć.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Płyta Bilińskiego jest w dużej mierze szkicem. Nie przeszkadza to zbytnio, bo przy tego typu muzyce – akustycznej, pełnej przestrzeni i zarazem bardzo intymnej nieskończone myśli i utwory utkane na wątłych podstawach sprawdzają się bardzo dobrze. Dają ponadto wrażenie, że z tego może być coś więcej, że teraz to tylko przymiarka do właściwego uderzenia. Próba przed momentem, kiedy Coldair pozamiata nie tylko polskie podwórko.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Persephone” nie jest idealna, tak naprawdę co chwilę wychodzą z niej niedoskonałości. Widać szwy tego wszystkiego, nie można udawać, że nie ma tu fałszów czy rytmicznych pomyłek. Ale to akurat zupełnie nie jest problemem, paradoksalnie to plus tej produkcji. Tobiasz Biliński, to artysta bardzo młody, człowiek mający na siebie niesamowity pomysł, taki, że aż się chce schować głowę w piasek i już nigdy nie wychodzić z zazdrości.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Półgodzinna płyta zaskakuje od razu, już pierwsze „All That Once” powoli się rozgrzewa, a kiedy pojawia się uczucie przeładowania formą i wrażenie „w tym ściankowym pociągu już kiedyś siedzieliśmy”, Biliński zupełnie odwraca kota ogonem i ostatnią niespełna minutą łamie konwencję, odciążając przy tym cały utwór. Świetna jest delikatna tytułowa „Persephone”, okraszona dęciakami i zamknięta krótkim gitarowym motywem. W ogóle wszystko tu jest na chwilę, jeżeli coś się zaczyna, to wiadomo, że zaraz się skończy, bo Tobiasz brnie dalej, bo w głowie zaświtał mu już nowy pomysł.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej piosenkowe na płycie są przede wszystkim „Apple” (mój osobisty faworyt) i chyba najbardziej dopracowane i najkrótsze zarazem „We Could See”. To właśnie tego typu utwory ciągną ten eksperymentalny zimny powiew do przodu. Warto wspomnieć też o „Ghosts”, ze świetnym gitarowym motywem, który pojawia się w okolicach drugiej minuty i przechodzi w wyrywkową wokalizę Tobiasza, z gatunku tych, które już w polskiej muzyce z północy słyszeliśmy, ale bardzo dawno i nikt nie przypuszczał, że to może dalej brzmieć tak świeżo. Bardzo nowocześnie na tle tego wszystkiego brzmi „Blue Lights”, młode zespoły z Wysp często tak właśnie wyrażają swoje akustyczne ciągoty. Przytyk? Absolutnie nie. Raczej znak muzyki bez granic.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Wielogłosowe i harfizowane „Castle/Shack”, a potem dojrzałe i pełne prowizorycznie ukrytych emocji „You’re Not Yourself” zamykają „Persephone”. 32 minuty splecione z mgiełek aż proszą się o więcej. I to więcej nadejdzie, szybciej niż ktokolwiek się spodziewa. Tobiasz Biliński dopiero się rozkręca, rozciąga i sprawdza na co go stać. Trzeba przede wszystkim docenić jego odwagę i potencjał, nie patrzeć na niedociągnięcia, które są tu sprawą marginalną. W „Apple” śpiewa „For every time I’m born I clap my hands and I rise them high, I rise them high to get born again”. Wydaje się więc, że czeka nas jeszcze wiele narodzin. A i owym klaśnięciom nie będzie końca.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/coldairmusic"&gt;http://www.myspace.com/coldairmusic&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-8697933180571829062?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/8697933180571829062/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/11/coldair-persephone-towarzysz-do-spraw.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8697933180571829062'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8697933180571829062'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/11/coldair-persephone-towarzysz-do-spraw.html' title='Coldair: &quot;Persephone&quot;: Towarzysz do spraw chłodu'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TOMMVHcOoHI/AAAAAAAAAaI/Nexi7NHPQZU/s72-c/persep.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-7881897020892396689</id><published>2010-10-18T15:54:00.005+02:00</published><updated>2010-10-18T16:10:20.185+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Film'/><title type='text'>The Social Network: Lubię to</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/7/7a/Social_network_film_poster.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 167px; height: 249px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/7/7a/Social_network_film_poster.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Za każdym genialnym odkryciem ciągnie się krwawy ślad ofiar. Nic na tym świecie nie zostało wymyślone od tak, a na każdego zwycięzcę przypada przynajmniej kilku oszukanych i poszkodowanych. Już w samym segmencie „wynalazki służące do komunikacji” do dziś toczą się dyskusje o słuszność przyznanych patentów. Edison kradł podobno idee Tesli, a Bell Meucciemu. Bill Gates ściągnął pomysł na graficzny system operacyjny od Steve’a Jobsa, a ten z kolei od firmy Xerox. W 2006 roku Apple zawarło ugodę opiewającą na 100 milionów dolarów z firmą Creative, od której rzekomo „pożyczyli” interface stosowany potem w iPodach. Dziś twierdzą, że okrada ich HTC. Przykłady można mnożyć. Niestety w wielkim wyścigu nie chodzi wcale o to kto jest pierwszy, ale kto pierwszy dobrze pomysł wykorzysta, uwzględniając potrzeby rynku, wstrzeliwując się w odpowiedni moment, proponując ładne opakowanie i oczywiście należycie reklamując. Facebook to książkowy przykład wynalazku zmieniającego bieg historii. I jeśli początkowo kogokolwiek śmieszyła idea sfilmowania historii jego powstania, lub przynajmniej jak mnie intrygowała („jak oni to zrobią, żeby nie wyszła kolejna b&lt;a href="http://www.imdb.com/title/tt1054588/"&gt;atalia o samochodowe wycieraczki&lt;/a&gt;?”), to teraz musi oddać hołd Wielkiemu Davidowi Fincherowi. Jego „The Social Network” to nie tylko film o internetowym zjawisku, nie tylko fascynująca historia geniusza, ale także rzecz o przyjaźni, współzawodnictwie, braku akceptacji i alienacji. To bardzo aktualny obraz nas samych, będących w samym środku tej pędzącej z coraz większą szybkością maszyny, którą zatrzymać może chyba tylko nowe rewolucyjne odkrycie. Choć  ciężko na razie uwierzyć, że może pojawić się coś lepszego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„The Social Network” oglądamy z perspektywy dwóch procesów sądowych, w których uczestniczy twórca facebooka Mark Zuckerberg. O nieczystą grę oskarżają go nie tylko bracia Winklevosss, którzy kiedyś zaproponowali mu udział w całkiem podobnym przedsięwzięciu, ale też jego ex-przyjaciel Eduardo Saverin, który został nieładnie zrobiony na szaro. Kto ma rację i kto oszukał kogo możemy dowiedzieć się mniej więcej z retrospekcji, ale ciekawsze w tym wszystkim są motywy postępowania wszystkich bohaterów. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze – głosi stare przysłowie, ale Fincher próbuje udowodnić, że nie tylko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mark Zuckerberg nie zabiega bezpośrednio o bogactwo, to jakby efekt uboczny całego przedsięwzięcia, do którego doprowadza wchodzący w jego łaski i wiedzący jak wypromować portal twórca Napstera Sean Parker. Mark to trudny geniusz, którego moralny kodeks oscyluje na poziomie 10latka (pierwsza scena filmu, kiedy rzuca go dziewczyna pokazuje to idealnie). Trudno powiedzieć czy to wynik zaburzeń (świetnie pasuje tu Asperger), społeczna nieumiejętność, czy po prostu zwykłe braki w elementarnym wychowaniu. Zuckenberg jest ze wszech miar trudny i jego główną winą jest, że pewnych rzeczy po prostu nie rozumie. „Byłem twoim jedynym przyjacielem” – krzyczy do niego przez stół w towarzystwie prawników Eduardo. I nawet wydaje się, że Markowi jest przez moment głupio, ale z drugiej strony postrzega on Saverina jako słabszego przeciwnika, który dał się ograć. I obiektywnie jest w tym trochę prawdy, bo pierwszy CFO bał się zaryzykować i nie był obecny w kluczowych dla portalu momentach. Ale z drugiej strony wyłożył na to niepewne przedsięwzięcie tysiące dolarów, którymi Zuckenberg dysponował jak chciał. Trudno nazwać też porady Seana Parkera podszeptami diabła, skoro jako najbardziej doświadczony w tym towarzystwie gracz wyczuł niespójność relacji przyjaciół, zlikwidował ją i dzięki temu osiągnął sukces. Czy zrobił to dla pieniędzy? Everybody want some.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„The Social Network” jest bardzo subtelny, ale niesamowicie trzymający w napięciu. Podbudowany niepokojącą muzyką Trenta Reznora i Atticusa Rossa, pomysłowo sfilmowany, przez długoletniego współpracownika Finchera, Jeffa Cronenwetha, podobnie jak on mającego doświadczenie w kręceniu teledysków i materiałów koncertowych, wciąga od pierwszych minut. Hipnotyzują odtwórcy ról wszystkich młodych i zdolnych. Stworzony do roli Zuckerberga Jesse Eisenberg, wschodząca od kilku lat gwiazda kinowego neurotyzmu (nie tylko śmieszny do łez „Zombieland”, ale przede wszystkim „The Squid and the Whale” Baumbacha), za pięć minut będący na &lt;a href="http://cdn.screenrant.com/wp-content/uploads/Andrew-Garfield-talks-Spider-Man.jpg"&gt;plakacie&lt;/a&gt; Andrew Garfield (błaznował ostatnio u Gilliama, ale to co pokazał w „Boy A” to mistrzostwo świata) w roli Saverina, Justin „zdolniacha” Timberlake jako Parker i Armie Hammer wcielający się w rolę Winklevossa. Którego? Obu. To jeden z największych przekrętów filmu. Nie rzucający się w oczy efekt komputerowy. Wielu dało się oszukać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Facebookowi stuknęło 500 milionów użytkowników. Poprzedni rekord należał do heroiny” – żartował w lipcu w swoim programie Jimmy Kimmel. Prawie każdy więc już to ma, każdy już tam jest. Jeśli to czytasz, to bardzo możliwe, że właśnie w ten sposób do nas dotarłeś. „W Bośni nie ma dróg, ale mają facebooka” – mówi w filmie zrezygnowana i zaskoczona prawniczka. Kiedy wychodziłem z kina w galerii handlowej minąłem nastolatkę pochyloną nad laptopem w kawiarni, potem dwie „garsonki” przeglądające zdjęcia z wakacji, wreszcie mężczyznę nudzącego się przy prezentowanym nowym modelu samochodu. Obszedłem ich dookoła, zajrzałem przez ramię, nieładnie zlustrowałem ich sieciowe działania. Wszyscy byli właśnie tam, na tej niebieskiej stronie. Dobrze, że Fincher opowiedział nam jej historię, dobrze, że w tak ciekawy sposób. Zresztą któż inny lepiej przedstawiłby nam te kilka tygodni pisania kodu. Na pewno nie sam twórca. Wpisałem kiedyś tytuł filmu na facebooku i otworzyła mi się fanowska strona, ale z notką od Zuckerberga, że lepiej po informacje o fb zwrócić się bezpośrednio do jej twórców, a nie szukać ich w filmie. Wielki brat widzi więc wszystko, ma nas wszystkich w garści i jest tylko nieprzystosowanym młodzieńcem, którego kiedyś rzuciła dziewczyna. Ale spokojnie, to tylko film…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-7881897020892396689?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/7881897020892396689/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/10/social-network-lubie-to.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/7881897020892396689'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/7881897020892396689'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/10/social-network-lubie-to.html' title='The Social Network: Lubię to'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-4820682476906465173</id><published>2010-10-07T13:52:00.006+02:00</published><updated>2010-10-07T14:06:38.850+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Film'/><title type='text'>Wall Street 2: Imperium kontratakuje.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TK20mD4SO7I/AAAAAAAAASQ/ISqy41wnq50/s1600/wall_street_2_money_never_sleeps_poster.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 154px; height: 228px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TK20mD4SO7I/AAAAAAAAASQ/ISqy41wnq50/s200/wall_street_2_money_never_sleeps_poster.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5525270883822877618" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Wall Street 2: Pieniądz nie śpi”, podobnie jak w przypadku nowego „Star Treka”, ma w Polsce ograniczoną dystrybucję. W Krakowie można go zobaczyć tylko w dwóch kinach: Multikino i Kino Kijów. Wybrałem się do tego drugiego, gdzie gigantyczna mozaika ścienna, aż pachnie wczesną komuną. Czy to nie absurd, że to właśnie film o ekstremalnym kapitalizmie dostał pierwszeństwo projekcji w tym koszmarku. Już przy kasie dowiedziałem się, że kino w centrum Krakowa nie zainwestowało jeszcze w terminal płatniczy. Po zakupie biletów i tak jeszcze raz odwiedziłem panią w kasie, w celu odebrania żetonu, bez którego nie mogę wejść do WC. Film miał projekcję w Sali Studio. Podobno mała, kameralna salka, jednak wielkość ekranu nie została dopasowana przez projektanta do ilości rzędów. Siedząc w ostatnim rzędzie trzeba było mieć wadę na plus, aby komfortowo oglądać szczegóły filmu. Z nagłośnieniem nie było problemu, jeżeli tylko ktoś chciał oglądać film na leżąco. Dwa głośniki postawione na podłodze, kierowały całą ścieżkę dźwiękową na nogi widzów. Gratulujemy dystrybutorowi doboru partnerów biznesowych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz do rzeczy. Pierwszy film Olivera Stone o losach nowojorskich maklerów z 1987 roku jest jednym z moich ulubionych. TO przecież jeden z pierwszych obrazów odważnie zadających pytanie, czy dzisiejsza gospodarka idzie w dobrym kierunku. Szalejący turbo kapitalizm w Stanach kojarzył się raczej z dobrobytem. Stone pokazał, że rządzą nim głównie spekulanci i fat-caty. Mimo tego, że był to raczej łagodny obraz w porównaniu do np. wydanego cztery lata później „American Psycho” to i tak wykręcał ręce. Stone wykreował postać kultową – Gordon Gekko. Douglas stworzył niezapomnianą kreację kapitalistycznej tłustej świni, która po zjedzeniu całej zawartości chlewa, chce jeszcze więcej.  Od Gekko nie można było oderwać wzroku, budził postrach i grozę. Jego „greed is good” przeszło do historii kina. Fenomenalny. Mi jednak zawsze bardziej odpowiadał duet ojciec-syn (Martin i Charlie Sheen). Tragizm sytuacji Buda Foxa: wielka kasa czy zdrada swojego ojca? Proste patenty, a w tle skomplikowane Wall Street. Do tego wszystkiego, muzyka Davida Byrne. Teraz już wiem, dlaczego ulubionym zespołem Patricka Batemana jest Talking Heads.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasz anty-bohater wraca. Co więcej ma do tego dobre warunki. Po finansowym krachu w 2008 roku, Stone na nowo zainteresował się tym tematem. Początek filmu zwiastuje, że może być to solidna kontynuacja. Gordon wychodzi z więzienia odbierając telefon komórkowy-cegłę, ale nikt na niego nie czeka. Jest sam. Czy na nowo uruchomi sieć swoich zauszników, aby zbudować imperium oparte na „zielonych” fundamentach? Za każdym razem, kiedy Gekko pojawia się na ekranie, widz zastanawia się czy szuka kolejnej ofiary (tym razem na celowniku ma swojego przyszłego zięcia Jake’a – Shia LaBeouf), czy może faktycznie przeżył przemianę i najważniejszym aktywem jest dla niego teraz czas, który nieubłagalnie ucieka? Czy Gekko faktycznie chce naprawić relację z jego córką, czy może znowu chodzi mu o pieniądze?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oprócz niego mamy jeszcze jednego rekina biznesu - Bretton James grany przez Josha Brolina. Dla mnie zupełnie bez wyrazu, gdzieś w cieniu Wielkiego Gordona. Zupełnie nie potrzebna postać, będąca kalką losów Gekko z jedynki. Słabo wypada dziewczyna Jake’a - córka Gordona, lewicująca bloggerka, przeciwieństwo i największy wróg ojca. Stone nie ma szczęścia do postaci kobiecych (Daryl Hannah za rolę w pierwszym filmie dostała złotą malinę). Losy ich wszystkich krzyżują się, aby potem się wyprostować i znowu zaklinować. Każdy tak czy siak zna zakończenie… Zaraz, zaraz założę się, że jednak nikt się go nie spodziewał. Zakończenie kładzie cały film. Tak przelukrowanego gówienka dawno nie widziałem. Mimo, że film próbuje przez cały czas budować atmosferę jedynki, to oprócz piosenek Davida Byrne, epizodycznych starych postaci (cyniczna scena z Charlie Sheenem, cameo Olivera Stone’a czy sprzedawca nieruchomości) i oczywiście kreacji Michaela Douglasa, raczej nie posiada klimatu dzieła z 1987. No i jeszcze ten żałosny finał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oliver Stone mógł odbudować swoją reputację po filmach z dekady zerowej. Dostał zajebisty temat na czasie, który nie musiał być kolejnym odgrzewanym kotletem. Znowu mógł utrzeć nosa skrajnym neoliberałom. Niestety znowu poległ, a szkoda. Jako główny lewacki wojak ekranowy stracił gdzieś swój wojujący pazur na rzecz hollywoodzkich historii („WTC” czy „Aleksander”). Nie jest już wyrzutem sumienia Ameryki, a raczej śmiesznym Panem od wywiadów z Fidelem Castro. Mimo wszystko, szacunek za stworzenie GG – Dartha Vadera kapitalizmu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-4820682476906465173?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/4820682476906465173/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/10/wall-street-2-imperium-kontratakuje.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4820682476906465173'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4820682476906465173'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/10/wall-street-2-imperium-kontratakuje.html' title='Wall Street 2: Imperium kontratakuje.'/><author><name>Phil Nincompop</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15936483500419058898</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/Sr4WIBDKscI/AAAAAAAAANA/4fgq05ky7UE/S220/d.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TK20mD4SO7I/AAAAAAAAASQ/ISqy41wnq50/s72-c/wall_street_2_money_never_sleeps_poster.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-9199854055616750177</id><published>2010-09-27T12:20:00.009+02:00</published><updated>2010-09-27T18:30:11.779+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Interpol "Interpol": Ukrzyżowani</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://merlin.pl/Interpol_Interpol,images_big,30,2747029.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 180px; height: 170px;" src="http://merlin.pl/Interpol_Interpol,images_big,30,2747029.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;POZIOMO:&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;2.  Julian Plenti was ....&lt;br /&gt;6.  D., uciekł z tonącego okrętu.&lt;br /&gt;7.  Zerżnęli od nich &lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/2/27/Genesis83.jpg"&gt;okładkę&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;9.  Interpol.&lt;br /&gt;11. Część trzecia tego utworu przydałaby się na tej płycie.&lt;br /&gt;15. Paul, dziś imitator Berningera.&lt;br /&gt;16. Jedyny sensowny numer na płycie.&lt;br /&gt;17. Brak różnorodności, niezmienność, nuda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_fRnbKcY81vw/TKBwm4CaDcI/AAAAAAAAAeM/H8mLDpGV280/s1600/krzy%C5%BC%C3%B3wka+szcz%C4%99%C5%9Bcia.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 386px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_fRnbKcY81vw/TKBwm4CaDcI/AAAAAAAAAeM/H8mLDpGV280/s400/krzy%C5%BC%C3%B3wka+szcz%C4%99%C5%9Bcia.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5521536956336049602" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PIONOWO:&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;1. Szybko spada przy słuchaniu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;3. Daniel, tu grając popada w skrajny patetyzm.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;4. Interpolowi gratulujemy …..&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;5. Ten zespół nie miał problemów z czwartą płytą.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;8. Polski festiwal, na którym w 2011 roku główną gwiazdą będzie Interpol.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;10. Włączyli je na pierwszej płycie, ostatnio trochę przygasły.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;12. Która płyta okazała się najtrudniejsza dla zespołu Interpol? &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;13. „Hyper, …..”  - kawałek Scootera.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;14. Z olejem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;15. Rozbolały go plecy, kiedy Interpol miał pojechać z jego zespołem w trasę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-9199854055616750177?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/9199854055616750177/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/09/interpol-interpol-ukrzyzowani.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/9199854055616750177'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/9199854055616750177'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/09/interpol-interpol-ukrzyzowani.html' title='Interpol &quot;Interpol&quot;: Ukrzyżowani'/><author><name>coldaim</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06878949127551034557</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_fRnbKcY81vw/TKBwm4CaDcI/AAAAAAAAAeM/H8mLDpGV280/s72-c/krzy%C5%BC%C3%B3wka+szcz%C4%99%C5%9Bcia.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-6066873277021518868</id><published>2010-09-22T12:31:00.006+02:00</published><updated>2010-09-22T13:10:39.981+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Indigo Tree "Blanik": Wyżej. Mocniej. Dalej.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://wsm.serpent.pl/sklep/okladki/okl_okl_23141.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 201px; height: 191px;" src="http://wsm.serpent.pl/sklep/okladki/okl_okl_23141.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Takie zespoły jak Indigo Tree uderzają niespodziewanie. Zaistnieli bez fajerwerków, wydali w zeszłym roku bardzo dobre „Lullabies of Love and Death”, wszyscy się pozachwycali potencjałem, obskoczyli po 2-3 koncerty i podlinkowali teledysk do „I Am The Car”. Szacun, ale taki bardzo branżowy, dla mocniej zainteresowanych. Bo też kołysanki były to dość trudne, pełne prób i szkiców, motywów wymagających wyciszenia i skupienia. Niełatwych do wytłumaczenia. Chłopaki też zresztą nie są za bardzo gadatliwi – Peve oficjalnie się do tego przyznaje, a Filip nie po to odłączył się od Pustek i zaszył na wsi, żeby teraz robić karierę w show biznesie. Zamiast więc analizować i roztrząsać wydali szybko płytę nr 2, którą zamykają chyba usta wszystkim sceptykom powątpiewającym w debiut i otwierają szerzej tym, którzy jeszcze się po nim nie otrząsnęli. Oto „Blanik”.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Michał prosi o słuchanie Blanika super, super głosno!”, apelował ostatnio na facebookowym profilu grupy Filip Zawada. Michał (Kupicz, producent) ma rację. Ja bym jeszcze dodał, że absolutnie niewskazane jest podróżowanie z nią na uszach w słuchawkach innych niż te o konstrukcji zamkniętej. A najlepiej nie przemieszczać się w ogóle.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„NSWE” pełni rolę intra. Trochę inne niż reszta płyty, z narastającym napięciem kłócących się smyczków (pizzicato vs. tremolo), sprawia wrażenie rozgrzewki przed koncertem. Właściwa część zaczyna się bardzo szybko, „Drymonday” mimo tego, że prawie w całości oparte jest na ciężkiej gitarze zadziwia lekkością i piosenkową formą, singlowe „Leavingtimebehind” świetnymi wokalami i przestrzenią. Czuć, że „Blanik” to produkcja najwyższego lotu, że muzycy zrobili niesamowity krok naprzód. Gdyby się chwilę zastanowić, to można wyliczać podobieństwa do światowej sceny pogłosowego niepokojącego folku. Filip i Peve nie są przecież wcale tak daleko od misternych dzieł tkanych przez Bona Ivera, wchodzą bez problemu w subtelną elektronikę proponowaną przez Thoma Yorka („Lovegaps”), i wyhamowują po skandynawsku, zupełnie tak jak Jaga Jazzist („Blanik”). Posłuchajcie ich kilkuwarstwowego wielogłosu na modłę Fleet Foxes („Consolation street”), czy intymnego szeptu w stylu Conora Obersta („Iwishweturnedintotrees”). Włączcie „Lazy”. I nie myślcie sobie, że są wtórni czy idą na łatwiznę. To nie świadome inspiracje, ale raczej wysoka klasa, światowy poziom, do którego Indigo Tree mimochodem doszlusowało. Miejmy tylko nadzieję, że robienie muzyki im się nie znudzi i nie postanowią zająć się jakimiś ważniejszymi sprawami. Bo jeśli nie oni &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;mają &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;być kiedyś naszą wizytówką, to kto? Nie widzę na naszej scenie kandydatów podobnego kalibru. A już na pewno nie o takiej wrażliwości.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;   &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/indigotree"&gt;http://www.myspace.com/indigotree&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-6066873277021518868?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/6066873277021518868/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/09/indigo-tree-blanik-wyzej-mocniej-dalej.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6066873277021518868'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6066873277021518868'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/09/indigo-tree-blanik-wyzej-mocniej-dalej.html' title='Indigo Tree &quot;Blanik&quot;: Wyżej. Mocniej. Dalej.'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-469177043197128101</id><published>2010-09-20T16:55:00.005+02:00</published><updated>2010-09-20T18:14:13.146+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Monika Brodka "Granda": Curva Grande</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://www.sonymusic.pl/images/albumy/d/Brodka_Granda_186698.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 205px; height: 204px;" src="http://www.sonymusic.pl/images/albumy/d/Brodka_Granda_186698.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie wierzyłem dotychczas specjalnie w Monikę Brodkę, nie kibicowałem jej w Idolu, nie pokładałem nadziei później. Istniała bo istniała, hasała sobie gdzieś w równoległej rzeczywistości. Raz po raz trafiałem na jakąś plotkę-brodkę na jej temat, kiedy na salonach robiła to i tamto ,i było mi jej trochę żal, bo potencjał traciła na zupełne głupoty. Wypłynęła tak jak wszystkie gwiazdki jednego sezonu i tak jak one powoli zaczynała tonąć. Panna Nikt z ciekawym głosem, lolitka z potencjałem. Jej druga płyta, „Moje Piosenki” (debiutu nie liczę, bo to były poidolowe popłuczyny) była istnym mydłem i powidłem. Nikt nie mógł się na nic zdecydować, były momenty, ale głównie bazowały one na wyświechtanej polskiej szkole. „Znam cię na pamięć”, to było praktycznie „Zamigotał świat”, a para-osiecki „Miał być ślub” absolutnie nie nadawał się na numer dla młodej, energicznej dziewczyny. Miałem wrażenie, że instrumentalny przepych był na płycie głównie po to, żeby muzycy sesyjni mogli się popisać. Kolejne młode istnienie zostało wyssane do cna. Macie swoich Idoli.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;„Granda” to zdecydowanie nowy rozdział w karierze młodej góralki. Nie to, że nagle doznała i twórczy promień uderzył w jej twarz. Pomagała jej po prostu nowa, lepsza ekipa. Monika Brodka to teraz też w dużej mierze Bartosz Dziedzic, bo to głównie jego koncepcje i rozwiązania słyszymy na tej niezłej płycie o sympatycznej okładce. Ojciec artystki, folklorysta Jan też tam coś machnął, ale przy długości i powtarzalności motywu w jego skicie „Hejnał”, myślę, że lepiej pochwalić go po prostu za spłodzenie córki. Ale już taki Radek Łukasiewicz nie dość, że napisał lwią część tekstów na płytę (te najlepsze), to jeszcze w wielu numerach złapał za gitarę. Songwriterstwem popisał się też Budyń – jego „Sauté”, wypływające z ust Brodki jest wysokokaloryczne i bardzo zmysłowe. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Dużo zarzutów pada przy tej płycie pod kątem nosowszczyzny, którą operuje tu panna Monika. Czasami faktycznie jej wykonania opierają się o pastisz (przyjemnie múmowe „Bez tytułu”, czy heyowe „Kropki kreski”), ale co z tego, skoro dzięki temu po tysiąckroć lepiej śpiewa, nie jest banalna i nie zdarzają jej się nieprzemyślane interpretacje na bezdechu á la gówniara spod bloku, obecne co chwila na płycie poprzedniej. Zresztą „Granda” także muzycznie przypomina ostatnie dokonania Heya – sporo tu bardzo dobrych i nowocześnie zaaranżowanych momentów na granicy stylów, ocierających się o gitarową alternatywę („K.O.”), subtelny folk („Syberia”) i muzykę elektroniczną, także w jej tanecznej energetycznej postaci. To, co kompletnie nie udało się Chylińskiej przy ostatniej płycie, Brodka osiąga tu bez problemu. Bez żadnej przaśności bawi się parkietowym blichtrem w tytułowej „Grandzie” - jej um-cyk jest nowoczesny, światowy i wyprodukowany bez zarzutu. Słychać la rouxowe inspiracje w mocarnej „Krzyżówce dnia”, gdzie wokale wchodzą w naprawdę ciekawe rejestry, a raz po raz przez syntezatory przedziera się góralski motyw, tak jak w pełnych przestrzeni kulinarnych „W pięciu smakach”, w którego tekście Radek napomknął o moich ulubionych „rzędach skaryszewskich drzew” – przyznaję za ten wers dodatkowy punkt. Finał „Grandy”, „Excipit” to numer poniekąd niepasujący do zestawu, śpiewany w języku francuskim. Normalnie pewnie bym się czepiał, patrzył na wszystko konceptualnie albo narzekał na akcent. Ale tu mi jakoś ten pseudo french pop działa. Wszystko do siebie pasuje. I tak w zasadzie jest z całą „Grandą”. Nie ma może jakiegoś wielkiego szału, w polskiej muzyce takie numery to też nie nowość, kilka kapel przetarło już drogę, a takie bębny to Bors u siebie w studio montuje w 15 minut. Ale dobry inteligentny pop na naszej scenie to wciąż towar deficytowy. A tym wszystkim nowym twarzom jakoś dzisiejsza młodzież nie ufa, coś im nie gra, wolą to swoje RMF MAXXX. Dojrzała „Granda” „tej laski z Idola” może być dobrym krokiem ku porozumieniu.  &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/monikabrodka"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;http://www.myspace.com/monikabrodka&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-469177043197128101?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/469177043197128101/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/09/monika-brodka-granda-curva-grande.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/469177043197128101'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/469177043197128101'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/09/monika-brodka-granda-curva-grande.html' title='Monika Brodka &quot;Granda&quot;: Curva Grande'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-4082064922978661002</id><published>2010-09-17T14:41:00.008+02:00</published><updated>2010-09-19T13:08:09.782+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Film'/><title type='text'>Bazyl. Francja - USA 3:0</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TJNnsJGWrbI/AAAAAAAAASI/Zv5D7S9QH9U/s1600/Bazyl_Czlowiek_kula_bazyl_4420245.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 150px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TJNnsJGWrbI/AAAAAAAAASI/Zv5D7S9QH9U/s200/Bazyl_Czlowiek_kula_bazyl_4420245.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5517867976513465778" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W 1996 roku niezmiernie ucieszyła mnie wiadomość, że za kolejnego „Obcego” bierze się reżyser uprawiający autorskie kino. Od „Ósmego pasażera Nostromo” tradycją było dobieranie reżyserów z charakterem. Mieliśmy Scotta – protoplastę serii, Camerona – lubującego się w kinie akcji, Finchera – jeszcze wtedy niedoszłego twórcę filmów kultowych no i w końcu Jean-Pierre Jeunet’a – twórcę wysublimowanych „Dellicatessen” i mrocznego „Miasta zaginionych dzieci”. Każdy z nich wniósł do serii swój własny styl, co sprawiło, że każda z części o Obcym stała się osobnym wielkim dziełem. Dlatego właśnie w 1996 roku zupełnie nie byłem zdziwiony, że Hollywood postawiło na europejskiego reżysera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeunet jest dla mnie francuskim odpowiednikiem Terrego Gilliama. Nie tylko poprzez wykorzystanie monty-pythonowskiej animacji w swoich filmach, ale także za tony kreatywnych pomysłów, które przetaczają się przez film niczym kolorowe szkiełka w kalejdoskopie. Podobnie jak Gilliam buduje mikroświaty pełne mikro-osobliwości. Wystarczy spojrzeć jak świetnie dopiera bardzo wyraźnych aktorów (Ron Perlman, Dominique Pinion, czy chociażby Audrey Tautou), z którymi rzadko się rozstaje. Z wielką nadzieją i podekscytowaniem wybrałem się na „Bazyla” i już od pierwszej sceny wiedziałem kto zrobił ten film i dla czego znalazłem się w tej sali kinowej, a nie innej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Film porusza ulubiony nomen omen temat Gilliama – kloszardzi i ich życie. Główny bohater to Bazyl, człowiek, który w dzieciństwie stracił ojca po wybuchu miny przeciwpiechotnej i który oberwał kulką w głowę w przypadkowej strzelaninie.  Po rekonwalescencji zostaje bez pracy i bez domu. Dołącza do grupy bezdomnych, którzy dobrze sobie radzą sami, przerabiając złom. Ekipa oryginalna, bo znajdują sie w niej między innymi takie freaki jak kobieta guma, dziewczynka która przelicza wszystkie miary w głowie, człowiek który pobił rekord Guinessa jako ludzki pocisk, ale nikt nie chce mu uwierzyć itd. Bazyl postanawia zemścić się na dwóch konkurencyjnych producentach broni, którzy winni są zarówno jego kuli w głowie jak i śmierci jego ojca. Integruje całą ekipę, aby zamieszać szyki grubym rybom, stojących na czele owych korporacji. Robią to w iście zabawny i kreatywny sposób, za sprawą indywidualnych umiejętności każdego z nich. Prosty schemat ‘budujemy ekipę z najlepszych i robimy skok’ przemielany nie raz chociażby w ostatnio recenzowanej „Incepcji”, ale wykonany przez śmiesznych kloszardów jara jeszcze raz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W czasie seansu nie mogłem się nadziwić, skąd Jeunuet bierze tyle ciekawych pomysłów. Energia i witalność przedstawianych gagów kipi na każdym milimetrze kliszy filmowej, a aktorzy niczym z trupy cyrkowej dają czadu, depcząc po piętach dwóm prezesom spółek.  Kolejne sceny mijają niczym obrazki z komiksu o Kaczorze Donaldzie. Dodatkowo charakterystyczne światło i scenografia w filmach Jeunueta nie pozwala oderwać wzroku od ekranu. Mimo komediowej konwencji film przemyca gdzieś poważne pacyfistyczne przesłanie. Fatcaty międzynarodowej korporacji, zajadając krewetki i popijając je drogim winem, podejmują decyzje poprzez naciśnięcie klawisza ENTER. Wpływają tym samym na losy maluczkich, gdzieś tam na dole. A jeżeli te międzynarodowe molochy to producenci broni ich decyzje zyskują pole rażenia zmiatające miliony z powierzchni ziemi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten film udowadnia, że nie trzeba już męczyć się na amerykańskich komediach, gdzie śmieszne sceny opierają się na puszczaniu wiatrów lub eksponowaniu przerysowanego motywu gejowskiego.  Nie wystarczy umieścić cameo z jakimś znanym celebrytą, aby ludożerka poszła do kina (patrz scena z Tysonem w „Kac Vegas”). Jeunet zbudował przyjemny film, bez silenia się na nowoczesne popcornowe podejście do widza. Znowu zebrał ekipę świetnych francuskich aktorów i pokazał, że można zrobić coś z jajem. Jeunet już dawno wszedł do Ligue 1 światowego kina, ale teraz jest już w Champions League.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-4082064922978661002?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/4082064922978661002/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/09/bazyl-francja-usa-30.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4082064922978661002'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4082064922978661002'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/09/bazyl-francja-usa-30.html' title='Bazyl. Francja - USA 3:0'/><author><name>Phil Nincompop</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15936483500419058898</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/Sr4WIBDKscI/AAAAAAAAANA/4fgq05ky7UE/S220/d.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TJNnsJGWrbI/AAAAAAAAASI/Zv5D7S9QH9U/s72-c/Bazyl_Czlowiek_kula_bazyl_4420245.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-867133751376969913</id><published>2010-09-14T10:59:00.004+02:00</published><updated>2010-09-14T13:08:41.938+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Arcade Fire "The Suburbs": Królowie przedmieścia</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/f/f7/Arcade_Fire_-_The_Suburbs.png"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 206px; height: 203px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/f/f7/Arcade_Fire_-_The_Suburbs.png" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Przedmieścia to jeden z amerykańskich symboli, słowo klucz, wytrych do zrozumienia klasy średniej, wreszcie popkulturalna klisza, wykorzystywana bez wytchnienia od wczesnych lat 60tych. Ich absolutną unifikację wyśmiewała już 1962 roku Malvina Raynolds w piosence „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=2_2lGkEU4Xs"&gt;Little Boxes&lt;/a&gt;” (patrz też „&lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Weeds_%28TV_series%29#Opening_music"&gt;Weeds&lt;/a&gt;”). Ich podskórne kipienie podkreślali chociażby &lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/d/de/Bvmovieposter.jpg"&gt;Lynch&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/b6/American_Beauty_poster.jpg"&gt;Mendes&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/9/99/SubUrbia_film_poster.jpg"&gt;Linklater&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/8/81/Little_children_post.jpg"&gt;Field&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/e/ef/Aseriousman.jpg"&gt;bracia Coen&lt;/a&gt;, a losy przedmiejskich bohaterów od początku telewizyjnego boomu obserwowaliśmy w tysiącach sezonów setek seriali. Je wymieńcie już sobie sami. Tak więc pewnie, życie w „małych pudełkach zrobionych z bele-czego, które wszystkie wyglądają tak samo” to mniej więcej to samo co egzystencja „w domach z betonu (w których) nie ma wolnej miłości”. Nuda, stagnacja, po prostu życie per se. Ale ten szorstki beton i chwiejny gips-karton bywają często czymś więcej. Pachną brudem, krwią i rzeczami pierwszymi. Miłością, rozczarowaniem i fascynacją. Na swojej nowej płycie Arcade Fire (zespół kanadyjski pełną gębą, ale bracia Butlerowie czerwony liść na sercu noszą od niedawna) przypomina całą gamę tych zapachów. Zapachów dzieciństwa.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Czy można zrobić ciekawy koncept album o dorastaniu w teksańskim Houston? Można. Zaproponować coś nowego, w pewnym sensie prostszego, nie tracąc przy tym wiarygodności? Jasne. Czy „The Suburbs” może mierzyć się z genialnym debiutem (po którym drżałem o dalsze losy zespołu) i mistyczną dwójką (po której drżałem jeszcze bardziej)? Dorównać im? Sprawić by lud doznał i oszalał na nowo?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Trzecia płyta Arcade Fire muzycznie nie jest już tak rozbuchana jest dwie poprzednie. Nikt nie pokusił się o wynajem kościoła, nie testował na siłę masy brzmień i nie wspinał się na wyżyny mistycyzmu. Jest sporo pianina, trochę mniej smyczków, ale to przede wszystkim płyta rockowa. Ściśle rockowa. Mocno rockowa. Zdecydowanie rockowa. Nikt się chyba nie spodobał takiego „prostego” podejścia do muzyki. Nikt nie myślał, że AF po prostu nagra piosenki. Większość osób od pierwszego odsłuchu wstała mocno rozczarowana. „Gdzie ta magia?” – myśleliśmy parząc czarną jak noc herbatę. „Co się stało z klimatem?” – kombinowaliśmy zapalając śmiercionośnego papierosa. Ale zaraz powrót, siad prosty, przycisk play. Bo to płyta wielu odsłuchów. Zaskakuje za drugim czy trzecim razem, ale ciągle i niezmiennie zyskuje w miarę słuchania po raz setny i dwusetny. Odnajdujemy w niej potem to wszystko, czego pozornie nie było. I wcale nie jest już tak prosto. Arcade Fire z wyżyn romantycznej abstrakcji zeskakuje na dramatyczny realizm, pełen metafor i odniesień, choć całkiem wprost rozliczający się i analizujący to, co dekadę czy dwie temu było kompletnie niezrozumiałe.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wspaniałe tytułowe „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=TtbrY6QrgPw"&gt;The Suburbs&lt;/a&gt;”, pełne gotowych mott i cytatów, wystukanych rytmicznym pianinem. Energetyczne „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=rNn6mimskt0"&gt;Ready to Start&lt;/a&gt;”, „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=TN5uS6t6Wg8"&gt;Modern Man&lt;/a&gt;” z tą połamaną gitarą i chyba najbardziej „widowiskowe” na płycie „Rococo”. A potem pędzące „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=RdYyYFymH-Y"&gt;Empty Room&lt;/a&gt;” z Régine, które bardzo bliskie jest temu, co działo się na „Funeral” i bardzo amerykańskie w brzmieniu, po trosze operowe „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=yJzgkrK7oGk"&gt;City with no children&lt;/a&gt;”. Wszędzie teraźniejszość miesza się z przeszłością, nostalgia z pragmatyzmem, a wszystko to dostajemy w jednej szklance w postaci gęstego snu. Wyraźnego w smaku, ale nieokreślenie mętnego, który uderza prosto do głowy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Punkt kulminacyjny płyty to „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=3b84zfPEe_g"&gt;Suburban War&lt;/a&gt;”: pełen zmian, gitarowych kod, dających po głowie perkusyjnych przejść, podniosłości i nostalgicznych czułości. Smutny, oczyszczający, chyba najlepszy w tym zestawie. Szybko zamazany wyścigowym „&lt;a href="http://www.thedailyshow.com/watch/thu-august-12-2010/exclusive---arcade-fire---month-of-may"&gt;Month of May&lt;/a&gt;”, które utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że „The Suburbs”, nie tylko tekstowo, ale też klimatycznie, jest jedną z najbardziej samochodowych płyt, które ostatnio słyszałem. Echa kulminacji obecne są jeszcze w piosence o listach, czyli „&lt;a href="http://www.thewildernessdowntown.com/"&gt;We Used to Wait&lt;/a&gt;” – tak, to banalne zapętlone pianino robi tu całą robotę. Są na płycie dwa utwory dwuczęściowe i każda z drugich części jest syntezatorowym skokiem w bok. I jeśli „Half Light II” jest tylko podbudowane moogowym arpeggiem, to już „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=0L6ZFhZVOx0"&gt;Sprawl II&lt;/a&gt;” ejtisowe jest bardzo mocno. Takie eksperymenty służą – to jeden z najlepszych utworów na płycie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Arcade Fire szanują klasykę, celebrują retro i lubią powroty do przeszłości. Nie chodzi tu tylko o cytowanie mistrzów, dzięki któremu to płyta pełna amerykańskich motywów. To robili zawsze, takie przecież było „Neon Bible”. Żadna niespodzianka.  Ale tu na swój niepowtarzalny kanadyjski sposób (podobnie od lat działa BSS) kontynuują ten wątek. Drążą. Zmieniają trochę podejście, są bardziej dur niż moll i nie komplikują już tak bardzo. Uderzają z siłą tysiąca odsłuchów, proponując uniwersalną wybiórczą wielowarstwowość. Chcesz prosto? A może jednak wolisz się pochylić i przeanalizować warstwa po warstwie? „Funeral” i „Neon Bible” były płytami magicznymi, aż dziw bierze, że coś takiego w ogóle powstało. Przy „The Suburbs” nie czuć tej boskiej ręki i kosmicznej iskry. Widać za to dużo ludzkiej pracy. Czas zejść więc na ziemię i docenić tę solidną i przemyślaną robotę. Nowy świadomy rozdział w historii zespołu. „Więc zejdź z gorącego chodnika/ I zanurz w trawie/ Bo tamto to już przeszłość/ tamto już minęło”.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-867133751376969913?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/867133751376969913/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/09/arcade-fire-suburbs-krolowie.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/867133751376969913'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/867133751376969913'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/09/arcade-fire-suburbs-krolowie.html' title='Arcade Fire &quot;The Suburbs&quot;: Królowie przedmieścia'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-4896016770533811274</id><published>2010-08-14T00:20:00.008+02:00</published><updated>2010-08-18T23:46:33.643+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>OFF Festival 2010</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXF_8usuCI/AAAAAAAAAZs/QAs2O_JQSBI/s1600/article,546,501282,logo-ofk-2010.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 198px; height: 270px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXF_8usuCI/AAAAAAAAAZs/QAs2O_JQSBI/s200/article,546,501282,logo-ofk-2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505023821954725922" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Tegoroczny OFF Festival udał się niemal doskonale (zarówno logistycznie, towarzysko i muzycznie) i bez przesady mogę go nazwać jedną z lepszych tego typu imprez, na jakiej kiedykolwiek gościłem. Niech się schowają wszystkie Openery ostatnich lat. Klimat na Śląsku jest zupełnie inny. Różni się więc i grupa wiekowa i target – mam po prostu wrażenie, że tu przyjeżdżają tylko i wyłącznie osoby skierowane na muzykę, obojętnie czy są bliżej 30stki (chyba najsilniejsza grupa na festiwalu), koło 50tki, czy słuchają jej sami czy z dziećmi, czy są po prostu wid&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;zami, czy też występują, a oprócz tego oglądają to, co dadzą radę. W Gdyni nie jest to takie oczywiste, tam często jeździ się bo wypada, bo jadą znajomi, bo to morze, lato i wakacje. A tu? Miła, rodzinna atmosfera, kulturalny piknik, trzy dni pokoju i muzyki. Off Festival naprawdę wydaje się  być imprezą na miarę naszych możliwości i potrzeb. Zdaję sobie sprawę, że w zeszłym roku pisaliśmy podobne peany i wychwalaliśmy OFF pod niebiosa, ale w 2010 roku nastąpił znaczny progres jakościowy i ilościowy. Więcej jest dni, artystów, miejsca, ludzi i atrakcji. W każdej z tych dziedzin jest też zdecydowanie lepiej. Oby ta rozwojowa tendencja utrzymała się.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na dobre wyszła też imprezie przeprowadzka z Mysłowic do Katowic. Choć szkoda mi bardzo corocznego porannego spaceru po mieście i piwa na rynku, to nowy teren pod festiwal, Dolina Trzech Stawów jest dużo lepszy niż dość ograniczona przestrzennie Słupna Park. Świetne zagospodarowanie tego terenu, bliskość pola namiotowego (tym razem, dzięki gościnie Maćka, omijanego szerokim łukiem),  osadzenie kompleksu gastronomicznego nad wodą, mądre ulokowanie scen, ogrodzeń i ważnych punktów sprawiło, że po 5 minutach na miejscu wiedziałeś wszystko, a do tego nie trzeba było ganiać jak idiota przez 10 minut żeby tylko dostać się z punktu A do B. Ponadto bezpośrednie sąsiedztwo sportowego lotniska urozmaiciło znacznie imprezę: oprócz kilku mokrych momentów pogoda zdecydowanie dopisywała, więc i samoloty odrywały się &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;co chwila&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; od ziemi. Piknik lotniczy w rytm dobrej muzyki z piwem w dłoni – czego można chcieć więcej?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-4896016770533811274?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/4896016770533811274/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/08/off-festival-2010.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4896016770533811274'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4896016770533811274'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/08/off-festival-2010.html' title='OFF Festival 2010'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXF_8usuCI/AAAAAAAAAZs/QAs2O_JQSBI/s72-c/article,546,501282,logo-ofk-2010.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-6400350804594038788</id><published>2010-08-13T23:56:00.024+02:00</published><updated>2010-10-26T23:13:34.066+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>OFF Festival 2010: Dzień pierwszy</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXET0NQoCI/AAAAAAAAAZc/G2Pt8dWMvZc/s1600/m_31d7242431dd40428be399b4552315e1.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 170px; height: 156px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXET0NQoCI/AAAAAAAAAZc/G2Pt8dWMvZc/s200/m_31d7242431dd40428be399b4552315e1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505021964241117218" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Na teren przybyliśmy dość wcześnie. Od razu pozytywne wrażenie: dużo więcej miejsca, choć sceny wcale nie były bardzo od siebie oddalone. Szybko odkryliśmy jedną z najważniejszych zalet tegorocznego festiwalu: zarówno scenę główną (mBank) jak i leśną można było obserwować z ogródków piwnych, co przy koncercie mniej ważnym było niewątpliwą zaletą, bo odwodnić się na tego typu imprezie nie można. Ta opcja przydała się szybciej niż myśleliśmy – otoczeni przez wyjątkowo paskudną burzową chmurę spoczęliśmy z piwem w ręku na leżakach pod wielkim parasolem i obserwowaliśmy jako nieliczni otwierającą tegoroczny Off grupę &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hotel Kosmos&lt;/span&gt;, która dość szybko nam się znudziła. Aczkolwiek w kontekście koncertującego kawałek dalej na leśnej scenie innego zespołu, byli naprawdę do przełknięcia. You call it a sound, we don't.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXEEkULcII/AAAAAAAAAZU/FTpkY0MmCFo/s1600/potty_umbrella1.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 133px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXEEkULcII/AAAAAAAAAZU/FTpkY0MmCFo/s200/potty_umbrella1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505021702277132418" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Na łopatki rozłożyła nas za to &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Potty Umbrella&lt;/span&gt; (nazwa bardzo na temat, choć kiedy grali parasol nie był już potrzebny), twór byłych członków Something Like Elvis (choć jak się okazało parę godzin później wcale nie takich byłych). Pięć dłuższych, instrumentalnych form, noszących znamiona jazzu, bluesa i psychodeli, ze świetną, mocno wchodzącą w retro gitarą prowadzącą Sławka Szudrowicza i kapitalną sekcją rytmiczną. Słyszałem o nich, nie słyszałem ich. Teraz wiem czym będę męczył bardziej konserwatywnych znajomych. O tej samej porze w namiocie występował Newest Zealand, nowy projekt Borysa Dejnarowicza, którego nie ukrywam, że byłem trochę ciekaw. Podobno Porcys robił weselny pociąg, wszyscy się uśmiechali i było fajnie. Mimo wszystko nie żałuję, że postawiłem na PU.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXDt7TX8RI/AAAAAAAAAZM/-5iBItTX0cI/s1600/l_5557b620a772418ab1edc1d90de10482.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 86px; height: 128px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXDt7TX8RI/AAAAAAAAAZM/-5iBItTX0cI/s200/l_5557b620a772418ab1edc1d90de10482.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505021313310781714" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;NP&lt;/span&gt;. to nowy rozdział w karierze poznańskiego Napszykłat. Na leśnej scenie rozpoczęli swój dość nowoczesny, a jednak oparty na bicie i słowie występ akurat wtedy, kiedy pojawiło się upragnione słońce. A że są bardzo zabawni, mają świetne wpadające w ucho teksty i muzycznie robią zamieszanie, to od razu wszystkim zrobiło się jakoś weselej. Porównania do Cypress Hill? Bardzo na miejscu. Konotacje z Beastie Boys? A czemu nie. (Ktoś z tłumu w końcu krzyknął „Sabotage!”). „Derek” brzmiący trochę jak „Out at the Pictures” Hot Chip? Zdecydowanie. Początek renesansu polskich okolic okołohiphopowych? Tym razem można się odważyć i pomarzyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXDNCAwSKI/AAAAAAAAAY8/1jZfDGB1YGc/s1600/Kim-Nowak-w-trasie_lightbox_full.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 146px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXDNCAwSKI/AAAAAAAAAY8/1jZfDGB1YGc/s200/Kim-Nowak-w-trasie_lightbox_full.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505020748176050338" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Śmieszni chłopcy z NP jeszcze kleili ostatnie bity i wykrzykiwali absurd za absurdem, a na głównej rozgrzewał się już &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kim Nowak&lt;/span&gt;. Tegoroczni, jeszcze ciepli, a już bardzo wysoko. Chyba pierwszy wyczekiwany koncert na tym festiwalu. Sporo osób wysłuchało pod sceną tych wszystkich Dresów, Szczurów i King Kongów. Nie chce się wierzyć, że tylko 3 osoby robią takie zamieszanie. OK., może na płycie jest trochę więcej magii, ale na scenie to 3 piece combo sprawdza się wzorowo. Choć Bracia W. bezbłędni jako sekcja rytmiczna, to gwiazdą jest tu bez wątpienia Michał Sobolewski. Ten to ma wczuwkę, sadzi szalone riffy i trzyma wszystko w kupie. Fiszowy wokal bywał już drapieżny i rockowy, a Emade od lat ma zwyczaj odwalać kawał fizycznej roboty waląc w bębny, ale nigdy jeszcze nie mieli na pokładzie takiego prowadzącego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXC-igrCvI/AAAAAAAAAY0/5IHyD9yOOtQ/s1600/19wiosen.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 168px; height: 126px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXC-igrCvI/AAAAAAAAAY0/5IHyD9yOOtQ/s200/19wiosen.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505020499201821426" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wykorzystujemy maksymalnie festiwalowy czas i uderzamy na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;19 Wiosen&lt;/span&gt;, poniekąd legendę polskiej sceny.  Widzę ich po raz pierwszy na żywo, ale pewnie sporo osób jest w takiej samej sytuacji. Zawsze obok, zawsze poza głównym nurtem, mimo, że istnieją (z małą przerwą) 20 lat. Promowali głównie nową płytę, „Pożegnanie ze światem”, grali coś z „Pedofila” i wszystko było nawet nawet. Polską hajperską gwiazdą już pewnie nie zostaną, ale powinni zostać docenieni za stare, odkurzone rzeczy i twórczą teraźniejszość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXCv7AJoBI/AAAAAAAAAYs/8KuIvI6dhcM/s1600/toro-y-moi.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 166px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXCv7AJoBI/AAAAAAAAAYs/8KuIvI6dhcM/s200/toro-y-moi.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505020248078262290" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Namiot, czyli fachowo Scena Trójka Offensywa i kolejny koncert z gatunku tych wyczekiwanych. Na dużej scenie Voo Voo właśnie prezentowało swoją płytę klasyczną. Tu natomiast prezentowany był ten słynny nowy gatunek: chillwave. Chazwick Bundick, czyli &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Toro Y Moi&lt;/span&gt; wystąpił razem z zespołem. Nie było sprawdzania maili na laptopie. Słyszałem potem, że wielu ludziom nie spodobało się to bardziej rockowe oblicze artysty, że czekali na dj-ski set i więcej dłubania w samplerach.  Come on! Płyty posłuchacie sobie jeszcze raz w domu. A tu dostaliśmy solidny, żywy i energetyczny występ pełen rozpoznawalnych motywów. Poza tym to przecież nie Flying Lotus sprowadzony do piosenki, ale Toro Y Moi, który – jakby nie patrzeć – strukturę ma ciekawą, ale w dalszym ciągu dość prostą, a wokale melodyjne i właśnie piosenkowe. Poza tym Chazwickowi się bardzo podobało - znaczy, że wróci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXChH9gBRI/AAAAAAAAAYk/Qy9YeEueJxY/s1600/l_6eae9b226d0e442baaefabd30329111e.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 128px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXChH9gBRI/AAAAAAAAAYk/Qy9YeEueJxY/s200/l_6eae9b226d0e442baaefabd30329111e.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505019993858770194" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Z namiotu na główną, z głównej na leśną – a była jeszcze scena eksperymentalna. Wspominam ot tak, bo po Toro Y Moi wcale na nią nie poszliśmy, ale znów zmierzyliśmy się z polską legendą alternatywy pod lasem. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Something Like Elvis&lt;/span&gt; postanowili się reaktywować i nawet jeśli tylko na chwilę, to bardzo miło z ich strony. Dawno ich nie słuchałem, ale ten akordeon w niektórych momentach jest nie do podrobienia. Poza tym to kolejny tego dnia show, w którym mogłem posłuchać gry Sławka Szudrowicza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXBv12lUGI/AAAAAAAAAYc/BymQs7dQM9k/s1600/the_horrors.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 152px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXBv12lUGI/AAAAAAAAAYc/BymQs7dQM9k/s200/the_horrors.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505019147184328802" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Pierwszy naprawdę zły wybór festiwalu to przedłożenie bez wątpienia kreowanej na jedną z głównych gwiazd tych trzech dni grupy&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; The Horrors&lt;/span&gt; nad Black Heart Procession. Tej ostatniej grupy nie udało mi się zobaczyć niedawno w Warszawie i może to był znak, że trzeba było obowiązek wypełnić teraz. Ale w końcu horrorsowe „Primary Colours” (&lt;a href="http://coldaim.blogspot.com/2009/12/rok-w-albumach-2009.html"&gt;nasz numer 3 w podsumowaniu 2009&lt;/a&gt;) , pozwoliło zapomnieć o szybko nudzącym się przekombinowanym debiucie. Najchudszy zespół świata pod dowództwem Farisa Badwana poleciał właśnie z tej nowej płyty. Próbowali stworzyć klimat, ale śmiertelnie znudzili. Ciekawe było jedynie ich pląsanie, bo tzw. „chód sceniczny” mają bardzo interesujący: gitarzysta kręci nóżką w kolanie, a basista wznosi się wirując w górę i delikatnie opada. Hipnotyzujące. Nie wiem, kto zachwycał się wykonaniem około 10-minutowej wersji „I Only Think of You” – ja prawie tam zasnąłem. A kiedy poprawili jeszcze czymś wykonanym równie nudno, to uciekłem. Pieprzyć gwiazdy. Czas na piwo, zastrzyk energii i sympatycznych opowiadaczy z Art Brut.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXBgXR9w4I/AAAAAAAAAYU/ZZoM5y8_t2A/s1600/artbrut-6-6neu.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 199px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXBgXR9w4I/AAAAAAAAAYU/ZZoM5y8_t2A/s200/artbrut-6-6neu.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505018881279640450" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie ukrywam, że jestem fanem jednej płyty tego zacnego bandu, a mianowicie debiutu „Bang Bang Rock &amp;amp; Roll”. Choć znam pojedyncze numery z dwóch kolejnych płyt i potrafię bez wytchnienia wykrzykiwać w kierunku sceny „DC Comics and Chocolate Milkshake – some things will always be great!”, to właśnie jedynkę uważam za magiczną. Nie muszę więc nikomu mówić na co się nastawiałem i o czym marzyłem. I co najlepsze – dostałem co chciałem! Zagrali „Formed a band”, „My Little Brother”, Good Weekend”, “Emily Kane” i “Modern Art”. To ostatnie wydłużone do granic możliwości, “Emily” zresztą też wzbogacone o znaną wszystkim fanom ckliwą historyjką. Eddie Argos: żałosny, żenujący, szczery do bólu i robiący z siebie ofiarę. Boleśnie zabawny, totalnie w swoim żywiole. Kiedy w pewnym momencie przypomniał sobie, że jest gwiazdą rocka, zeskoczył ze sceny, po czym obejrzał się i trochę jakby do siebie westchnął: „Ciekawe jak wdrapię się z powrotem…”. Właśnie takie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Art Brut&lt;/span&gt; chciałem zobaczyć. A Eddie dostał się na scenę, choć trochę się przy tym zmachał – pobiegł na około.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXBVHQwCwI/AAAAAAAAAYM/z47uBzND7xA/s1600/new-image.php.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 158px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXBVHQwCwI/AAAAAAAAAYM/z47uBzND7xA/s200/new-image.php.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505018688001018626" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Lenny Valentino&lt;/span&gt;. Ważna sprawa na tym festiwalu, ważna sprawa dla polskiej muzyki. Dla mnie też, bo jeśli zapytalibyście mnie znienacka na środku ulicy o moją ulubioną polską płytę nie traciłbym czasu na kombinacje. „Uwaga! Jedzie tramwaj” i już. Ale nie spodobało mi się jak Katowicach zaczęli, nie spodobało mi się jak zagłębiali się w materiał dalej. Coś zgrzytało. Rojek się nie przygotował? Cieślak pitolił za dużo? Lachowicz za bardzo improwizował? Dopiero przy „Chłopcu z plasteliny” zaskoczyło i zacząłem być zadowolony. „Dom nauki wrażeń”, „Trujące kwiaty”, Zniszczyłaś to czy zniszczyłem to ja” czy moje ulubione „Otto Pilotto” – dobrze było być na tym koncercie i poniekąd dotknąć tego arcydzieła. Ale tylko tak trochę, na chwilę. Koncert życia to nie był, tej płyty po prostu nie da się odegrać właściwie. „Uwaga…” to studyjna robota, nieprzekładalna dosłownie na język sceny. Nie po tak długim milczeniu. Bardzo to wszystko było miłe, ale prawdziwej magii nie uświadczyłem. LV to po prostu sprawa zamknięta. Płyta włożona do pudełka.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXBJxfYOpI/AAAAAAAAAYE/CcAHDUXD9Vg/s1600/thefall1.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 133px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXBJxfYOpI/AAAAAAAAAYE/CcAHDUXD9Vg/s200/thefall1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505018493178231442" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The Fall&lt;/span&gt; oglądaliśmy zza krat ogródka piwnego. Nie wstydzę się tego – widok był dobry, a brytyjska legenda wypadła tak o, więc niewiele by pewnie zmieniło gdybym stał nie 100, ale 10 metrów od sceny. Może nie jestem znawcą tematu i nie znam ich płyt w całości, może prawdziwi fani poczuliby to coś. Może ktoś napisze elaborat, albo relacje z minuty na minutę. Tak czy tak ludzie zgromadzeni w okolicach sceny, obojętnie czy laicy mojego pokroju, czy fanatycy, którzy przed koncertem przeanalizowali wahania w manierze wokalnej Marka E. Smitha na podstawie 30 płyt koncertowych The Fall i rozrysowali sinusoidę, odbyli pielgrzymkę do miejsca kultu. Wyznawcy, pozerzy i agnostycy – każdy chciał dotknąć absolutu. Komu się udało, temu się udało. Ja wypiłem piwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXA6IPsKcI/AAAAAAAAAX8/q0xfxhT-7NI/s1600/19958_0d26b59b-1854-4541-a28b-253ae0f86a3b.jpeg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXA6IPsKcI/AAAAAAAAAX8/q0xfxhT-7NI/s200/19958_0d26b59b-1854-4541-a28b-253ae0f86a3b.jpeg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505018224408537538" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Chwilę przed północą powstała rozkminka, czy obejrzeć na głównej scenie przyjemne i egzaltowane Tindersticks, czy może raczej oddać się hałasowi w namiocie przy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;A Place To Bury Strangers&lt;/span&gt;. „Musimy się obudzić” – powiedział Maciek i miał zdecydowaną rację. Choć do dziś nie wiem czy długoterminowo wybór APTBS był właściwy. Widziałem koncerty bardziej oślepiające, słyszałem te bardziej drażniące uszy. Ale szczerze mówiąc po występie chłopców z Nowego Jorku głowa boli mnie do dziś. Choć w kategoriach profesjonalnych monterów hałasu wypadają nadzwyczaj dobrze, obojętnie czy grają z jedynki czy dwójki, to radzę oglądać ich na normalnych koncertach – jako 12-sty występ z rzędu jednego dnia naprawdę mogą zabić. Warto było jednak wytrzymać do końca i zobaczyć to, co zrobił w ostatnim numerze Dion Lunadon. Podszedł on bowiem do końca sceny, podniósł z podłogi prostopadłościan stroboskopu i przystawił to ustrojstwo do swojej gitary basowej. Jego korpus rozbłysł feerią kolorów, dźwięk , już i tak mocno przesterowanego basu, podbity został ciężkim szumem, a on jak gdyby nigdy nic odbił się nogami od podłogi i ze stroboskopem w ręce rzucił w tłum. Jumpin' Jack Flash. Choć tym razem wszyscy przeżyli, nie róbcie tego w domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXAs1uYNzI/AAAAAAAAAX0/l-IUnMRVUCk/s1600/raekwon.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 155px; height: 161px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXAs1uYNzI/AAAAAAAAAX0/l-IUnMRVUCk/s200/raekwon.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505017996098680626" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;O leżaki festiwalowe! O katowickie pseudo plaże! &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Raekwon&lt;/span&gt;a przywitaliśmy na pełnym chilloucie właśnie w pozycji horyzontalnej. Raper wydawał się być zrelaksowany dużo bardziej od nas. Na pewno pomógł mu w tym konopny susz, który tak sympatycznie zachwalał i polskie Wu-Dżit-Su, które musiało mocno skopać Pana Wu-Tang (nie dało się zapomnieć o jego korzeniach, bo co chwila przypominał z którego klanu pochodzi). Show na leśnej scenie, pełen okrzyków w stylu „All the weed smokin' motherfuckers put your motherfuckin’ hands in the air!” nie był konstruktywny, ani muzycznie ciekawy, ale Raekwon na pewno zaniesie w świat dobre słowo o naszym kraju, płynącym niekoniecznie mlekiem i miodem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-6400350804594038788?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/6400350804594038788/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/08/off-festival-2010-dzien-pierwszy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6400350804594038788'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6400350804594038788'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/08/off-festival-2010-dzien-pierwszy.html' title='OFF Festival 2010: Dzień pierwszy'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGXET0NQoCI/AAAAAAAAAZc/G2Pt8dWMvZc/s72-c/m_31d7242431dd40428be399b4552315e1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-581634932506486760</id><published>2010-08-13T23:14:00.024+02:00</published><updated>2010-08-14T00:50:06.125+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>OFF Festival 2010: Dzień drugi</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-vzO6E7I/AAAAAAAAAXs/hPpCnlbtqsM/s1600/z7901108X,Paula-i-Karol.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 211px; height: 141px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-vzO6E7I/AAAAAAAAAXs/hPpCnlbtqsM/s200/z7901108X,Paula-i-Karol.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505015847946163122" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Szybki obiad w fantastycznym miejscu (o którym później), a potem w dół kolorowym wzgórzem, żeby tylko zdążyć na nowe muzyczne objawienie, nie tylko Stolicy, czyli &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Paulę i Karola&lt;/span&gt;. Straciliśmy minuty, ale słyszeliśmy raczej wszystko. Duet poszerzony ostatnio o Igora i Zosię na Offie występował w składzie aż 5-osobowym, z gościnnym Staszkiem, weteranem polskiej sceny, Wróblem. Miło patrzeć, jak ludzie momentalnie łapią &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;się &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;na bezpośredniość Karola i jak szybko zakochują w wiecznie uhahanej Pauli, nie mówiąc już o poczuciu „tego czegoś” przy ich mających „to coś” numerach. Zresztą kolejka po występie, żeby za „co łaska” zdobyć ich EPkę mówiła sama za siebie. Płyt zabrakło już po chwili.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-q_RJfDI/AAAAAAAAAXk/5IbVE5Oiehk/s1600/nathalieandtheloners.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 177px; height: 118px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-q_RJfDI/AAAAAAAAAXk/5IbVE5Oiehk/s200/nathalieandtheloners.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505015765277441074" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Natalia Fiedorczuk z „&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Nathalie and the Loners&lt;/span&gt;” na scenie stresowała się niemożebnie. Znacznie wpłynęło to na występ zespołu, choć czuć, że ta trochę zimna i odrobinę apodyktyczna artystka ma potencjał, a przede wszystkim głos. Zaczynała od nowa, marudziła, sprawiała wrażenie nieprzyjemnej, kiedy narzekała ze sceny. Jeden uśmiech zmieniłby wszystko, choć i tak zostaliśmy do końca. Coś w tej dziewczynie przyciąga jak magnes, nie stałem tam tylko dlatego, że parę miesięcy temu spodobała mi się jej płyta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-lAE8R-I/AAAAAAAAAXc/gA3fikOeBPM/s1600/Off-Festival-Pustki.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 221px; height: 147px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-lAE8R-I/AAAAAAAAAXc/gA3fikOeBPM/s200/Off-Festival-Pustki.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505015662415464418" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zaskakująco dużo tych polskich zespołów na Offie, tylko na nie chodzimy – wydało mi się przed 16:00, kiedy zmierzaliśmy na &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pustki&lt;/span&gt;, a w planie były kolejno ze trzy inne koncerty rodzimych wykonawców. Sobota była zdecydowanie dniem pokazów lotniczych. Występ muzyków ściany wschodniej rozpoczął się więc od efektownego ślizgu. Pustki były o tyle w formie, o ile Basia umiała na scenie przezwyciężyć swoje przeziębienie. W pewnym momencie się więc poddali i poszli w stronę instrumentalu, ale i tak zdążyli zagrać trochę z „Kalamburów” (naprawdę słabo, że Rojas nie zjawił się na swoją partię „Nieodwagi”), trochę z Końca Kryzysu i kawałek „Domina”. A, no i „Patyczaka” – za to dzięki, bo usłyszeć taki klasyk na żywo, to sama przyjemność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-gVXjNwI/AAAAAAAAAXU/Sd-dwpDCBUk/s1600/mitch_foto.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 164px; height: 170px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-gVXjNwI/AAAAAAAAAXU/Sd-dwpDCBUk/s200/mitch_foto.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505015582231312130" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mitch &amp;amp; Mitch&lt;/span&gt; to wybór oczywisty i bezdyskusyjny. Zupełnie nie zdziwiło mnie więc, że ich koncert był jednym z najlepszych na tym festiwalu. Mitche grali perfekcyjnie, głównie skupiając się na najnowszej płycie (usłyszeć „Dinomatendo” i umrzeć!). Ponadto Macio Moretti udowadnia, że zasługuje na te wszystkie zachwyty i pochwały, które spływają na niego ostatnio. Prowadzi swój big band idealnie, a anglojęzyczną konferansjerkę ma doskonałą. „Jesteśmy w Polsce, mów po Polsku!” – krzyknął ktoś obcesowo z tłumu, kto nie umiał się bawić. A Macio chwilę się zadumał: „Are we?” I rozpoczął dyskusję w obrębie swojego zespołu, pytając kto lubi Polskę i dlaczego „trochę tak, a trochę nie”. Mistrz ciętej riposty, artysta absolutny, plane spotter, któremu podczas koncertu nie umknął żaden powietrzny statek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-bIR1uNI/AAAAAAAAAXM/pK09PwdrU4o/s1600/l_450539df252b491195bb7534eba827ab.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 204px; height: 130px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-bIR1uNI/AAAAAAAAAXM/pK09PwdrU4o/s200/l_450539df252b491195bb7534eba827ab.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505015492818352338" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kolejna festiwalowa pomyłka: olałem Pink Freud (argumentem było, że tyle razy ich widziałem), żeby utwierdzić się w przekonaniu, że &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Muchy &lt;/span&gt;dają dupy. No i oczywiście dają, choć oglądanie ich nie sprawiło mi oczywiście przyjemności. Ten spodziewanie słaby koncert pozwala wysnuć oczywiste wnioski: Poznaniacy są mocni tylko w studio pod okiem potrafiącego okiełznać ich producenta. Na płycie potrafi zadziać się coś naprawdę dobrego, „Notoryczni Debiutanci” mieli przecież momenty. Na żywo natomiast nie brzmią zupełnie, płaska gitara, wokal jak z szafy, za głośne to, za ciche tamto. A do tego ten nieznośny, oh-jak-mało-zabawny Wiraszko. Koncert- zupełne pudło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-V92Wl5I/AAAAAAAAAXE/jgTN5QOjSJc/s1600/uchofinale110.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 158px; height: 105px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-V92Wl5I/AAAAAAAAAXE/jgTN5QOjSJc/s200/uchofinale110.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505015404119365522" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Aptekę &lt;/span&gt;grającą „Mendę” obejrzeliśmy niestety zza piwnego płotu, wszystko przez Muchy, które rozleniwiły nas totalnie i redakcję &lt;a href="http://www.pianamagazine.com/"&gt;Piany&lt;/a&gt;, która zapragnęła się pointegrować. Ale piąte przez dziesiąte zerkałem na Kodyma i jego załogę, która odwalała swój kultowy album od dechy do dechy. Naprawdę szacun, bo te numery brzmią nadwyraz świeżo. Nawet dla takiego niedzielnego (a właściwie sobotniego) fana Apteki jak ja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-QCAkybI/AAAAAAAAAW8/cW36weSVLS8/s1600/abo.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 180px; height: 116px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-QCAkybI/AAAAAAAAAW8/cW36weSVLS8/s200/abo.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505015302156765618" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Im bardziej śląski festiwal się rozrasta, tym więcej trudnych wyborów staje na drodze. Tym razem zrezygnowaliśmy z Mouse on Mars, a wybraliśmy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Archie Bronson Outfit&lt;/span&gt;. Nie wiem co się działo na trójkowej scenie, czy Niemcy nudzili czy dawali czadu, ale Brytyjczycy z Domina nie pokazali się od najlepszej strony. Ich rockowa psychodela ze szczyptą elektroniki, może zaprasza do tańca na płytach, natomiast tu trio wypadło po prostu smętnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW98ISJfFI/AAAAAAAAAW0/jzGiH20PK34/s1600/tunng3.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 102px; height: 106px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW98ISJfFI/AAAAAAAAAW0/jzGiH20PK34/s200/tunng3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505014960243702866" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ktoś zachwalał &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tungg&lt;/span&gt;, a my pospieszyliśmy na scenę leśną, ale zaraz potem nastąpiło oberwanie chmury, więc trzeba było się gdzieś schronić, sami rozumiecie. Przez ogólne zamieszanie nie pamiętam zbyt wiele z występu, a mogę przysiąc, że to co w mojej pamięci zostało, to kawał dobrej muzy. Jeden z tegorocznych wyrzutów, których nie obejrzałem należycie i chyba jedyny nie związany z malutką sceną eksperymentalną, na której działy się rzeczy magiczne, a mi nigdy nie udawało się tam dotrzeć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW81zMFiGI/AAAAAAAAAV0/cNnqr0aBzCA/s1600/hey1.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 167px; height: 139px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW81zMFiGI/AAAAAAAAAV0/cNnqr0aBzCA/s200/hey1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505013751990290530" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Miałem smaka na Hawk &amp;amp; A Hacksaw, a wybrałem jak chyba wszyscy starego dobrego &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hey&lt;/span&gt;a. Jestem słaby, ale oni ciągle wydają dobre płyty i chce się ich oglądać w coraz to nowej jakości. Mogliby tylko tą Nosowską wysłać na jakiś kurs asertywności, bo piszczy wstydliwie ze sceny jak mała mysz. Ale reszta na plus: elektronika z ostatniej płyty zabrzmiała solidnie a i show zrobili perfekcyjny. Zespół wspomagał wokalnie i klawiszowo Krzysztof „Idol” Zalewski, ale to też chyba żaden news. Moment: „Heledore Baby” podlane elektro sosem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW8m6UpJEI/AAAAAAAAAVs/FmPVtgryL_8/s1600/mew.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 107px; height: 110px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW8m6UpJEI/AAAAAAAAAVs/FmPVtgryL_8/s200/mew.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505013496207189058" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Bardzo ciekawy i równy koncert dali Duńczycy z &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mew&lt;/span&gt;. Choć nie do końca rozumiem, po co był na scenie czarnoskóry tancerz (i wydaje mi się, że nie tylko ja), to brzmienie mieli niesamowite. Do tego charakterystyczny wokal Jonasa Bjerre – nie pamiętam już którym utworem zakończyli występ, ale efekt podniosłej klimaciarskiej zadumy był doskonały. Nawet tancerz się na chwilę zatrzymał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW8hIOh7RI/AAAAAAAAAVk/655Dg7Ugut8/s1600/dinosaur-jr-farm-2.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 140px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW8hIOh7RI/AAAAAAAAAVk/655Dg7Ugut8/s200/dinosaur-jr-farm-2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505013396860431634" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Piotr Metz zapowiadając &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dinosaur jr. &lt;/span&gt;napomknął o tym, że niestety nie d&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;oleciał cały ich sprzęt - część wzmacniaczy i gitary Jaya Mascisa zagubiła Lufthansa. Trochę nas to zaskoczyło, bo białowłosy frontman dinozaurów i tak stal już pod potężną ścianą Marshalli. Dzierżona przez niego gitara okazała się być natomiast własnością starego znajomego z Black Heart Procession, Palla Jenkinsa. Zespół czuł się chyba faktycznie nieswojo z pożyczonym sprzętem – co chwilę się stroili i kombinowali z brzmieniem, natomiast to co wyszło z głośników było naprawdę potężne. Nie grali długo, ale zagrali naprawdę sporo. Nawet cure’owe „Just Like Heaven”, a co!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW8aLdE5kI/AAAAAAAAAVc/ouJszGWxliE/s1600/lali-puna.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 212px; height: 155px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW8aLdE5kI/AAAAAAAAAVc/ouJszGWxliE/s200/lali-puna.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505013277467665986" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ostatnim naszym sobotnim koncertem była &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Lali Puna&lt;/span&gt;. Miałem okres fascynacji tą grupą, czasy „Scary World Teory” i „Faking the Books”. Berlińska scena, na której hasał też w tamtych czasach „Notwist”, była czymś zupełnie nowym. Marcus Asher, który maczał palce w obu zespołach naprawdę rozdawał wtedy karty. Teraz natomiast, mimo nostalgii, która przychodzi, kiedy słyszę stare numery i patrzę na śpiewającą Valerie, nie jestem w stanie zachwycić się Lali Puną i paść znów przed nią na kolana. Wyszedłem więc z koncertu lekko rozczarowany, zastanawiając się czy to był dobry wybór, czy znów wybranie faworytów sprzed lat zamiast nowych i mało znanych, natomiast chwalonych przez znawców nie było błędem. W końcu na eksperymentalnej scenie kończył właśnie swój koncert Zs z Brooklynu. I podobno to była ta magiczna chwila OFFa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-581634932506486760?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/581634932506486760/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/08/off-festival-2010-dzien-drugi.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/581634932506486760'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/581634932506486760'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/08/off-festival-2010-dzien-drugi.html' title='OFF Festival 2010: Dzień drugi'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGW-vzO6E7I/AAAAAAAAAXs/hPpCnlbtqsM/s72-c/z7901108X,Paula-i-Karol.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-2877090219631863268</id><published>2010-08-13T21:54:00.015+02:00</published><updated>2010-08-14T01:07:27.451+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>OFF Festival 2010: Dzień trzeci</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWkMYbwgLI/AAAAAAAAAUE/_p0Jch9DK_0/s1600/Zdj%C4%99cie0395.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWkMYbwgLI/AAAAAAAAAUE/_p0Jch9DK_0/s200/Zdj%C4%99cie0395.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504986652154560690" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Plan był taki, żeby zdążyć na 15:00 na&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;Indigo Tree, bo nie widziałem ich jeszcze na żywo. Na śniadanio- obiad udaliśmy się, tak jak i poprzedniego dnia, do polecanego przez Maćka „Złotego Osła”. Dla znających katowickie klimaty to pewnie nic nowego, ale ja zakochałem się w tym wege miejscu od razu i serdecznie je wszystkim polecam. Polecałem je też poprzedniego dnia Vincentowi Moonowi, na którego natknąłem się po raz drugi w tym tygodniu, ale zbyt dobrze się bawił, żeby myśleć o takich sprawach. I niech żałuje – moim zdaniem zrobiłby tam świetną sesję w ramach swojej blogothequowej działalności. Miałem próbkę właśnie w niedziele, kiedy to bliżej nieznany mi zespół zaczął grać do kotleta mieszankę wszystkiego co podleci. Najprościej porównać ich do Man Man, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=_3hP4eibR8o"&gt;zobaczcie jednak sami&lt;/a&gt; (to tak w ramach występu niby poza, ale dla mnie jak najbardziej festiwalowego).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWkkUc0TRI/AAAAAAAAAUM/ggdgEogoaVQ/s1600/Indigo_Tree_indigo_Singel_3596239.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 133px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWkkUc0TRI/AAAAAAAAAUM/ggdgEogoaVQ/s200/Indigo_Tree_indigo_Singel_3596239.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504987063402122514" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Indigo Tree&lt;/span&gt; nie zawiedli, choć też specjalnie nie zaskoczyli. Na swoich koncertach oddają klimat płyty, robi się przez moment magicznie i nastrojowo, chętnych do posłuchania ich numerów jest całkiem sporo, a potem wszyscy się rozchodzą. Było fajnie, ale świat toczy się dalej. Filip i Peve muszą jeszcze trochę pokombinować, żeby kołysanki z ich płyty funkcjonowały w naszej świadomości trochę dłużej. Bo jest klimatycznie, ale ulotnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWkxlo-a1I/AAAAAAAAAUU/kLnGtgF8cM4/s1600/Happy-Pills.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 185px; height: 125px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWkxlo-a1I/AAAAAAAAAUU/kLnGtgF8cM4/s200/Happy-Pills.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504987291354819410" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nowe stare &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Happy Pills&lt;/span&gt; w namiocie zagrało przyjemny set ze wspomnianą wcześniej nie do końca scenicznie przyjemną Natalią F. Znów się pastwię i znów biję jej pokłony za wokalny talent i celność w rzucaniu tamburynem w basistę. Jeśli chodzi o całość, to nie sądzę, żeby reaktywowanie Happy Pills było komuś potrzebne. Los ich skrzywdził, ludzie nie docenili, rozpadli się przedwcześnie – to wszystko smutne, ale takie smęty-męty nikogo nie ruszą, nie mają aż tak dużego zaplecza starych fanów. Czy tego chcą czy nie, startują jako zupełnie nowy zespół. Muszą pokazać coś więcej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWk51XhPEI/AAAAAAAAAUc/wYjf3UlSgYw/s1600/Tallest-Man-on-Earth-at-End-of-the-Road-Festival-2009.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 133px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWk51XhPEI/AAAAAAAAAUc/wYjf3UlSgYw/s200/Tallest-Man-on-Earth-at-End-of-the-Road-Festival-2009.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504987433015524418" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Parę minut przed końcem Pigułek na ból istnienia pobiegliśmy na drugi koniec festiwalowego miasteczka (wbrew pozorom to nie tak daleko), do eksperymentalnego namiotu, żeby zająć dobre miejsca na koncercie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The Tallest Man on Earth&lt;/span&gt;. Okazało się to całkiem niezłym pomysłem, bo wkrótce ta mikro scena koncertowa wypełniła się ludźmi i zrobiło się dość ciasno. Mój najbardziej chyba wyczekiwany gig tego festiwalu nie zawiódł. Kristian Matsson dał z siebie więcej niż wszystko, przy czym był zabawny, sympatyczny i po prostu uroczy. Zmieniał strunę, bo są piosenki, które możesz zagrać tylko na jednej konkretnej gitarze, mimo, że obok stoją trzy. Dokręcał werbel, bo tak jak nam coś mu brzęczało na scenie. Kręcił się, siadał, chodził i wzdychał nad popsutym sprzętem. A przede wszystkim grał, z właściwą sobie, trudną do uwierzenia perfekcją i tak samo śpiewał, a numery i z „Shallow Grave” i „Wild Hunt” waliły po uszach. Te wszystkie porównania do Dylana… Dopiero teraz, po koncercie na żywo, widzę jak zupełnie oddzielną jakość Matsson przedstawia. Wydawało mi się, że kumam wszystkie emocje zawarte w jego muzyce, ale to było jak lizanie cukierka przez papierek. Od niedzieli natomiast czuję potęgę smaku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;O.S.T.R&lt;/span&gt;.ego słucham z daleka, ale zupełnie niepotrzebnie dociera do mnie wszystko. Szacun dla niego, nie chcę go ot tak po prostu dissować, ale to co wyczynia między numerami, ta konferansjerka, którą raczy tłum… Żałość, żal, żenada. I to wszystko na serio?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWlByF4k8I/AAAAAAAAAUk/PK2bjsO46tw/s1600/casiokids.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 195px; height: 131px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWlByF4k8I/AAAAAAAAAUk/PK2bjsO46tw/s200/casiokids.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504987569575203778" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Na leśnej scenie wesoły koncert &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Casiokids&lt;/span&gt; skutecznie ukrócił nasze pastwienie się nad wyżej wymienionym Łodzianinem. Bardzo rozrywkowi, elektro zabawowi, popowo, tanecznie i rozrywkowo. Nie sądzę, żebym wracał do nich i słuchał poza festiwalem, ale dzięki za nich, panie Rojek. Scena leśna, będąca pomiędzy gwiazdorską główną, a alternatywną trójkową, to miejsce, gdzie często działy się tego typu rzeczy podczas tych trzech dni, gdzie po prostu bywało optymistycznie i bardzo zabawnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWlIULN1nI/AAAAAAAAAUs/34bmZVn-7-Y/s1600/dum-dum-girls-jail-la-la.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 210px; height: 157px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWlIULN1nI/AAAAAAAAAUs/34bmZVn-7-Y/s200/dum-dum-girls-jail-la-la.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504987681803589234" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dum Dum Girls&lt;/span&gt; to jedna ze świeższych rzeczy w tegorocznym line-upie, znak, że szefostwo trzyma rękę na pulsie. Subpopowy girls band, o trochę gotyckiej stylówie, to cztery urocze długonogie dziewczęta, które zakładają kiry na wzmacniacze i udają, że są przynajmniej tak ostre, jak tarantinowski Pluton Śmiercionośnych Żmij. Bardzo lubię w zaciszu domowym podśpiewywać sobie słodkie refreny z ich debiutanckiej płyty „I Will Be” i cieszę się, że obejrzałem dziewczyny w Katowicach ( też sobie niby ponuciłem co trzeba). Problemem jest tylko to, że ich radykalny wizerunek przełożył się trochę na muzykę. Było ostro, zadziornie i dużo mniej melodyjnie, co w ich przypadku oznacza też niestety monotonnie. „Baby don’t go” – śpiewała Dee-Dee, a ja tak naprawdę nie miałem nic przeciwko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWlRRm00oI/AAAAAAAAAU0/9CL1FUcXNjg/s1600/NoAge500%281%29.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 192px; height: 145px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWlRRm00oI/AAAAAAAAAU0/9CL1FUcXNjg/s200/NoAge500%281%29.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504987835732906626" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Rozczarował mnie trochę leśny występ &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;No Age&lt;/span&gt; i żałowałem przegapionego eksperymentalnego Damona i Naomi, do czasu, aż usłyszałem także na ich temat pomruki niezadowolenia. Już sam nie wiem komu wierzyć, sobie czy im. W ogóle obczajcie ile Sub Popu na tegorocznym feście – ten Poneman chyba nie był w zeszłym roku przypadkiem, pewnie są naciski, żeby wystąpił ten i tamten, a Artur się stresuje, czy Jonathan znowu nie zadzwoni „z prośbą”. Tak czy tak nie odczułem za bardzo klimatu „Nouns”, którym kiedyś tak się zachwycałem. Było grubo i szałowo, ale co z tego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWlgbNaMyI/AAAAAAAAAU8/Qyn8DjzSj0A/s1600/raveonnettes-biografia.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 200px; height: 167px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWlgbNaMyI/AAAAAAAAAU8/Qyn8DjzSj0A/s200/raveonnettes-biografia.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504988096008696610" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The Raveonettes&lt;/span&gt; na głównej scenie. Mam wrażenie, że głównie zaczarowali sceptyków i nie-fanów. Słyszałem np. zachwyty nad prostotą perkusji, co wydało mi się nad wyraz zabawne. Oczywiście, miło było popatrzeć na Sune’a, a przede wszystkim – nie oszukujmy się panowie dlaczego tak ich lubimy – na Sharin Foo. Dziękujemy i za duety i za solowe rywalizacje, za numery stareńkie i nowe przeboje. Tylko jakoś tak z tyłu głowy kołatało mi się wspomnienie rozpakowywania w liceum przesyłki z EPką „Whip it On”, podśpiewywania pod nosem i marzeniu, żeby zobaczyć ich na żywo. Kiedy to było? No właśnie. Trochę się już to wszystko zdezaktualizowało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWlvMHoJ4I/AAAAAAAAAVE/Vp1BT-vCXBU/s1600/kryzys.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 142px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWlvMHoJ4I/AAAAAAAAAVE/Vp1BT-vCXBU/s200/kryzys.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504988349655951234" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kryzys&lt;/span&gt; na leśnej scenie, a my znów pijemy piwo! Spokojnie – tu wszystko słychać. Także to, że mimo kilku momentów, kiedy to usłyszeliśmy numery wielkie (Maćkowi po policzku spłynęła nostalgiczna punkowo-reggae’owa łza), koncert zaliczał się do tych bełkotliwych i mętnych. Za dużo wycieczek w strony trudnych do zidentyfikowania i zabawnych tylko na scenie absurdów, dygresji nie na temat i pijackich odniesień. Wielkie hasła rzucane na odwal, ideały, w które nikt już na pewno w zespole nie wierzy. Nie wiem kto to wszystko kupił. Ja nie. Sensowny był tylko apel jednej z młodych członkiń zespołu, która wyraźnie poirytowana błazenadą dzielących z nią scenę oldboy’ów (którzy zajęci byli właśnie odgrywaniem długaśnej wersji "Je t'aime, moi non plus"), krzyknęła: „Kurwa, zagrajmy wreszcie coś konstruktywnego!”. Nie została wysłuchana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWl23iv2WI/AAAAAAAAAVM/zt9UykRzKrM/s1600/flaming_lips.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 240px; height: 161px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWl23iv2WI/AAAAAAAAAVM/zt9UykRzKrM/s200/flaming_lips.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504988481571510626" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Czy to już? Czy to teraz? Czy ktoś poszedł na Kucza i Kulkę? Jeśli ktokolwiek miał jakieś wątpliwości co do tego, kto na tym festiwalu robi za główną gwiazdę, wyzbył się ich już w momencie oczekiwania na ten występ. Wiedziałem jak to ma wyglądać, znałem po kolei punkty programu, czekałem na balony, kulę, kolory i nagie kobiety. I co z tego, skoro i tak Wayne Cooney z zespołem zaskakiwali mnie na każdym kroku. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;The Flaming Lips&lt;/span&gt;, którzy nagrali ostatnio przeróbkę „The Dark Side of the Moon”, są dziś bliżej Pink Floydów niż żaden zespół kiedykolwiek był. Także jeśli chodzi o symbolikę i moc płynącą z live actów. „A potem, proszę ciebie, zespół kolejno wyszedł z wielkiej cipy” – już po występie Maciek śmiał się, że tak mogłaby brzmieć relacja, którą zda swojemu ojcu, kiedy spotka się z nim następnego dnia. I tak, i właśnie tak było! Do tego wspomniane już kule, balony, niedźwiedzie i alieny. Konfetti sypiące się na głowy, metry sześcienne dymu i laserowe ręce. Śpiewanie „Yoshimi Battles the Pink Robots” i agonia zmysłów przy finałowym „Do You Realize??”. Psotnik Wayne jest jak pastor kościoła optymistów. Po jego kazaniu wychodzisz szczęśliwszy, lepszy i bardziej spełniony. Tak, zdecydowanie, to powinna być religia, tak powinna wyglądać msza święta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWl_F6ueKI/AAAAAAAAAVU/YXUDAaNRVDk/s1600/apc.jpeg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 114px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWl_F6ueKI/AAAAAAAAAVU/YXUDAaNRVDk/s200/apc.jpeg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504988622869133474" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Z OFF Festivalem żegnamy się oglądając bardzo dobry występ &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Anti&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;-Pop Consortium&lt;/span&gt;. Dwa dni temu w tym samym miejscu i tym samym czasie scenę okupował Raekwon i aż dziw bierze, kiedy uświadomisz sobie, że i były Wu-Tang i Consortium reprezentują ten sam gatunek. Nowojorscy poeci działają na nas jak leki na podtrzymanie (dobrego humoru po występie The Flaming Lips). Ale czas się zbierać. Ostatnie piwo, ostatni papieros, ostatni kawałek. Niektórzy nie mają już siły, inni mają pociąg do złapania. Za rok poproszę to samo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-2877090219631863268?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/2877090219631863268/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/08/plan-by-taki-zeby-zdazyc-na-1500-na.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/2877090219631863268'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/2877090219631863268'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/08/plan-by-taki-zeby-zdazyc-na-1500-na.html' title='OFF Festival 2010: Dzień trzeci'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/TGWkMYbwgLI/AAAAAAAAAUE/_p0Jch9DK_0/s72-c/Zdj%C4%99cie0395.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-8621243936535792210</id><published>2010-08-09T10:09:00.008+02:00</published><updated>2010-08-09T23:15:07.451+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Film'/><title type='text'>"Incepcja" czyli percepcja do wewnątrz? ;)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TF-5ewLyKHI/AAAAAAAAARo/n48bn2fUkWM/s1600/4mwkuk.jpeg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 136px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TF-5ewLyKHI/AAAAAAAAARo/n48bn2fUkWM/s200/4mwkuk.jpeg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5503321207651575922" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mało jest reżyserów, na których premiery filmów czekam z zapartym tchem. Wszyscy wielcy tego świata już dawno się sprzedali. Nie mogę ogarnąć spadku formy Ridleya Scotta do poziomu mniej niż zero, Olivera Stone’a, który nakręcił sequel Wall Street, Allenowi nie da się już wybaczyć zjadania swojego czwartego ogona. Może dlatego z braku laku kibicuję Nolanowi. Mimo zachwytów nad jego twórczością krytyków i widzów, muszę stwierdzić, że jego filmy są tylko bardzo dobrze nakręconymi filmami rozrywkowymi, siląc się niestety z przesadą na kino intelektualne. A może to właśnie dzięki nasyceniu jego filmów dozą pseudo-metafizyki odróżniają się na tle dzisiejszych amerykańskich produkcji. Może dlatego na nowe filmy Nolana czekam z utęsknieniem, zadając sobie pytanie jakie wkręcające zakończenie przemyci tym razem. Każdy odliczał  dni do premiery „Mrocznego Rycerza”. Każdy z nas napalił się tak, że nie dostrzegł błędów logicznych i przegadanych kwestii. Czy w przypadku „Incepcji” nie jest podobnie?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Na samym początku wyżalę się na dzisiejsze kino komercyjne. Po „Mrocznym Rycerzu” zastanawiałem się co Nolan sobie teraz będzie dłubał w przerwie do następnego Batmana. Może jakiś odpoczynek? Nic z tego, facet nie dość, że zabrał się za kolejny film z rozmachem,  to jeszcze skrobnął scenariusz. Niewątpliwie ma talent. Jednak oglądając jego filmy wydaje mi się, że za bardzo sili się na zrobienie filmu kultowego. Co więcej dokładnie wie jaka jest recepta na takie kino.  Czego tu nie mamy? „Matrix” – zawieszki w powietrzu, „Blade Runner” – świat tajemniczych korporacji oraz pytania pokroju „Kim jestem?”, „Gorączka” – „dobrze ubrane” kino akcji itd. Gdyby Nolan chociaż zmniejszył rozmiar o „jeden poziom” byłoby oki. Kiedy pojawia się rozkminka bohaterów o wskoki na następny level świadomości, film zakrawa na parodię „Incepcji”. Podobnie jest z poważnymi rozmowami bohaterów. W pewnym momencie miałem ochotę zaśmiać się i krzyknąć „skończcie ten bełkot”. Panie Nolan bardzo fajnie, ale po co tak zakręcać i  przykrywać intelektualnym pierdzeniem błędy w scenariuszu (jakie? nie będę spoilerował).&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Druga rzecz, która popełniana jest nagminnie w kinie amerykańskim, to „ukryty lektor” dla widza masowego. Jeden z bohaterów wprowadzany jest na siłę, aby tłumaczyć na bieżąco akcję filmu. W tym przypadku to Ariadne – Ellen Page. O zgrozo zobaczcie jak ona ma na imię. Ariadno, dziękujemy ci za nić bez niej nie wydostalibyśmy się z tak zagmatwanych sytuacji w scenariuszu. Bohaterka grana przez Page nie ma żadnej historii w filmie, nikt się z nią nie utożsamia, nie jest tez postacią, którą chce się oglądać, ale jest manekinem gdzie każdy tłumaczy jej jak dla pierwszaków o co kaman. Ariadne pyta” I co teraz będzie?” albo „a dlaczego tak?” a dlaczego nie tak” i zaraz otrzymuję odpowiedź. Proszę, dajcie trochę pomyśleć. Już nie raz pisałem na coldaimie, że kluczem do statusu filmu kultowego  jest nieodkryta tajemnica. Ile razy widzieliśmy na ekranie postać Aliena z „Ósmego pasażera Nostromo”? &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nolan kręci postmodernistyczne kino akcji. Miszmasz gatunków połączony mimo wszystko z realizmem. Podobają mi się bohaterowie prowadzeni twardą ręką bez taryfy ulgowej. Gdzieś, przeczytałem, że „Incepcja” to kino szpanerskie. I tak dokładni jest. Mnie to jara. Panowie w dobrze skrojonych garniturach z poważnymi minami ładują karabin maszynowy w kadrach wyjętych z włoskiego Vogue. To jest cool. Świetnie dobrana obsada. Di Caprio musi być zmęczony odgrywaniem ostatnio tych samych ról agentów i policjantów z problemami („Krwawy Diament”, "W sieci kłamstw”, „ Wyspa Tajemnic”), ale i tak daję radę. Dobrze odświeżony Joseph Gordon-Levitt. Genialnie urzekający Tom Hardy. Nieśmiertelny Michael Caine (czy on jest przybranym ojcem Nolana, czy jak?). Czy totalnie odrealniony Cillian Murphy. Podoba mi się też pokazówka „lubię oldschoolowe kino akcji” w postaci obsadzenia Toma Berengera. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Przejdźmy do fabuły. Koncepcja wchodzenia w sny w snach do tej pory nie penetrowana, chociaż „Odmienne stany świadomości” było blisko, no i jeszcze &lt;a href="http://film.onet.pl/0,0,2206498,wiadomosci.html"&gt;Sknerus McKwacz&lt;/a&gt;. Za ten pomysł należą się uznania. Agenci i korporacje w stylu cyber-punk. I’m Lovin’  it. Czułem klimat od samego początku. Fani Sci-fi nie mogą być zawiedzeni. Mroczne zawieszenie akcji nie wiadomo na którym poziomie świadomości faktycznie zmusza do zagwostki a la ”Gdzie kończy się kosmos?”. W takim sosie przymykam oko, na śmieszne scenki typu związanie ekipy w sandwicha (McGrubber by tego nie wymyślił). Od samego początku film trzyma w napięciu, nie puszcza nawet do ostatniej sceny. Zapierdala aż miło. Muzyka buduje dynamiczny klimat i wkręca się w mózg jak w fazie REM. Ciekawostka dla fanów muzyki: Sprawdźcie sobie kto robił gitarę pod motyw prowadzący. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Christopher Nolan nie spoczął na laurach po „Mrocznym”, co więcej zrobił sobie bardzo udaną rozgrzewkę przed zamknięciem trylogii, a tam nie będzie już taryfy ulgowej. To jak w końcu &lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_wSm7jrgnPLg/Saqe7kAq4NI/AAAAAAAAAog/lowbaNqzGA8/s400/ottomrfreeze.jpg"&gt;Mr Freeze&lt;/a&gt; czy &lt;a href="http://switalski.info/temp/hektor/komiksy/batman4.jpg"&gt;Aborygen&lt;/a&gt;? ;).&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;PS. Jeszcze odpowiedź dla czytelników. Młody kawaler Krysko, zgłaszał uwagi do filmu, że wszyscy strzelają z maszynówek do bohaterów i nikt nie dostaje. Redakcja śpieszy z odpowiedzią. Kiedy śpimy wielokrotnie mamy wrażenie nieustającej ucieczki, biegniemy, ale stoimy w miejscu, próbujemy coś ułożyć, ale zaraz się rozsypuje, ktoś do nas strzela, ale nie może trafić…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-8621243936535792210?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/8621243936535792210/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/08/incepcja-czyli-percepcja-do-wewnatrz.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8621243936535792210'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8621243936535792210'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/08/incepcja-czyli-percepcja-do-wewnatrz.html' title='&quot;Incepcja&quot; czyli percepcja do wewnątrz? ;)'/><author><name>Phil Nincompop</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15936483500419058898</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/Sr4WIBDKscI/AAAAAAAAANA/4fgq05ky7UE/S220/d.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TF-5ewLyKHI/AAAAAAAAARo/n48bn2fUkWM/s72-c/4mwkuk.jpeg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-2691841580053725335</id><published>2010-07-22T10:46:00.004+02:00</published><updated>2010-07-22T10:52:12.743+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Japandroids "Younger Us". Pokolenie JPDS.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Nasi ulubieńcy wysmażyli kolejny dziesiątkowy singiel. Co więcej, nie wychodząc w ogóle poza konwencję z „Post-Nothing”. Jedziemy dwa akordy, wykrzykujemy tekst o utraconej młodości, a w refrenie jest mostek, który miażdży twoje serce i już nigdy się od niego nie uwolnisz. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem jak to czujecie , ale oni gadają moim językiem: „remember saying things like "we'll sleep when we're dead"&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; and thinking this feeling was never gonna end/&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;remember that night you were already in bed, said "fuck it" got up to drink with me instead! Te słowa mógłby zaśpiewać dr Smith, lecząc swoją pociętą duszę, z tą różnicą, że w tle Gallup drążyłby basem w odległych czeluściach utraconego ja. Japandroids nie mają basu. Mają sprzężoną gitarę i świetnie walącą perkusję. Do tego krzyczą ile sił w płucach. Ich muzyka jest jak wentyl, przez który przelatuje cała agresja , powstająca kiedy myślisz, że to już wszystko minęło. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Na krakowskim koncercie, sprzedawali koszulki z napisem „Never Alone”. Pomyślałem, że wokół kapeli rośnie podobna energia jak za czasów Nirvany, integrująca przegranych tego niesprawiedliwego życia. No bo przecież i tak wszyscy umrzemy, ale na razie: "gimme that naked new skin rush/&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;give me younger us.&lt;/span&gt;"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;object width="480" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/jOHVozR8Ehc&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/jOHVozR8Ehc&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-2691841580053725335?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/2691841580053725335/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/07/japandroids-younger-us-pokolenie-jpds.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/2691841580053725335'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/2691841580053725335'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/07/japandroids-younger-us-pokolenie-jpds.html' title='Japandroids &quot;Younger Us&quot;. Pokolenie JPDS.'/><author><name>Phil Nincompop</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15936483500419058898</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/Sr4WIBDKscI/AAAAAAAAANA/4fgq05ky7UE/S220/d.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-9060415601160751464</id><published>2010-07-20T22:11:00.005+02:00</published><updated>2010-07-20T22:57:28.935+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Juvelen "All Time High". Punisher POPu</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;No i przyszedł Juvelen i zrobił z wami wszystkimi porządek. Możecie się już zacząć bać wszystkie Lady Gułagi i Kasie Perry. Gościu,  który sam tworzy i produkuje swoje  dopieszczone kawałki wypuszcza nowy powerplay, który radio Eska powinna napierdalać od rana do wieczora, ale nigdy tego nie zrobi. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Może nie jest to manieczka na miarę „Don’t Mess” czy „Hanny”, ale trzyma poziom dobrego french touch’u. Charakterystyczne pytające syntezatorowe „nie wiadomo co” wita się z hi-hatowymi uderzeniami. Każdy, kto wcześniej kto spotkał się z muzyką tego szwedzkiego geniusza będzie wiedział, gdzie dają najlepsze madżajto. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wokal troszeczkę zmieniony niż ostatnio na jedynce. Troszeczkę hot-chipowo, ale gdzieś też nowo-falowy self-confident wokal słyszę. Juvelen na luzie znowu wchodzi z refrenem, za który Ewa Sonet oddałaby  swoje ciało i duszę, a mi się serce kraje, że polski zjadacz chleba nigdy nie usłyszy tych lukrowanych dźwięków na naszej ziemi, tej ziemi. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jeżeli ktoś przegapił, debiut tego nieokiełznanego szwedzkiego księcia (taka gra słów, hehe), niech szybko biegnie do  amazon.com.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;object height="385" width="480"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/ZcZV83wglSE&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/ZcZV83wglSE&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="480"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-9060415601160751464?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/9060415601160751464/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/07/juvelen-all-time-high-punisher-popu.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/9060415601160751464'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/9060415601160751464'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/07/juvelen-all-time-high-punisher-popu.html' title='Juvelen &quot;All Time High&quot;. Punisher POPu'/><author><name>Phil Nincompop</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15936483500419058898</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/Sr4WIBDKscI/AAAAAAAAANA/4fgq05ky7UE/S220/d.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-5028419426365266538</id><published>2010-07-16T23:54:00.005+02:00</published><updated>2010-07-17T00:53:26.766+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Bombay Bicycle Club "Flaws": Ucieczka przed peletonem</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/9/9f/Flaws.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 186px; height: 186px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/9/9f/Flaws.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Czytałem niedawno wywiad z jakimś zasłużonym dla świata muzykiem (zabijcie mnie, nie pamiętam z kim), który żalił się, że w dzisiejszych czasach kompletnie nie potrafi odróżnić dobrego popu od złego i głupio się z tym czuje. Ja mam zupełnie tak samo z brytyjskim indie. Choć bardzo się staram i mam świadomość obecności na tej scenie rzeczy wartościowych, to wszystko zlewa mi się w jednosezonowy pozerski kicz. Nie zawsze tak było. Kiedyś byłem specem od nowych wyspiarskich zajawek, młodych kopistów tego, udawaczy tamtego i jutrzejszych nadziei z „The ‘s” w nazwie. Dziś mam świadomość bezsensu bycia na bieżąco. Ale to nie tylko to. Coś się na tej scenie skończyło. Trzy lata temu Scroobius Pip w &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=yoN6XfyQsr4"&gt;teledysku&lt;/a&gt; do „Thou Shalt Always Kill” zatrzymał się na jedynce Arctic Monkeys i od tamtej pory niewiele się zmieniło. Next big thing jakoś nie nadchodzi i Bombay Bicycle Club też raczej nie są nową nadzieją. Ale postanowiłem ostatnio przerzucić kilka muzycznych szmatławców (czyt. NME), żeby podgonić zaległości i akurat trafiłem na nich. Ci to mają szczęście!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Tak naprawdę, to jestem trochę spóźniony, bo ten londyński zespół o beznadziejnie głupiej nazwie debiutował wprawdzie w lipcu, ale rok temu. Jednak teraz na rynek wchodzi ich zupełnie nowa płyta, a jako że jest ona czymś na zasadzie rozwinięcia czy też dopełnienia „I Had the Blues But I Shook them Loose”, to mogę trochę poudawać, że jestem na bieżąco i dalej mamy rok 2009.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Podobno na ich występy na tegorocznym Glasto trudno było się wcisnąć, a od miesięcy zachwyca się nimi &lt;a href="http://link.zanelowe.com/services/player/bcpid82069547001?bctid=87922037001"&gt;Zane Lowe&lt;/a&gt;. Zamieszanie więc na całego, hajp pulsuje w iPodach, plakaty z idolami już się drukują. Ale trudno też się na to szaleństwo nie załapać. Są skandalicznie młodzi i zarazem zaskakująco dojrzali, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Wydają się normalni i bardzo sympatyczni (wokalista Jack Steadman ma na facebooku w rubryce „wpływy” wpisane „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=UXziurFkQxM"&gt;prokrestynacja&lt;/a&gt;” - polubiłem go od razu). Na całkiem niezłym debiucie wpadali czasem w pułapki zastawiane przez poprzedników, zdarzało im się zabrzmieć jak Editors czy Cajun Dance Party. Ba! – kilka razy nawet polecieli w The Strokes. Ale płyta dobrze żarła, a oni nie kreowali się na zbawców muzyki. „We took the backseat, everyone was happy” – śpiewał Jack w „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=WkKJHYHCt6Q"&gt;Magnet&lt;/a&gt;”. I o to chodziło.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Normalnie nie spodziewałbym się cudów po ich drugim albumie, bo przecież powszechnie wiadomo, że drugie albumy hajperskich zespołów z Wysp są nic nie warte. Trochę pobłyszczeli, mieli kilka dobrych singli, nagrali numer do „&lt;a href="http://www.zanelowe.com/playlist/wednesday_9_june_2010"&gt;Zmierzchu&lt;/a&gt;”. Czego można chcieć więcej? Ale Bombay Bicycle Club zagrali przewrotnie. Po dokładnie roku wydali swój drugi album, „Flaws” – rzecz stuprocentowo akustyczną, na której coverują siebie, coverują innych i dorzucają całkiem sporo nowego materiału. I naprawdę dobrze im idzie, zyskali w moich oczach jak mało kto.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Rozpoczynające płytę „Rinse Me Down” to nic  specjalnego,  chociaż bawi mnie tu główny gitarowy motyw, tak bardzo podobny do tego użytego przez Sheryl Crow w jej &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=KIYiGA_rIls"&gt;letnim hicie&lt;/a&gt; sprzed 8 lat. Ale dalej jest tylko lepiej – chłopcy naprawdę mają talent (nie chcę wchodzić tu za bardzo w drzewo genealogiczne spiritus movens zespołu, czyli Jamiego MacColla, ale coś jest na rzeczy). Piszą prosto, wzorują się na klasykach, przemycają do utworów to „coś”. Nie jest łatwo nagrać dobrą płytę akustyczną, usiąść z gitarą pod drzewem i już. Potrzeba przestrzeni, dobrej produkcji, retro brzmienia. Im to wszystko jakoś się udaje. Jest na tej płycie duch Nicka Drake’a (np. „Many Ways”), w „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=7vppHXehk4g"&gt;Dust on the ground&lt;/a&gt;”, coverze chyba największego &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=XPgetSbJ8II"&gt;hitu&lt;/a&gt; z ich zeszłorocznej płyty, słychać manierę wokalną Conora Obersta, a w „Word by Word” Fionna Regana. Gdzieś w środku płyty czaruje „Leaving Blues”, a niewątpliwym smaczkiem jest „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=MZOQjBX7suMhttp://www.youtube.com/watch?v=MZOQjBX7suM"&gt;Swansea&lt;/a&gt;”, umiejętna przeróbka dość trudnego utworu Joanny Newsom. W przepięknym, stonowanym tytułowym „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=W5LG1ZMIu6M"&gt;Flaws&lt;/a&gt;” (taki trochę Bon Iver) Jacka wspiera wokalnie urocza Lucy Rose, a skoczne folkowe „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=WK2fWmsBUzk"&gt;Ivy &amp;amp; Gold&lt;/a&gt;” (zbudowane na podobnym motywie co zamykające debiut „The Giantess”) wpada w ucho praktycznie od razu. Przy okazji: warto zrobić klik klik na podlinkowywane tu akustyczne wykonania, nie są to w pełni tego słowa teledyski, raczej urokliwe miniatury świetnie oddające klimat płyty. Bo „Flaws” to właśnie taka mała, acz przyjemna rzecz. Umiar – może właśnie dzięki temu chłopcy z Bombay Bicycle Club zajdą kiedyś daleko. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/bombaybicycleclub"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;http://www.myspace.com/bombaybicycleclub&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-5028419426365266538?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/5028419426365266538/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/07/bombay-bicycle-club-flaws-ucieczka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/5028419426365266538'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/5028419426365266538'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/07/bombay-bicycle-club-flaws-ucieczka.html' title='Bombay Bicycle Club &quot;Flaws&quot;: Ucieczka przed peletonem'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-3503722234969984459</id><published>2010-07-08T03:22:00.005+02:00</published><updated>2010-07-08T05:14:08.857+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>The Roots "How I Got Over": Uh huh!</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/9/9d/The-Roots-How-I-Got-Over-Album-Cover.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 195px; height: 195px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/9/9d/The-Roots-How-I-Got-Over-Album-Cover.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;The Roots nie trzeba słodzić, nie trzeba też nikomu specjalnie ich przedstawiać. Kolejne, dziewiąte podejście i kolejny godny album. Niby nic nowego, bo wszystko według sprawdzonych wzorców i trochę jakby od szablonu: jest i dobre intro, są zmiany tempa, skity, stylistyczne przejażdżki i zaproszeni goście. Choć tym razem może faktycznie trochę bardziej alternatywni i w większej ilości, to trzeba pamiętać, że i na wcześniejszych albumach pojawiały się zaskakujące sample i nieprzewidywalne kolaboracje. W „Sacrifice” z „Phrenology” udzielała się wówczas jeszcze świeżutka i nieskalana Timbalandem Nelly Furtado, na „Game Theory” był „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=WJqIeG4nW2U"&gt;Atonement&lt;/a&gt;” z trzonem w postaci „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=5hxE3mYb390"&gt;You and Whose Army?&lt;/a&gt;” Radiohead, a na „Rising Tide” dostaliśmy jako bonus może ciut za bardzo popowe „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=V8hreqGYYiw"&gt;Birthday girl&lt;/a&gt;” z Patrickiem Stumpem z Fall Out Boy na wokalu. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Tak, oni umieją zaprosić i ugościć. Ja dalej o tym, bo „How I Got Over” zaczyna się od „A Peace Of Light”. Klimatyczne wprowadzenie z towarzyszeniem Amber, Angel i Haley (brzmi jak „menu” z baru ze striptizem, a w rzeczywistości to żeńska połowa fenomenalnego &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=YMPF6lpM0XM"&gt;Dirty Projectors&lt;/a&gt;). Chwilę dalej mamy „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=5duVWa4Qoqw"&gt;Dear God 2.0&lt;/a&gt;”, czyli wariację na temat utworu Monsters of Folk. No właśnie, wariację, bo Rootsi robią rzeczy po swojemu. Przecież ich największy hicior, który zna nawet ten, który nie ma o ich twórczości zielonego pojęcia, „Seed 2.0” to numer stworzony na dokładnie takiej samej zasadzie. Niby pierwotna, bardzo lo-fi &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=sFAgsUFlbwI"&gt;wersja&lt;/a&gt;, którą stworzył Cody Chesnutt na swoim 4-ścieżkowcu miała tę energię i flow, ale dopiero kiedy zagrali ją w tym &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=ojC0mg2hJCc"&gt;fajnym pustym domu&lt;/a&gt;, zrobiło się magicznie. Jest tak i teraz. Monsters of Folk zawiedli trochę w zeszłym roku swoim debiutem, bo przecież wszyscy spodziewali się cudów: w końcu nie codziennie na jednej płycie grają Conor Oberst (Bright Eyes), Jim James (My Morning Jacket) i M.Ward (głupio pisać, że z She &amp;amp; Him, więc powiedzmy, że solo). Ich nienajgorszy, ale na kilometr zalatujący kopiowaniem wszystkiego co się nawinie (swoisty zlepek alternatywnych hitów dwóch ostatnich lat), „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=tM81-sbhFbc"&gt;Dear God (Sincerely M.O.F)&lt;/a&gt;” zostaje zupgrade’owany przez The Roots &lt;a href="http://www.latenightwithjimmyfallon.com/blogs/2010/06/the-roots-dear-god-20/"&gt;jak się patrzy&lt;/a&gt;. Jim James kończy wejście i zaraz Black Thought wchodzi ze swoim „Uh huh!”, a Qestlove okłada miotełki i raczy solidną perkusją. Nie można było tak od razu?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Najprzyjemniejszą chyba niespodzianką na „How I Got Over” jest obecność Joanny Newsom w „Right On”. Wysamplowany refren z pochodzącego z „The Milk-Eyed Mender” „Book of Right-On” jest podlany tak soczystym beatem, że nie tylko kapcie spadają, ale i &lt;a href="http://nerdtorious.files.wordpress.com/2010/02/questlove-21.jpg"&gt;grzebień&lt;/a&gt; Questlove’a na pewno zadrżał w jego afro, kiedy go wybijał. Gościnnie jest jeszcze John Legend (daleko mi do bycia fanem, bo choć „The Fire” bardzo dobre, to ten refren mógłby równie dobrze zaśpiewać Captain Kirk Douglas) i gromada opowiadaczy, takich jak sprawdzeni już wcześniej w boju P.O.R.N czy Dice Raw (obaj m.in. w świetnym „Radio Daze”). Ten ostatni, który szykuje pierwszy od dekady &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=V4LXKc4p0d4"&gt;solowy projekt&lt;/a&gt;, to już naprawdę grymasi nie będąc oficjalnym członkiem zespołu– od lat jest wszędzie i na wszystkim. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Więcej „momentów” na płycie? Tytułowe „How I Got Over” z wurlitzerowym podkładem podejrzanie podobnym do klasyka "&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=hMc8naeeSS8"&gt;Dancin’ In the Moonlight&lt;/a&gt;” Kinga Harvesta (spopularyzowanego później przez &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=VkJywZa5RnU"&gt;Toploadera&lt;/a&gt;), raczy świetnym retro feelingiem. Miło kołysze „The Day” z Patty Crash w refrenie, trochę przypominające najlepsze dokonania TLC. Minimalistyczny podkład w „Web 20/20” w miły dla ucha sposób nawiązuje do czegoś z „YoYoYoYoYo” Spank Rocka. Natomiast wieńczący płytę „Hustla” można potraktować w kategoriach żartu, choć numer to przedni. Podkład à la M.I.A zbudowany jest na płaczu dziecka przepuszczonym przez auto-tune (efekt cry baby nabiera tu zupełnie nowego znaczenia), a na wierzchu Black Thought i STS modlą się o godną przyszłość dla swoich dzieci.  &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;The Roots potrafią zagrać wszystko i z każdym, pomysłów na świetne kompozycje i fenomenalne kolaboracje u nich dostatek. Warsztat mają opanowany jak mało kto. Najlepszym przykładem na to wszystko jest ich prawie roczna fucha jako zespół w „Late Night” Jimmego Fallona, gdzie przygrywali, dogadywali i wspierali gwiazdy wieczoru. Totalnie &lt;a href="http://www.latenightwithjimmyfallon.com/blogs/2010/05/freestylin-with-the-roots-rolling-stones-edition/"&gt;k&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.latenightwithjimmyfallon.com/blogs/2010/02/kirks-groundhog-day-song/"&gt;r&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.latenightwithjimmyfallon.com/blogs/2010/01/jimmy-the-roots-pay-tribute-to-conan/"&gt;a&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.latenightwithjimmyfallon.com/blogs/2010/01/web-exclusive-ringo-starr-and-questlove-drum-off/"&gt;d&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=8PfuIm4Onhc"&gt;l&lt;/a&gt;&lt;a href="http://www.latenightwithjimmyfallon.com/blogs/2010/06/john-c-reilly-sings-the-mr-spriggs-bbq-song/"&gt;i&lt;/a&gt; hostowi show, wiem, bo zdarzało mi się oglądać i to głównie dla nich. Nie mają właściwie konkurencji, nie czują się zagrożeni, nie ma chyba też co liczyć na to, że podwinie im się noga. The Roots to sprawdzona marka. Nie wiem „jak dochodzi się do siebie” w obliczu tak wysoko postawionej własnej zajebistości, ale ja po przesłuchaniu „How I Got Over” jeszcze nie doszedłem. T.K.O.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/theroots"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;http://www.myspace.com/theroots&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-3503722234969984459?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/3503722234969984459/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/07/roots-how-i-got-over-uh-huh.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/3503722234969984459'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/3503722234969984459'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/07/roots-how-i-got-over-uh-huh.html' title='The Roots &quot;How I Got Over&quot;: Uh huh!'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-81963689343359052</id><published>2010-06-19T17:47:00.003+02:00</published><updated>2010-06-19T18:49:15.030+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>The Deadly Syndrome “Nolens Volens”: Chcąc nie chcąc</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/d/dd/Nolens-volens-cover-with-text.jpg/220px-Nolens-volens-cover-with-text.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 220px; height: 220px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/d/dd/Nolens-volens-cover-with-text.jpg/220px-Nolens-volens-cover-with-text.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Why don’t you just go fuck off and die? Do you need anything?” – zaprasza pogodnie na drugą płytę swojego zespołu Christopher Richard w otwierającym ją „Villain”. Płynne przejście do miło kołyszącej partii pianina i rozwijającego się w kolejnym „Doesn’t Matter” walczyka, a potem perkusja jak ze snów, durowo, podniośle, perfekcyjnie. Choć naprawdę miażdży dopiero mój osobisty faworyt, czyli „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=7aE21IrXmxQ"&gt;Wingwalker&lt;/a&gt;”, czy to werblem, czy zapętlonym motywem na czystym kanale (takie trochę Beach House) czy może wreszcie prościuteńką solówką, która chwyta za serce.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;The Deadly Syndrome dwa i pół roku po wydaniu debiutu, który nie tyle był niczego sobie, co właściwie powalał na łopatki, wydają swój album numer dwa. W ich przypadku stereotyp trudnej dwójki wydaje się nie istnieć. Tam pieścili brzmieniem w takich numerach jak „Animals Wearing Clothes”, „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=1P1HTRCZuGo"&gt;Eucalyptus&lt;/a&gt;” czy „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=eLAdV9mBQ_o"&gt;The Ship That Shot Its self&lt;/a&gt;” (jakież to wszystko jak na pierwszy raz było dopracowane i wyzbyte młodzieńczej naiwności), tu robią dokładnie to samo, a może i więcej. Można zresztą oddać głos samym zainteresowanym: „Byliśmy tu już wcześniej. Przebyliśmy bardzo długą drogę, a teraz znów mamy kłopoty. Powinniśmy byli skoncentrować się teraz na nowym brzmieniu, takim, które wyrwałoby nas z dotychczasowych przyzwyczajeń, oderwało od utartych ścieżek”(„Trouble Again”). Przesadzają. „Noles Volens” wydaje się bowiem dużo bardziej przemyślane od „The Ortolan”, na poziomie nie tyle wyszukanej i różnorodnej treści (obie płyty są bardzo eklektyczne), co raczej specyficznej atmosfery. O powtarzaniu się nie ma więc mowy, zespół chcąc nie chcąc eksploruje też nowe obszary.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Zastanawiałem się niedawno jadąc przez pół Polski autobusem i odpalając „Nolens Volens” po raz piąty i dziesiąty, w czym drzemie siła The Deadly Syndrome. Teksty zwracają uwagę od razu, nie trzeba się za dużo wsłuchiwać, żeby docenić oszczędność i umiejętność odpowiedniego doboru słów, w czym zdecydowanie pomaga perfekcyjny, i bardzo emocjonalny wokal (patrz &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=LrrGKR8Xii4"&gt;Cold War Kids&lt;/a&gt;) wspomnianego w pierwszym akapicie śpiewającego basisty (ciekawostka od czapy: Chris Richard był przez jakiś czas asystentem &lt;a href="http://x17online.com/JKnoxville101508_12_X17.jpg"&gt;Johnny’ego Knoxville’a&lt;/a&gt;). Ale skupiając się na muzyce to sprawa wygląda chyba tak, że to, co oferują panowie z LA jest konceptem zdecydowanie akustycznym, ale nad wyraz dynamicznym i czerpiącym dosłownie zewsząd. Kiedy np. kończy się „Afterwork”, tworzy się dziwny klimat na sprzęgle i wchodzi progresywny riff „Park city”. Mogłoby nastąpić po nim wiele rzeczy, mógłby ewoluować w różne formy, a w rezultacie dostajemy coś zupełnie niespodziewanego, a wszystko przez wycofany wokal z klaustrofobicznym, dwuznacznym i niepewnym tekstem. Tak jest z wieloma utworami – The Deadly Syndrome zwodzą, rozbijając wszystko na czynniki pierwsze i montując z tego coś nowego. Gdy rozchodzą się gitary w „Deer Trail Place” albo w 1:28 wchodzi solówka w „Trouble Again”, czy trąbka przecina moment kulminacyjny „Armrest”, to nie wiem właściwie co się zdarzyło, ale zadziałało. Przejście goni przejście, a zaskoczenie zaskakuje zaskoczenie. Niezwykła płyta, choć niby pospolita. Fascynujący zespół, choć to tylko czterech normalnych facetów. A najśmieszniejsze jest to, że „oni nie chcą znów mieć kłopotów”. Ręce opadają.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/thedeadlysyndrome"&gt;http://www.myspace.com/thedeadlysyndrome&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;a&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a href="http://odkrywamyameryke.pl/archiwum/OA180610.mp3"&gt;TU&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; zapis czwartkowej audycji Odkrywamy Amerykę w radio Kampus, poświęconej w całości The Deadly Syndrome. Oprócz highlightów z obu płyt kilka rarytasów (niepublikowane wcześniej "Pale Blue Dot", "Armrest" w wersji live acoustic czy cover &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=rIbweWhtLW0"&gt;Television&lt;/a&gt; "Carried Away"), które Will Etling osobiście wypalił na płytce, a potem założył buty, poszedł na pocztę i wysłał do &lt;a href="http://odkrywamyameryke.pl/"&gt;Grześka&lt;/a&gt; do Warszawy. Enjoy. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-81963689343359052?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/81963689343359052/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/06/deadly-syndrome-nolens-volens-chcac-nie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/81963689343359052'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/81963689343359052'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/06/deadly-syndrome-nolens-volens-chcac-nie.html' title='The Deadly Syndrome “Nolens Volens”: Chcąc nie chcąc'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-5093418457246568693</id><published>2010-06-13T22:06:00.006+02:00</published><updated>2010-06-13T22:31:44.540+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>The Drums "The Drums": Bęben maszyny kopiującej</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/0/0d/The-Drums-album-artwork.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 207px; height: 207px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/0/0d/The-Drums-album-artwork.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ile retro w retro? Na to pytanie powinni odpowiedzieć nam The Drums – zespół, który w ciągu ostatnich miesięcy chyba najbardziej korzysta z tricków lat 80-tych. Niestety, nawet jak się postaramy, to pewnie nie odpowie, bo chłopcy, wyglądający jak kapela &lt;a href="http://img.interia.pl/rozrywka/nimg/i/t/wck720_WCK_3801128.jpg"&gt;z filmu Jacka Borcucha&lt;/a&gt;, są wstydliwi, że aż strach! Ale co to komu przeszkadza, że przy każdym pytaniu się &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=NM1gpTs-0nI"&gt;rumienią&lt;/a&gt;, jak tak pięknie rżną z klasyków! Nie tylko zresztą ich muzyka, ale cała otoczka, klipy, stroje, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=LigFu4cQmoY"&gt;wygłupy sceniczne&lt;/a&gt; wokalisty Jonathana Pierce’a, nawet coś w wyrazach ich twarzy każe nam sądzić, że jednak ktoś nas oszukał, że to nagrania z archiwum. Autorzy niekwestionowanego &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=XdyJUrEJD9U"&gt;gwizdanego hitu&lt;/a&gt;, który w niektórych kręgach zdetronizował &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=51V1VMkuyx0"&gt;inny przebój&lt;/a&gt; na parę ust ułożonych w dzióbek odpalają swój długogrający debiut – panie i panowie, werble…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„You’re my Best friend, but then you died when I was 23 and you were 25” jadą z tym koksem od &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=MUubQj7g56E"&gt;pierwszego utworu&lt;/a&gt; – wokal to podręcznikowy Mozz (linia, ekspresja, nihilizm), gitara trąci Cure’em (melodyka), a mechaniczna pomarańcza perkusji to coś z zimnej fali – weźmy pierwsze z brzegu Joy Division, bo inspiracja jest zrozumiała – w końcu zarówno &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=mKyzG5DaW7k"&gt;nasze dzieciaki&lt;/a&gt;, jak i &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=rlOVEMHLAMc"&gt;chłopcy z Wysp&lt;/a&gt; lubią sobie przy nich potańczyć. &lt;a href="http://static.stuff.co.nz/1252662764/049/2857049.jpg"&gt;Kościół&lt;/a&gt; Męczeńskiej Śmierci Iana Curtisa jest zresztą wiecznie żywy – parę tygodni temu świętował 20lecie. Ledwo jeden syntetyczny bit w „Best Friend” (to zdecydowanie jeden z killerów płyty) się kończy, a wchodzi drugi w „Me and The Moon”, trochę żwawszy, lecz równie chwytliwy, z momentem gdzieś w połowie, kiedy rozmywa się syntezatorowa plama, bas pulsuje jak dziki i w ogóle robi się nieznośnie kraftwerkowo, aż w końcu dźwięk odbija się od ściany i wraca refren. Brzmienie bębnów w obu kawałkach jest świetne, dużo kartonu, masa reverbu, mam w domu taki automat perkusyjny Kawai sprzed 20 lat – identiko. O „Let’s go surfing” już było, więc jako kolejny wchodzi nr 4, czyli „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=K5KUO5HoEX0"&gt;Book Of Stores&lt;/a&gt;” -  niby nic nowego, ale za ten refren oddałbym prawą rękę, a za „ciepławe” chórki pod koniec &lt;a href="http://www.visitwicklow.ie/images/left_foot_side.jpg"&gt;moją lewą stopę&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i koniec tego dobrego, a przynajmniej na razie, bo The Drums nie tylko kopiują klasyków, pożyczając co się tylko da od The Smiths czy New Order, ale zaczynają kopiować samych siebie, co przestaje być już zabawne a nawet sympatycznie urocze. Po czterech dobrych numerach „Skippin’ Town” nie wydaje się niczym szczególnym, a „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=Kkk8kUGWYZA"&gt;Forever and Ever Amen&lt;/a&gt;” nie dość, że odpala jak „Let’s go surfing”, to w ogóle do mnie nie trafia – klawisze w refrenie mają w sobie coś takiego, trudno mi to sprecyzować, ale właśnie przez to nigdy nie lubiłem The Killers. „Down by the Water” (znane już z EP-ki „Summertime!”) przynosi chwilkę oddechu – kołyszący przerywnik na tubę i chórek, który ma się do &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=fflKkXBhlBI"&gt;spowiedzi dzieciobójczyni&lt;/a&gt; o tym samym tytule mniej więcej tak, jak kruk do piórnika, jest chyba najbardziej współczesnym utworem na całej płycie. No dobra, potem wchodzi retro klawisz, ale i tak…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam wrażenie, że ta płyta jest o jakieś 15 minut za długa.  Już po połowie wszystko zaczyna się zlewać, niby refreny są nośne (zaśpiewy pierwsza klasa), ale utwory podobnej długości o podobnej konstrukcji stają się trudne do zidentyfikowania. Trochę już tych trzech kwadransów słuchałem, więc wiem co mówię. I tak lecąc po łebkach: „It Will All End In Tears” jest trochę jakby katebushowe, „I Need Fun In My Life” to znów kopia Kowalskich, a „The Future” to dzwoneczki. Posłucham jeszcze z 50 razy i może powiem coś więcej – nie dość, że jakoś tak zawsze wychodzi, że pierwsza połowę płyty zna się o niebo lepiej (który autobus czy tramwaj jedzie gdziekolwiek przez 43 minuty?), to jeszcze podobieństwo składowych tego mocno czerpiącego z klasyków klasyki debiutu jest co najmniej interesujące. Nawet „I’ll Never Drop My Sword” (nie wiem dlaczego, ale sam tytuł brzmi jak wymyślony przez Morrisey’a), które zaczyna się akustyczną gitarą, po chwili ją definitywnie gubi, czym traci na oryginalności i staje się po prostu „czymś z płyty”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciężko wydać jednoznaczny osąd nad „The Drums”. Do naśladownictwa się absolutnie nie przyczepię – chłopcy robią to z wielką klasą i pełnym feelingiem. Ktoś może zapytać po co komu jakieś pseudo cover bandy, które szargają świętości, ale ja nie odpowiem, bo z fanatykami rozmawiać nie lubię. Problem jednak w tym, że ta płyta trochę męczy. Może trzeba było jednak wydać kolejne EP, potem koło jesieni jakiś maxi singiel, coś tam. A tak? Presja drugiej płyty pojawi się za rok jak nic. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że genialni kopiści zaproponują coś oryginalnego. W ich przypadku jednak chyba tylko rżnięcie z innej epoki pomoże wyjść im z tego z twarzą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/thedrumsforever"&gt;http://www.myspace.com/thedrumsforever&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-5093418457246568693?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/5093418457246568693/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/06/drums-drums-beben-maszyny-kopiujacej.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/5093418457246568693'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/5093418457246568693'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/06/drums-drums-beben-maszyny-kopiujacej.html' title='The Drums &quot;The Drums&quot;: Bęben maszyny kopiującej'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-7561960262682422644</id><published>2010-06-11T14:32:00.009+02:00</published><updated>2010-06-21T21:06:58.053+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Lady Gaga "Alejandro": Gagaizm jako studium wysublimowanej wtórności</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/niqrrmev4mA&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/niqrrmev4mA&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Po ostatnich klipach Gagi wiedziałem na co się szykować – chwilę trzeba odczekać zanim w teledysku pojawi się właściwy utwór, w dobie braku muzyki w MTV nikt nie przejmuje się formatami i konwencją trzy i pół minutową – i tak każdy będzie się modlił na youtube, więc 10minutowe małe formy filmowe to jest to. Gejowskie kinky West Side Story? Futurystyczny kabaret? Pamiętnik z powstania warszawskiego? Klasyczny emo bullshit? Czy może sroga zima na biednej słowiańskiej wsi (te skrzypce!). Dopiero po dwóch minutach Gaga otwiera usta, więc miałem chwilę na typowanie. I tak naprawdę po cholerę to robiłem, bo Lady G. miesza wszystko ze wszystkim, więc tak samo się myliłem jak i miałem rację. Szybki check – to, że klip zrobił znany fotograf Steven Klein już wiem, ale dowiaduję się, że za zdjęcia odpowiada Janusz Kamiński (ale to podobno żadne WOW, bo oni zawsze współpracują). Dobra, zobaczymy kawałek, cenię Gagę za robienie dobrego show i innowacyjność, ale - umówmy się – muzy to ona świetnej nie robi. Pominę milczeniem te momenty, gdzie Germanotta udaje akcent i skupię się na samej piosence. Długo nie muszę tego robić: eurodance’owa szmata z syntetyczną fletnią pana w tle. Wymienianie męskich latynoskich imion nic nie daje – ten numer nie tylko odświeża u mnie traumy lat 90tych (Ace of Bace), ale niebezpiecznie przypomina jakiś track z longplaya Shazzy „Egipskie Noce”. Z czym do ludzi? Gdzie jest bit? Gdzie pierdolnięcie, bez którego w dzisiejszych czasach jak bez ręki? Takich podkładów to ja mam w keyboardzie cały tone bank. Na takich klawiszach wypłynął Mr. President. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Wobec niezrozumienia jak można promować w dzisiejszych czasach tak słaby numer pozostaje mi chyba tylko skupić się na klipie. Ale jeszcze: jak Lady Gaga funkcjonowałaby bez całej otoczki? Czy lubią ją niewidomi? Jak głuchoniemi wyobrażają sobie jej muzykę, kiedy śledzą to widowisko? Te pytania cisnęły mi się na usta, gdy z jednej strony zachwycałem się taneczną synchronizacją Gagi z tancerzami, a z drugiej kontestowałem oczywiste kopiowanie Madonny (ten look, ta bielizna, ta „kardynalska” sutanna, ta „gimnastyka” w łóżku i wszechobecna dominacja) i precyzyjną dosłowność w balansowaniu na granicy (dalej jest już tylko porno). A – jeszcze słowo o gagadżetach, na które zawsze patrzę z podziwem i cmokam z uznaniem zachwalając kreatywność osoby za nie odpowiedzialnej: w „Telephone” okulary z palących się papierosów były całkiem cool, ale występujący tu &lt;a href="http://www.rollingstone.com/files/content/mounts/sambamount/images/MUSIC/ISSUE%20CONTENT/1107/gaga_full_richardson_wm.jpg"&gt;biustonosz&lt;/a&gt; z gumowymi lufami M16stek zamiast sutków rządzi!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;No dobra, a teraz zadam to samo pytanie, które zadałem przy „Telephone” – o co tu do kurwy nędzy chodzi? Co z tego, że Gaga ma krucyfiks na kroczu i połyka różaniec? Kogo obserwuje przez koronkowy cyber okular? Na co komu to całe totalitarno-militarne pieprzenie i jak to się wszystko ma do gejów, których tak żarliwie zawsze broni? Tu naoliwieni chłopcy nie wyrastają ponad rolę przedmiotu, są tylko salonem meblowym, po którym przechadza się naga Gaga. Tak, pewnie znów wychodzę na idiotę, bo nie chodzi o nic, tylko zamieszanie, cudaczna feeria i totalny śmietnik – bo kto w dzisiejszych czasach ma ochotę na coś z sensem? Liczy się posiekany przekaz, obrazki puszczane w przypadkowej kolejności, seks, anarchia i dużo wszystkiego. Niech cię szlag, Gago! &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-7561960262682422644?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/7561960262682422644/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/06/lady-gaga-alejandro-gagaizm-jako.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/7561960262682422644'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/7561960262682422644'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/06/lady-gaga-alejandro-gagaizm-jako.html' title='Lady Gaga &quot;Alejandro&quot;: Gagaizm jako studium wysublimowanej wtórności'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-8203278311256256972</id><published>2010-06-07T22:54:00.007+02:00</published><updated>2010-06-07T23:13:21.894+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Kamp! "Heats". Gorączka letniej nocy.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TA1dknwo2HI/AAAAAAAAARg/sDU4g11vPo8/s1600/l_d71e1499eafc4e10a10a6b52096a1490.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TA1dknwo2HI/AAAAAAAAARg/sDU4g11vPo8/s200/l_d71e1499eafc4e10a10a6b52096a1490.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5480139205309421682" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Będąc na krakowskim koncercie Kamp! w ciasnej Łodzi Kaliskiej udało nam się usłyszeć kilka ich nowych kawałków, w tym „Heats” i zachwycić się nimi bez reszty. Niesamowite, jak tak młodzi chłopcy mogli spłodzić kawałek tak mocno siedzący  w miamivice’owych klimatach. Chociaż czołówka z różowymi flamingami siedzi w nas głęboko, dziś na polskiej scenie trudno doszukać się podobnych brzmień. Jedynym wytłumaczeniem jest silny wpływ chillwave’owych melodii w zagranicznej muzyce niezależnej. Wspomniane „Heats” spokojnie mógłby rywalizować z kawałkami takiego Washed Out czy Toro y Moi (no bez jaj, nie jest to aż taki geniusz).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najpierw kojące klawisze okraszone chórkami w rytmie przypływów i odpływów z okładki. Pierwsze wejście wokalu wydawało mi się po polsku i szkoda, że nie było. Ten bardzo intymny kawałek pasowałby do wrażliwej „słowiańskiej duszy” wychowanej na „romantykach muzyki rockowej” (i bez dissu, że złe wychowanie). Potem zaczyna bujać lo-fi gitarka niczym z płyt &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=HeyX1H3HTVQ"&gt;Krystyny Prońko&lt;/a&gt;. Świetnie kojący kawałek na nadchodzące upały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla mnie i tak zawsze ważniejszy był b-side ;P „Distance of the Modern Hearts” to po prostu perełka. Mamy tutaj więcej rozwiązań aranżacyjnych. Mimo wszystko kawałek jest nagrany na niesamowitym luzie ,tak jakby w Polsce tylko takie rzeczy powstawały. Basik cały czas zakorzeniony w disco-amerykańskim-ejtisie. Zaciągający klawisz, rozciągnięty na całą szerokość konstelacji gwiazd z back-covera. Palce lizać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Łodzi Kaliskiej na scenę co jakiś czas wkraczało kilka upartych dziewcząt, które wysuwając się na pierwszy plan zasłaniały „pięknych chłopców” z Kamp!. Jednak teraz już wiem, że twórcy tak zajebiście kuul muzy jeszcze nie raz będą odganiać się od dziewcząt żądnych prawdziwych doznań… dźwiękowych. Następnym razem sam będę na scenie. Czekamy na płytę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.msplinks.com/MDFodHRwOi8vd3d3LmJyZW5ubmVzc2VsLnBsL3Jhci9icm4wMDgvJTViYnJuMDA4JTVkJTIwa2FtcCElMjAtJTIwaGVhdHMlMjAoMjAxMCkucmFy"&gt;Kamp! "Heats" - Download&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Panowie podają ten smakowity singielek na tacy w ramach darmowego downloadu. Ściągać i delektować.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-8203278311256256972?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/8203278311256256972/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/06/kamp-heats-goraczka-letniej-nocy.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8203278311256256972'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8203278311256256972'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/06/kamp-heats-goraczka-letniej-nocy.html' title='Kamp! &quot;Heats&quot;. Gorączka letniej nocy.'/><author><name>Phil Nincompop</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15936483500419058898</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/Sr4WIBDKscI/AAAAAAAAANA/4fgq05ky7UE/S220/d.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/TA1dknwo2HI/AAAAAAAAARg/sDU4g11vPo8/s72-c/l_d71e1499eafc4e10a10a6b52096a1490.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-5644631745009580133</id><published>2010-05-20T22:28:00.005+02:00</published><updated>2010-05-20T22:51:59.439+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Kim Nowak „Kim Nowak”: Supernova(k) Blues Explosion</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://merlin.pl/Kim-Nowak_Kim-Nowak,images_product,10,2739499.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 224px; height: 203px;" src="http://merlin.pl/Kim-Nowak_Kim-Nowak,images_product,10,2739499.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Fisz jak Black Keys!” – krzyknąłem do znajomych, walczących na podłodze o ostatni kawałek pizzy. I zaraz ugryzłem się w język – bez przesady – pomyślałem. Ale już tydzień czy dwa później Fisz, Emade (tu nazywajmy ich po prostu Waglewskimi) i ich kolega Michał Sobolewski (to on tu głównie miesza i montuje klimę) zaczęli w pojawiających się jak grzyby po deszczu wywiadach rzucać takimi nazwiskami jak Dan Auerbach czy Jack White. Mówili też o Hendrixie, Black Sabbath, a nawet o Fugazi, Beastie Boys i Sonic Youth. I co ciekawe wszystko to słychać, a bracia W., o których jeszcze rok temu mówiłem „przejedli mi się”, znów dostają ode mnie kredyt zaufania na kilka lat do przodu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Tych, którzy liczą na to, że Bartek Waglewski kiedyś NAPRAWDĘ zaśpiewa muszę rozczarować i odesłać do tych, którzy takie same nadzieje pokładają w Krzyśku Ostrowskim z CKOD. Już na poprzedniej, rodzinnej „Męskiej Muzyce” coś tam (Waglewski) próbował, ale nie wykracza to poza niezdarne kombinacje i melodyjne recytacje. Czasem mi to nawet trochę przypomina Lecha Janerkę i myślę, że ucieszyłby się z takiego porównania. Bo na pewno gdyby mógł, to chciałby urzekać głosem jak wspomniany już lider Black Keys, ma na to nawet patent i wie za które sznurki pociągać, ale niestety, life is brutal. Kolejnych oktaw na Ebay’u nie kupisz. No dobra, trochę pro forma ponarzekałem, ale jak na, nie uwłaczając, ex-rapera brzmi naprawdę nieźle. I bardzo to w sumie zabawne, że w takim składzie, który jakby nie było rusza tej wiosny w jakiś sposób polską muzykę do przodu, 2/3 składu bawiło się kiedyś z całkiem niezłym wynikiem w hip-hop.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kompozycje? Wtórne jak cholera, słychać tu konkretne odniesienia, riffy są oklepane, trochę nawet jakby zerżnięte, tu zaleci Iggy Popem, tam stoner rockiem, jeden numer przypomina nawet The Kills. I co? Nico. Fajnie się łoi taką muzykę, a nikt Waglewskich o brak nowatorstwa i niekroczenie naprzód oskarżał nie będzie. Zrobili już dość. Czas na relaks. Zresztą cała przyjemność po mojej stronie – świetna produkcja, materiał nagrany na setkę kipi energią, jest dziki i ostry, retro brzmienie to nie tylko przechwałki studyjne Emade. Zadziornie, punkowo, kiedy ostatnio słyszeliście taką gitarę u polskiego muzyka? Nawet Jan Bo tak nigdy nie grał;). Sobolewski bawi się instrumentem na zupełnym luzie i osiąga brzmienie potężne, trącące psychodelą, podczas gdy reszta rodzimej sceny swoją wirtuozerię objawia w, jak mawiają muzycy zespołu Pustki, lepieniu pierogów. Tyle. Brawo za dobry ruch. Choć nie ukrywam, że takie numery jak „Szczur”, „Sierpień” czy „Dres”, wolałbym usłyszeć od zespołu nowego, a nie od artystów, od których klepania po plecach po prostu boli już ręka.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/kimnowak"&gt;http://www.myspace.com/kimnowak&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-5644631745009580133?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/5644631745009580133/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/05/kim-nowak-kim-nowak-supernovak-blues.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/5644631745009580133'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/5644631745009580133'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/05/kim-nowak-kim-nowak-supernovak-blues.html' title='Kim Nowak „Kim Nowak”: Supernova(k) Blues Explosion'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-1111055711323760987</id><published>2010-05-19T15:23:00.012+02:00</published><updated>2010-06-13T22:33:28.692+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>The Black Keys „Brothers”: Dzieci wiedzą lepiej</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/9/93/The_Black_Keys_-_Brothers.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 221px; height: 221px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/9/93/The_Black_Keys_-_Brothers.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Antoś&lt;/span&gt;: …i tak łubudu, łubudu, a gitara buczy, a pan robi: jeeeeee! I uuuuu!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kasia&lt;/span&gt;: Braders to znaczy bracia, a oni są tylko kolegami!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Paweł&lt;/span&gt;: Mama kazała mi powiedzieć, że zespół powstał w Akron w 2001, ich pierwszą płytą było „The Big Come Up”, a „Brothers” jest ich szóstą płytą, a brzmienie zespołu to mieszanka…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Majkel&lt;/span&gt;: Mój brat mówi, że tu jest dobra kolejność piosenek. Mocno, ostro, a potem nastolagiczenie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Andżelika&lt;/span&gt;: Dinozaur z &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=x_PrT25o8Vs"&gt;teledysku&lt;/a&gt; jest śmieszny!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Franek&lt;/span&gt;: To &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=DNXwicxlsvI"&gt;Tyrannosaurus Rex&lt;/a&gt;, czytamy z tatą książkę o dinozaurach!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Brajan&lt;/span&gt;: Mi się podoba wszystko, ale najbardziej gitara, chcę na dzień dziecka taką jak ma ten pan co śpiewa. I tak grać. Tak palcami ruszać szybko. I będę miał brodę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Nina&lt;/span&gt;: Ja jakbym była chłopakiem to też bym miała brodę!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Phil&lt;/span&gt;: Kolega mojej mamy, który odwiedza nas jak nie ma taty, wczoraj przed snem opowiadał mi o czym te piosenki są i wcale to nie jest wesołe. Ten pan jest smutny, mimo że o miłości dużo śpiewa. Nic nie rozumiałem, ale wujek się śmiał i mówił, że to życie i że jeszcze zobaczę. I teraz nie mogę się doczekać!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dominik&lt;/span&gt;: Ta piosenka „&lt;a href="http://vids.myspace.com/index.cfm?fuseaction=vids.individual&amp;amp;videoid=104927443"&gt;Tighten Up&lt;/a&gt;” brzmi trochę jak taka polska inna, ale nie pamiętam jaka. Rano to sobie gwizdałem jak jadłem mleko z cheeriosami.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Madzia&lt;/span&gt;: Moja siostra mi wczoraj puszczała płytę Blakroc, to z tymi Murzynami, co panowie nagrali. Ale to nie było takie faaaajne, tu są fajniejsze melodie. Lalalalalala pan śpiewa.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Cyprian&lt;/span&gt;: Dziadek mówi, że to prawdziwy blusz. Ściągnął sobie nawet i słucha na działce, a babcia słucha radia i mówi „przycisz to cholerstwo!”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Zuza&lt;/span&gt;: Za głooooośne, muszę zatykać uszy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Weronika&lt;/span&gt;: A mie się nie podoba, że ten głos pana tak strasznie trzeszczy!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Almahdi&lt;/span&gt;: Jak dostanę niedługo empetrójkę, to będę tego słuchał dużo jak rodzice będą się znowu kłócić. I głośno śpiewać. Tak po angielsku. Mama bardzo głośno płacze.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Pan Zdzisio&lt;/span&gt; (47 lat, uczy dzieci muzyki): Pan sobie da spokój, języka nie strzępi. Uczę (tu pan Zdzisio wykonuje „umowny” gest) w tym przedszkolu już 10 lat. Jeden dzieciak na sto może się pogiba do rytmu, o śpiewie można zapomnieć. Jak nawet postuka które kijkami o coś, to nawet nie dla odgłosu, ale żeby dziurę zrobić. Co one mogą wiedzieć o rockowym retro brzmieniu The Black Keys, bluesowych riffach, czy przepięknym nostalgicznym ciągnącym się jak melasa barytonie Dana Auerbacha? Trochę tam kiedyś narzekałem, że poprzednia płyta wygładzona przez Danger Mouse’a i mało surowa, a ta niby jeszcze bardziej, ale co tam – idzie się przyzwyczaić, to dobra droga, a produkcja przecież fest. Black Keys idą jak huragan – i dobrze, trzeba nam teraz takich zespołów na takie czasy. Ja to już spisałem wszystko, co myślę, dam panu adres, mam takiego bloga…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Karolinka&lt;/span&gt;: A mi się to nie podoba, to smutna muzyka, mimo że można tańczyć. Pokażę panu jak kołyszę bioderkami do „Never Give You Up”!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Radzio&lt;/span&gt;: A będzie koncert? Pojedziemy z naszą panią? Pojedziemy?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;                                               ***&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;(O nowej płycie Black Keys opowiadały przedszkolaki ze Społecznego Przedszkola Integracyjnego nr 211 w Warszawie)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/theblackkeys"&gt;http://www.myspace.com/theblackkeys&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-1111055711323760987?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/1111055711323760987/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/05/black-keys-brothers-dzieci-wiedza.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1111055711323760987'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1111055711323760987'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/05/black-keys-brothers-dzieci-wiedza.html' title='The Black Keys „Brothers”: Dzieci wiedzą lepiej'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-840190344678464530</id><published>2010-05-08T11:32:00.005+02:00</published><updated>2010-05-08T11:39:53.633+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Dojrzały Kele Okereke "Tenderoni".  Ale osiemnastka jest!</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Ile jeszcze electro w electro na parkietach światowego popu? Zaraz zaraz, Almonda to jeszcze nikt nie penetrował – zdaje się mówić Kele. Mimo wszystko Panie Okereke, takim bitem z początku to się zaczynają wszystkie manieczki od Tarnobrzegu po Bangladesz. I że przykrywasz się SNAP'em? Lol. No i wyjście bitu z cienia jak u Stachurskigo też nie na miejscu .&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ale od początku. Kto płakał przy „Like Eating Glass” to wie, że Bloc Party przy debiucie byli czymś dużym w ramach zjawiska. I nawet nie bolało przy "Weekend In the City”. Potem mostek w postaci „Flux” i buchta wiary nabiera nadziei. Dzień w którym świat usłyszał „Intimicy” już dawno pożółkł w kalendarzu, a i polska indie (heh) młodzież nie poczuła rui przy omawianym potworku. No i Kele popierdolił kolegów, chociaż wykluli zgrabne „One More Chance”.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Samotny czarny jeździec porzucił gitarę i poszukuje elektro pierdolnięcia. Zmienił wokalizę na Marca Sex Dwarfa , ale czy to wystarczy? I ten wtórny podkładzik. Jakieś bębenki pod spodem. Yeaseayer wyznaczył ścieżki i będą wszyscy w tym kierunku dążyć, bo to znacząca płyta w tym roku. Tak więc: „Kele ja Cię lubie…., ale co to kurwa jest? Nie ma takiego bita. Dziękuję, dobranoc”.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;A tak w ogóle my znowu o tym brytyjskim New Revivalu :P&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;object width="640" height="385"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/bdQioZHYpvQ&amp;amp;color1=0xb1b1b1&amp;amp;color2=0xd0d0d0&amp;amp;hl=en_US&amp;amp;feature=player_embedded&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowScriptAccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/bdQioZHYpvQ&amp;amp;color1=0xb1b1b1&amp;amp;color2=0xd0d0d0&amp;amp;hl=en_US&amp;amp;feature=player_embedded&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" width="640" height="385"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-840190344678464530?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/840190344678464530/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/05/dojrzay-kele-okereke-tenderoni-ale.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/840190344678464530'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/840190344678464530'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/05/dojrzay-kele-okereke-tenderoni-ale.html' title='Dojrzały Kele Okereke &quot;Tenderoni&quot;.  Ale osiemnastka jest!'/><author><name>Phil Nincompop</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15936483500419058898</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/Sr4WIBDKscI/AAAAAAAAANA/4fgq05ky7UE/S220/d.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-4513286249211087180</id><published>2010-05-04T19:33:00.012+02:00</published><updated>2010-06-13T22:33:48.754+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Caribou „Swim”: Dan the Automator</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/2/24/Caribou_-_Swim.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/2/24/Caribou_-_Swim.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W życiu Daniela Snaitha zawsze najważniejsza była matematyka. Matka wykładowca akademicki, ojciec profesor, siostra podobnie. On sam machnął gdzieś tam na boku doktorat. Teoria pierścieni, liczb, zaawansowana algebra, matrix i chaos. Ciekawe o czym rozmawiali przy niedzielnym obiedzie. I nawet kiedy 10 lat temu Dan wziął się na poważnie za muzykę, stworzył Manitobę itd., matematyka w jego twórczości była obecna. No bo co łączy się z nią bardziej niż rytm. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Na płycie „Up In Flames” z 2003 roku jest taki numer, „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=HEzA8EBCAZc"&gt;Twins&lt;/a&gt;”. Nie trwa on nawet dwóch minut i brzmi trochę jak wprawka, ale świetnie pokazuje, o co mi z tym rytmem chodzi. Perkusja była zawsze instrumentem  nr 1 na płytach Dana. W trasy zabierał &lt;a href="http://farm4.static.flickr.com/3108/2510329239_64a0f9da29.jpg"&gt;dwa zestawy&lt;/a&gt; i na jednym sam wyżywał się jak mógł. I mimo że jego muzyka była mocno uporządkowana, to zawsze kompozycyjnie bliska piosence. Niby elektroniczna, ale z żywymi instrumentami, niby progresywna, ale jakże retro, niby match rockowa, ale mocno psychodeliczna. Tak właśnie brzmiała genialna, &lt;a href="http://www.chartattack.com/files/imagecache/gallery_mainimage/chart_global/gallery/caribou_05.jpg"&gt;nagrodzona Polarisem&lt;/a&gt;, „Andorra”. „Swim” choć stoi na tym samym wysokim poziomie i spełnia prawie wszystkie powyższe kryteria, trochę się jednak od poprzedniczki różni. Krótko: żywej perkusji za dużo tu nie ma. Nie lękajcie się jednak – choć to trochę skok w bok, to jednak i duży krok naprzód.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;„&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=aiSa7THgxrI"&gt;Odessa&lt;/a&gt;”, która promuje i rozpoczyna płytę powinna załatwić sprawę. Kiedy Hot Chip traci fanów po koszmarnej ostatniej płycie, Dan pokazuje, że umie robić taką muzykę lepiej, dodając szczyptę Junior Boysów, LCD Soundsystem i Thievery Corporation, a przy okazji zachowując swój niepodrabialny styl. Zabawa elektroniką wydaje się być dla niego łatwizną, bez żadnego wysiłku tworzy świeże podkłady. Gość chyba nie tylko urodził się recytując ciąg liczby pi, ale także z samplerem w jednej i automatem perkusyjnym w drugiej dłoni. Przeplata brzmienia klawiszy z gitarą, zostawiając zawsze miejsce na swój znak rozpoznawczy, czyli dęciaki. A potem namaszcza tłustym jak smoła bitem. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;I dalej: „Found out” – to jest to. Czuć, że te utwory nie są po prostu napisane, ale skonstruowane i dokładnie przemyślane. „Bowls” – puśćcie to sobie w pociągu. Co za niepokój, co za mrok! Momenty jak z Amona Tobina, pętle jak z solowego Thoma Yorka, cięcia w stylu DJ’a Shadowa. A taki „Hannibal”? Minimalistyczne cudeńko. Albo „Lalibela” – gdyby Moby nagrał coś w takim stylu, to chyba wybaczyłbym mu wszystkie te płyty, brzmiące jak składanki dla Starbucksa, które klepał przez ostatnią dekadę: zacofane, pełne bezguścia i niestrawnych fascynacji euro disco. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Tak to sobie leci przez 40 minut. Kiedy ostatnia „Jamelia” nie dolatuje jeszcze do połowy, to nie tylko ma się ochotę włączyć wszystko od początku, ale człowiek zdaje sobie sprawę, że przez 2 minuty usłyszał więcej ciekawych motywów, niż przez niejeden cały album, który ukazał się w tym roku. „Swim” pójdzie na warsztat, to na pewno – już zaczęły się remiksy i samplowanie. Każdy się przy Danielu Snaithcie ogrzeje. Każdy coś „pożyczy”. Tak chyba w dzisiejszych czasach wygląda sukces. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/cariboumanitoba"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;http://www.myspace.com/cariboumanitoba&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-4513286249211087180?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/4513286249211087180/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/05/caribou-swim-dan-automator.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4513286249211087180'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4513286249211087180'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/05/caribou-swim-dan-automator.html' title='Caribou „Swim”: Dan the Automator'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-8042036073917555521</id><published>2010-04-26T19:26:00.008+02:00</published><updated>2010-04-26T20:29:04.302+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>M.I.A. "Born Free": Polowanie na lisa</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object height="225" width="400"&gt;&lt;param name="allowfullscreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;param name="movie" value="http://vimeo.com/moogaloop.swf?clip_id=11219730&amp;amp;server=vimeo.com&amp;amp;show_title=1&amp;amp;show_byline=1&amp;amp;show_portrait=0&amp;amp;color=&amp;amp;fullscreen=1"&gt;&lt;embed src="http://vimeo.com/moogaloop.swf?clip_id=11219730&amp;amp;server=vimeo.com&amp;amp;show_title=1&amp;amp;show_byline=1&amp;amp;show_portrait=0&amp;amp;color=&amp;amp;fullscreen=1" type="application/x-shockwave-flash" allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" height="225" width="400"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;M.I.A. chyba tak jak i my lubi rzeczy ostre, ale w pewnym sensie zabawne i absurdalne. Dziś objawiła światu nie tylko &lt;a href="http://twitpic.com/1inn5o/full"&gt;tracklistę&lt;/a&gt; swojego nowego albumu, ale też video do pierwszego singla, „Born Free”. Kto wcześniej nie słyszał, to warto, choć z całym albumem może być różnie. Mocna RATM-owa gitara, dużo perkusji, punk rock czający się za rogiem – w takim klimacie głos Mayi, przepuszczony dodatkowo przez różne bajery, brzmi trochę jak Karen O. Ale to wciąż ona, ciężko ją podrobić. A wracając do teledysku, to ciężko coś opowiedzieć nie zdradzając za dużo. Jest ostro, jedzie konwój, pełne oblężenie, coś się będzie działo. Czy to „Swat” czy „Elite Squad”, jeszcze nie wiadomo, i dopiero kiedy kierowca furgonetki robi „boo!” do kamery, wiemy, że to M.I.A puszcza do nas oko. Oddział specjalny szuka, oddział specjalny znajduje. Trochę nieoczekiwanie, ale wiedziałem, że kiedyś ktoś zabierze głos w sprawie tej specyficznej awersji. Choć mogliby ten „-izm”, „-yzm” czy też „-szyzm” wreszcie jakoś nazwać.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Za dużo nieuzasadnionej przemocy? A i owszem. Zbędna niestandardowa scena seksu? Jak najbardziej. Za długie, choć przepiękne, ujęcie palącego się cracku? Obecne. Oprócz wielkiego  twistu gdzieś w połowie trzeciej minuty nie ma dużych zaskoczeń, ciągle ta przemoc i przemoc, ale warto zostać do końca. Niby chciałoby się więcej przewrotności, a otrzymujemy tylko absurdalne killing spree, ale dobre i to, ogląda się nieźle, wrażenie robi, chyba się udało. Możliwe, że M.I.A. potrafi rozprawiać godzinami o tym, co chcieli tu z reżyserem Romainem Gavrasem zawrzeć, o gettach w miastach, brutalnych działaniach &lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/2/25/IcebadgeLG.jpg"&gt;ICE&lt;/a&gt;,  chwdpizmie czy też polityce U.S.A. Nie sądzę jednak, żeby wiele osób szukało tu głębszego sensu, zapadają raczej w pamięć "ładne" obrazki. Końcowa scena à la „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=9rxpfO90mg8"&gt;Zabriskie Point&lt;/a&gt;” (czy tam &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=-Sz9ZUC4oKI"&gt;Fatboy Slim&lt;/a&gt; dla niewtajemniczonych) to miły gest, szczególnie jeśli oderwiemy ją od rzeczywistości, czyli nie będziemy myśleć co naprawdę przelatuje przed ekranem w zwolnionym tempie. Albo wprost przeciwnie –  będziemy wnikliwie obserwować pauzując. Dla każdego coś miłego. Hit czy kicz – dobra robota – płyta nawet nie ma jeszcze tytułu, a już Ziemia delikatnie się zatrzęsła.  &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://neetrecordings.com/BoooooornFREE/"&gt;http://neetrecordings.com/BoooooornFREE/&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-8042036073917555521?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/8042036073917555521/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/04/mia-born-free-polowanie-na-lisa.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8042036073917555521'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8042036073917555521'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/04/mia-born-free-polowanie-na-lisa.html' title='M.I.A. &quot;Born Free&quot;: Polowanie na lisa'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-868560070233477638</id><published>2010-04-20T01:15:00.013+02:00</published><updated>2010-04-20T02:32:34.739+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Blur "Fool's Day": There's No Other Way For Tomorrow Tender Girls &amp; Boys</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;object height="385" width="640"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/GeMjuwhTFws&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;rel=0"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/GeMjuwhTFws&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;rel=0" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" height="385" width="640"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ile to już lat? Ostatnim utworem zrobionym razem we czwórkę było „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=FaANmMXcPoo"&gt;Battery In Your Leg&lt;/a&gt;”, którego tekst mówił prawie wprost, że to koniec, a rozdzierająca serce gitara Grahama kazała porzucić wszelką nadzieję. Nawet w zeszłym roku, kiedy spotkali się dosłownie na kilka występów, nikt nie spodziewał się, że przyjdzie nam jeszcze kiedyś słuchać nowego materiału. Ważne, że chłopcy sobie wybaczyli, że przyjaźń trwa – myślałem, oglądając kilka tygodni temu DVD „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=6iYxdghpJZY"&gt;No Distance Left To Run&lt;/a&gt;”,  szczególnie &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wzruszając się &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;podczas sceny, kiedy członkowie zespołu mówią o tęsknocie za sobą, a w tle Graham z troską wyjmuje Damonowi rzęsę z oka.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Ale jednak, z okazji &lt;a href="http://www.recordstoreday.com/Home"&gt;Dnia Sklepu Muzycznego&lt;/a&gt; (takie święta na Wyspach uzmysławiają mi zawsze kulturową przepaść nie do nadrobienia między nimi a nami), Blur wypuścił nowy kawałek, „Fool’s Day”. Niejeden fan popłakał się ze szczęścia, ja sam czułem się jak w dzień dziecka. Jaka jest to piosenka? Zaskakująco dobra, łącząca najlepsze motywy z kilkunastoletniej kariery zespołu. Powrót syna marnotrawnego w szeregi nie oznacza wcale, że to numer jazgotliwy i stricte gitarowy – „fani” zespołu spod znaku &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=wl5YnxRRh7w"&gt;Fify 98&lt;/a&gt; będą zawiedzeni. Zresztą Graham Coxon przez lata kariery solowej nauczył się spoglądać na sprawy inaczej – jego mottem jest teraz &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;oszczędność&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;„Fool’s Day”, mimo, że mocno blurowy, to silnie osadzony jest w klimatach The Clash z okresu „&lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/b6/Combat_rock_cover.jpg"&gt;Combat Rock&lt;/a&gt;”. Gdzieś tam w basie Alexa Jamesa czai się ten groove, który towarzyszył &lt;a href="http://perleybrook.umfk.maine.edu/classes/cos125/ian/CLASH2.jpg"&gt;Paulowi Simononowi&lt;/a&gt; w „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=HQwm1v1R-qM"&gt;Straight to Hell&lt;/a&gt;”, a rytm, który wybija Dave Rowntree– tak prosto i mocno, to dokładnie (sic!) ten sam motyw, który możemy usłyszeć w „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=GqH21LEmfbQ"&gt;Should I Stay Or Should I Go&lt;/a&gt;”. Skąd te wpływy? „Wina” leży po stronie Albarna – to jego klimaty. Poza tym z Simononem znają się jak łyse konie – grali w końcu razem &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/The_Good,_the_Bad_and_the_Queen"&gt;tu&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Plastic_Beach"&gt;tam&lt;/a&gt;.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Zostawmy jednak sekcję rytmiczną – czas na wokal i gitary. Szary dzień z życia Damona Albarna, nic dodać nic ująć. Klaustrofobicznie i urbanistycznie, na tle prostego chwytowego grania (jeśli ktoś w tym zaśpiewie szuka odniesień do klasyki, to &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=9ZCzJRXvpCg"&gt;proszę bardzo&lt;/a&gt;). W drugiej części pojawia się też na wokalu Coxon, już prawie zapomniałem jak ich głosy potrafią korespondować, tworząc zupełnie nową jakość. Zarówno mostek łączący A z B, jak i jego rozwinięcie w końcówce, to po prostu Graham i jego gitara. Tak kończyło się wiele utworów Blur i nie wiem czy można to nazwać wysublimowaną prostotą, ale kilkudźwiękowe zapętlone opadające zejście w jego wykonaniu zawsze robi wrażenie. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Dalej w sumie nie wiadomo, czy „Fool’s Day” to tylko chwila słabości, czy raczej zapowiedź nagrywania nowego materiału za rok czy dwa. Nikomu niby się nie spieszy, każdy ma własne życie. Dave po raz kolejny musi przegrać wybory parlamentarne &lt;a href="http://www.davidrowntree.org/"&gt;z ramienia Partii Pracy&lt;/a&gt;, Alex pilnować &lt;a href="http://image.guardian.co.uk/sys-images/Media/Pix/pictures/2008/01/25/AlexJames460.jpg"&gt;serowej farmy&lt;/a&gt;, Graham &lt;a href="http://blograge.files.wordpress.com/2009/04/grahamcoxongraham2.jpg"&gt;coś solowego&lt;/a&gt; nagrać, a Damon… Damon śpiewa w „Fool’s Day”: "Studio/ I miłość do całej tej słodkiej muzyki/ Nie możemy po prostu odpuścić”. Trzymam go za słowo.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a href="http://www.blur.co.uk/"&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 0, 0);"&gt;TU&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; &lt;/span&gt;do pobrania ze strony zespołu&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-868560070233477638?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/868560070233477638/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/04/blur-fools-day-theres-no-other-way-for.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/868560070233477638'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/868560070233477638'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/04/blur-fools-day-theres-no-other-way-for.html' title='Blur &quot;Fool&apos;s Day&quot;: There&apos;s No Other Way For Tomorrow Tender Girls &amp; Boys'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-1166130002163631943</id><published>2010-04-18T21:29:00.015+02:00</published><updated>2010-04-18T22:24:36.708+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Kate Nash "My Best Friend Is You": Pała z muzycznej ewolucji</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;(Poniższy tekst powstał w ramach projektu blogowej współpracy między nami a &lt;a href="http://lekcjamuzyki.wordpress.com/"&gt;nieprzerwaną lekcją muzyki&lt;/a&gt;. Defraudując z Weroniką unijne fundusze udało nam się jednego dnia zupełnie niezależnie napisać dwie oddzielne recenzje. W dzisiejszych czasach to niezwykle trudne. Zapraszam więc tu i &lt;a href="http://lekcjamuzyki.wordpress.com/2010/04/18/w-ramach-eksperymantalnej-kolaboracji-kate-nash-my-best-friend-is-you/"&gt;tam&lt;/a&gt;.)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/0/01/Katenashmybestfriendisyou.png"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 220px; height: 220px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/0/01/Katenashmybestfriendisyou.png" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Chcąc napisać cokolwiek o nowej Kate Nash musiałem najpierw się przygotować. Po pierwsze przesłuchałem sobie ze dwa razy jej poprzednią płytę, a po drugie przypomniałem, co faktycznie o niej myślałem te 2-3 lata temu. Wyciągnięte z prywatnej korespondencji i wymienianych rocznych rankingów (zupełnie niezależnie wylądowała u nas obu na pozycji 19/20) informacje mówią jasno: „Made of Bricks” było obecne w naszych życiach i poprawiało nam humor. Phil w grudniu 2007 pisał „Nie chcę tu powtarzać mojej spiskowej teorii na temat więzi między “Made of Bricks” a “&lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/6/64/The_Cure_-_The_Head_on_the_Door.jpg"&gt;Head on the Door&lt;/a&gt;”, ale mała Kate naprawdę nagrała płytę, którą można by porównać do najlepszych popowych dokonań The Cure”. Ja niby mniej entuzjastycznie, ale wciąż pozytywnie: „Będę szczery – ostatnio ta płyta jakoś mi zbrzydła. Ostatnio, a jest grudzień. A trochę w ciągu roku pozachwycałem się „Dickheadem” i pośpiewałem do bardzo reginowo-spektorowej Marielli. I jeszcze kilku”. Co miała w sobie Kate Nash? Dobre piosenki, to na pewno, refleksyjne cure’owe pianinko, to też, dziewczęcość, rezolutność, młodość. Niestety Kate na dłuższą metę nie mogła się obronić, bo nie proponowała tak naprawdę nic nowego, tylko dobre interpretacje lubianych przez nas chwytów. Ale jako uznana marka miała u słuchaczy duży kredyt zaufania. Lubiłem pannę Nash, choć nie pamiętałem za co. Trzy lata to dostatecznie dużo, żeby ewoluować i pokazać to coś więcej. Tak właśnie myślałem przed pierwszym odsłuchem „My Best Friend Is You”. I już po kilku utworach z przerażeniem zauważyłem coś strasznego: Kate Nash sprzedała pianino!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Ten „mały” brak dostrzegłem tak naprawdę chwilę wcześniej, kiedy słuchałem pierwszego singla z nowej płyty Brytyjki, który nijak nie chciał mi przypaść do gustu. Krótko i po dziewczyńsku: „Do-Wah-Doo” jest okropne i ma beznadziejny &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=OqV-embx_tA&amp;amp;feature=fvst"&gt;teledysk&lt;/a&gt;. Tu chyba najbardziej widać, dlaczego pojawiały i wciąż pojawiają się porównania do Lily Allen – OK. miałem momenty lubienia Lily, ale Kate dotychczas była u mnie w innej szufladce. Zresztą takiego refrenu chyba nawet Allen by się wstydziła – jeden wielki banał, który zszedł z taśmy w fabryce przetwarzania plastiku i tworzyw sztucznych. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;„Nie oceniajcie płyty po pierwszym singlu” – powtarzałbym studentom, gdybym wykładał słuchanie muzyki na uniwersytecie. Ale kiedy przeleci się już przez całość, to wszędzie poziom jest podobny. Pianino jeśli jest, to tylko gdzieś tam daleko w tle, od naiwności tekstów bolą zęby, pełno nudnych popowych smyczków dodawanych chyba przez automat, aranżacje poudziwniane. Niezbyt rozumiem jak można było tak dać ciała mając tyle czasu na przygotowania. Nawet nie wiesz kiedy kawałek nr 1 zmienia się w 2, zresztą oba nie robią na człowieku żadnego wrażenia. Trójka, czyli „Don’t You Wan’t To Share The Guilt”, daje przez moment nadzieję, bo choć śmieszy trochę gitara zerżnięta z U2, to gdzieś to wszystko idzie, wydaje się, że słychać emocje. Kate naprawdę dużo tu śpiewa, mówi, szepcze i krzyczy. I szczęśliwi ci, którzy nie znają kompletnie angielskiego, bo głupoty to straszne. Nash znów traci punkt.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;W „I Just Love You More” Kate się zapętliła i wychodzi tu trochę z cienia postać producenta. Szacun dla &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Suede_band"&gt;zamszowego&lt;/a&gt; Butlera, ale takie tanie britpopowe chwyty muszą być oparte na solidnych fundamentach, a nie bełkocie. To samo tyczy się „I’ve Got a Secret” – Kate jako kilkulatka śpiewająca coś w stylu „wiem, ale nie powiem” jest całkiem OK., ale po dwóch minutach mam ochotę to denerwujące dziecko po prostu zdzielić łopatą – i nawet jazgotliwa końcówka nie pomaga – zbyt szybko się kończy i tylko napędza moją agresję…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;…która nie ustępuje, bo w „Mansion Song” Nash zamienia się w 16letnią uczennicę szkoły dla dziewcząt, która udaje poetkę, recytuje farmazony, a w tle gra jakaś aria z gramofonu. Zupełnie jak naiwna Jenny z „&lt;a href="http://nostalgicwardrobe.files.wordpress.com/2010/01/an-education-jenny-carey-mulligan.jpg"&gt;An Education&lt;/a&gt;”, zresztą druga część piosenki to kolejna słabizna.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Niewiele rzeczy na tej płycie mi się podoba „Take me to a Higher Plane” obleci, „Early Christmas Present” też może być. Im bliżej końca tym niby lepiej: „Pickpocket” (a jednak znalazło się pianino!)  jest całkiem przyjemne, a „ You Were So Far Away” bardzo dobre. Niestety oba te numery to perfidne zrzynki. Pierwszy to książkowa Regina Spektor, a drugi jest zrobiony pod Laurę Marling. Zamykający płytę „I Hate Seagulls” zresztą też. Chyba czas więc skreślić pannę Nash. Za ściąganie i brak postępów. Naprawdę wstyd.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/katenashmusic"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;http://www.myspace.com/katenashmusic&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-1166130002163631943?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/1166130002163631943/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/04/kate-nash-my-best-friend-is-you-paa-z.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1166130002163631943'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1166130002163631943'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/04/kate-nash-my-best-friend-is-you-paa-z.html' title='Kate Nash &quot;My Best Friend Is You&quot;: Pała z muzycznej ewolucji'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-8905611031672661592</id><published>2010-03-31T13:04:00.004+02:00</published><updated>2010-03-31T13:26:21.425+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Muchy "Notoryczni Debiutanci": Recenzja</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/S7MtOD-JsZI/AAAAAAAAARY/rRbkcMOuCxM/s1600/z7470038G,Muchy---Notoryczni-Debiutanci.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 199px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/S7MtOD-JsZI/AAAAAAAAARY/rRbkcMOuCxM/s200/z7470038G,Muchy---Notoryczni-Debiutanci.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5454753293283209618" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Teraz już to wiemy. Po prawie trzech latach od wydania, bez spiny można stwierdzić, że „Terroromans” to klasyk. Mimo, że znalazło się paru maruderów, którzy twierdzili, że to tylko kolejny hype, płyta obroniła się znakomicie. Ale czy musiała się bronić? Wystarczy zapodać „play” i wystrzelić ten genialny longplay. Pierwsze dźwięki „Wyścigów” pokazują, jak silne pole rażenia ma ta płyta. Nie zliczę na ilu imprezach katowane było „Miasto doznań” i jak często doznawałem przy refrenie „Fototapety”. Każda linijka wykrzyczana na koncertach lub cytowana przy luźnych rozmowach przy piwie, to sztandarowe teksty polskiej muzyki rozrywkowej dekady zerowej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Już parę dni po premierze debiutu odgrażali się, że wchodzą do studia, aby nagrać nowy materiał. Mimo wszystko trzeba było czekać prawie 2,5 roku. Po drodze bardzo dobry singiel „Państwa-miasta” (btw byłem pewny, że wejdzie na drugą płytę) i bardzo fajny cover „Papierowego księżyca” – tak mocno podkreślającego zakorzenienie liryczne w muzyce polskiej i zagranicznej (cover „To France” grany na koncertach) lat 80. Znaczące projekty Piotra Maciejewskiego Drivealone czy też CNC tylko podgrzewały atmosferę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Trzeba jednak przyznać, że po debiucie nie tak to miało wyglądać. Podobna sytuacja miała miejsce po jedynce Cool Kidsów. Polska scena muzyczna miała się odmienić. A tu jakiś Gumki Orlik. Eh. Modląc się o deszcz, który na nowo zmyje brudy, wyczekiwałem następcy „Terroromansu”. Jeszcze przed premierą mieliśmy okazję podglądnąć okropną okładkę. Nadal nie rozumiem o co w niej chodzi. Do tytułu już się przyzwyczaiłem (ja wiem, że genialnie nakreślający ich położenie). Premiera w dzień kobiet. Na liście 11 tracków. Rzadko już, aż z takim namaszczeniem czekam na jakieś płyty. Zakup w dzień premiery, starannie odpakowana folia, trzęsącymi rękami włączam play:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;1. Rekwizyty&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Opener zaczyna się wychodzącym z ciszy rytmem wybijanym przez Szymona Waliszewskiego. Poszarpane gitary, przeszkadzają sobie nawzajem, aby trochę rozczarować zwolnieniem i pójść w słabą melodykę. Gdzieś na 0:58 trochę Heyowo się robi, i to w żadnym wypadku nie jest komplement. Michał Wiraszko mocno rozczarowuje grafomańskim tekstem „Zbierasz kody/Wygrywasz nagrody”. Naprawdę myślałem, że to przegrali, że to już koniec. Jedyni, którzy mogli coś udowodnić, nie udowodniają tego, o czym była mowa w „Najważniejszym Dniu”. Jak ważne jest wejście na drugiej płycie, każdy sobie zdaje sprawę. Tak więc, to koniec już nic nas nie zbawi. Na szczęście coś w 1:33 zaczyna się piętrzyć. Wiraszko tłumaczy „No skąd ten strach?/Zdaję się, że nigdy  aż tak”. No właśnie, po co ta spina. Może niepotrzebnie. Wyluzuj. I tak też jest. Refren podobnie jak otwarcie „Wyścigów” daje dowód, że obcujemy z najlepszym polskim zespołem. Mianowicie w 1:52 załamanym, smithowym głosem Wiraszko wykrzykuje „To, że Cię nie gonią/Nie znaczy, że masz stać” i jestem w domu. To moja drużyna. Zwrotka za drugim razem już tak nie boli. Z utęsknieniem czekam na refren. Za drugim razem jest bardziej odczuwalny. W 3:56 daję się we znaki producent Marcin Bors (bo to chyba jego pomysł) i odzywa się harmonia. Wybaczam. Dzięki za przejście do kolejnego refrenu. Wiraszko brzmi bardziej odważnie, bardziej mądrze. Teksty już na początku niosą ciężar. To nie płyta o relacji między parą kochanków (tak jak to było głównie na „Terroromans”), ale o dzisiejszej alienacji i strachu przed okazywaniem uczuć. Otoczony facbookowym „musisz tam być” oraz rekwizytami jako przedłużeniem naszych ograniczeń, samotnie przemierzamy technologiczny raj.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;2. Notoryczni debiutanci&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Rekwizyty” niosły ze sobą momenty zawahania co do zajebistości tej płyty. „Notoryczni debiutanci” zamiatają wszystkie wątpliwości. Mocarna, popowa petarda. Tak jak na debiucie, każdy uderzenie strun, każde uderzenie perkusji każdy wyraz zaakcentowany przez wokal, uświadamia, że w momencie słuchania tworzymy historię. Czy ktoś dzisiaj brzmi tak poetycko i przekonującą jak Pan Michał. Buńczuczne, totalnie cool: „Pytasz mnie czy wybiorę się na seans/ Chowam ręce w Twoich kieszeniach” i potem już miazga: „Siedem miesięcy jak sakramenty...”. Przed oczyma stają mi same klasyczne punchliny z jedynki. Nie da się od nich uciec. Można cytować w nieskończoność „To będzie dobry rok, bez rocznic bez rozczarowań”. potem przejście w totalnie punkowe, interpolowe przeplatające się riffy, do taktu dołącza perkusja i znowu „To będzie dobry rok..” Niech ten refren trwa i trwa. Najlepsza rzecz jaką słyszałem ostatnimi laty.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;3.  Przesilenie&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Optymistyczny marsz na plac wolności, aby zapomnieć o dobrych radach, dawanych przez najmądrzejszych. Bardzo popowe wejście na bazie chórków, z fajnie podbitym basem Tomasza Skórki i funkującą gitarką. Wchodzi Wiraszko: „Już możemy sobie mówić na Ty”. Nie ma mocnych na tego chłopaka. Potem „Mam nadzieję, że dobrze bawisz się gdy/W głównych rolach modne emocje”. Nie ma bata. Każdy wers, każda linijka to niezapomniane wrażenia. Sprawdźcie to. Kawałek z totalnie radiową melodyką, jak się nie przeżre do mainstreamu to żal będzie trochę. Hymnowy refren niczym z „Years of Refusal”  (zresztą Michał zaliczył go do ulubionych albumów mijającego roku). &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;4. W zasięgu ramion&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Pływające gitary, potem wchodzi  gitara à la mostek w „Fototapecie”. I trochę republikowy wokal. Nowocześnie i zachowując tradycję. No i refren zabójca. „Wszystko co w zasięgu ramion pozostaje/Naszą tarczą - celem złych”. Proszę, zauważyć drugi niski wokal pod refrenem, chytrze ukryty przed pierwszym odsłuchem. Za wejście z 2:11 należy się Oskar, tam gdzie te płaczliwych smyki. Bitewny rytm perki i poezja „podobno używamy jednego języka&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;/w dialogu ginie jednak słów matematyka&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;/arytmetyka zależności gubi nas”. Moment ciszy i znów refren zabójca. Ja chce jeszcze.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;5. Księgowi i marynarze&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Obczajcie jak bardzo hajlajtowo-momentowy jest ten kawałek. Zagrywkowa gitarka przeniesiona potem na motyw  zwolniony wolnym podbiciem perkusyjnym. W 0:35 pytający, boomerangowy  synth - przypomina mi polskie momenty elektro z lat 80. Jakieś wybrane motywy Kombi czy coś. Antyfacbookowe „Nie mam planów na kolejne dwa oddechy” (czy późniejsze „Nie mam nic na myśli”). Ale kurwa w 1:12, nic nie wyjaśni zajebistości tego momentu. „Nie mówmy o jutrze/ Historiach bez puent/ Gdy noce są krótsze/Proste, że to nie dotyczy nas”. Odsyłam do płyty – nie da się tego opisać. Ciągła walka, idealizm vs. realizm. Zamknięci w korporacyjnych boksach, marzymy o przyszłości, nie skupiając się na „tu i teraz”.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;6. Przyzwoitość&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Znowu po polsku. Jakość debiutu Lady Pank, kiedy Borysewicz mógł stanąć obok Andy’ego Summersa bez obciachu i mieli szanse na supportowanie Madonny. Przerażający tekst Wiraszki, totalnie traktujący o braku prawdziwych emocjonalnych, nieprzyzwoitych doświadczeń. Otaczamy się muzyką i filmami, uciekając od prawdziwych emocji. Będąc częścią (internetowej) społeczności jesteśmy absolutnie samotni. Waltornia daje niesamowity efekt. Nie wiem, co to znaczy, ale oddaje namiastkę człowieczeństwa, jakiś pierwotnych instynktów, których nie da się uwolnić poprzez bycie tylko przyzwoitym.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;7. Zimne kraje&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Największy kawałek na płycie. Totalny hołd pod Morrisseya. To już nie przelewki. Nie wystarczyło im „My Favorite Disease”. No niech ktoś oskarży Wiraszkę o plagiat, niech się tym  ktoś od Moza zajmie. 0:48: „I chodźmy spać/ kolejny raz” z zapadającym się głosem, pod brudną jak cholera gitarę, należy do byłego wokalisty The Smiths. Bez wątpienia. I jest to moment, gdzie zapłakałem. Katharsis. Absolut. Obcujemy tutaj z płaszczyzną tarcia pomiędzy sztuką, a rozrywką. Odciśnięte piętno jednej z najlepszych kapel w historii uderza w czachę. Mimo tej morrisseyowej maniery, znowu polskość czuję. Chociażby przez zestawienie słów „Zimne kraje”. Gdzieś widzę „Arktykę”. Totalny clash tradycji i najlepszych źródeł, rzadko penetrowanych przez polskich artystów (no może Bielizna czy też Malarze i żołnierze).&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;8. 15 minut później&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie ma już dzieciństwa. Przeminęło zbyt szybko. To tylko 15 minut. „No popatrz jak się kończę”, pogodzony z własnym losem. Mimo, że przed nami kolejny kwadrans - nie zmieni to już nic. Możesz się śmiać i kląć na przemian to i tak nigdy nie wróci. Wiraszko bezpośrednio i sprytnie nawiązuję do kluczowych momentów dzieciństwa (wąchanie okładek komiksów, hodowanie ulubionych zwierzaków czy zabawy w strzelanego). Możesz się wściekać i złościć – to naprawdę nie wróci. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;9. Serdecznie zabronione&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Doznaniowe klawisze na sam początek. A czemu nie. Niestety tutaj chłopaki troszeczkę się spóźnili. Przesterowana na modłe elektro gitarka trochę trąci myszką. Piosenka z przejściami à la pseudo-indie. Tak przecież udanie i dokładnie spenetrowane przez Cool Kidsów na „Afterparty”. Mimo wszystko teksty znowu miażdżą. Może nie będzie tak źle -  „Dwudniowa odwaga/…/jedynka Mannamu - to musi się udać”, jednak niechciana depresja wisi w powietrzu: „bo kiedy/przyjdą wreszcie myśli te bez wizy, nieproszone/uwierz, nie pozostawią wątpliwości/ nie będzie braw”. I tak bez końca.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;10. ‘93&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Robert Smith nagrywając fantasy singles mógłby być zachwycony intro w tym kawałku. Keyboardowe plamy, pod aqua-gitarę. Następnie debiutanckie zawijane gitary, przerywane stukaniem perki. Cudowne spotkanie z kimś w kogo się jeszcze wierzy: „Ten dzień jest po to by wysypać z butów piach”. I znowu o przeżywaniu prawdziwych uczuć o doznaniu czegoś realnego: „Wciąż lepiej przeżyć coś niż obejrzeć o tym film”. I nawet nie trzeba się spinać, refren: „Nie musisz starać się/Dzień bez okazji i bez zdjęć”. W 1:59 faktycznie tak jest. Jednak można wreszcie czuć. Chillwave’we doznanie tego czego zawsze poszukiwaliśmy. To właśnie ten moment. „Powoli lewitujesz…”.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;11. Kołobrzeg - Świnoujście,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dobrze znany kawałek z demówki przed pierwszą płytą. Troszkę wymuszony niczym na jedynce „111”. Chociażbym wolał tutaj „Państwa-Miasta”, mimo wszystko fajnie posłuchać. Mało przearanżowany w porównaniu do oryginału, ale ciągle świeży. Perkusja w rytm jadącego pociągu i ta fajnie drażniąca gitara. Znamienny punkt kulminacyjny płyty. Swoista kropka nad i: „Już nie ma tego chłopca i nie ma tej dziewczyny/Zestarzeli się/Albo nigdy ich nie było”. Koniec.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Już po wszystkim. Za chwilę i tak odpalę pewnie drugi raz. Stawiam, że płyta także tak jak debiut będzie albumem,  do którego będziemy wracać. Tak jak przy debiucie, znowu mamy coś, czego można dotknąć. Z czym można się utożsamiać. Coś bardzo realnego i emocjonalnego. Bez zbędnej otoczki, lanserstwa, napinania się i ściągania coraz niżej spodni.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Pokoleniowe teksty, która trafiają w początek nowej dekady. Jeszcze dłużej wpatrzeni w laptopa i czekający aż ktoś po drugiej stronie będzie aktywny. Nauczeni na pamięć gestów i emocji. Z głęboką tęsknotą poczucia czegoś więcej. Ciągłe poszukiwanie i nadzieja, że za chwilę będzie lepiej. Zmęczeni ciągłymi grami, odgrywaniem kogoś, kogo tak naprawdę nie ma. Wyprani z prawdziwych uczuć dziecka, zapatrzonego w swoich idealnych bohaterów z plakatów, w pokoju dzielonym z rodzeństwem. Chyba da się to jeszcze naprawić, prawda? W końcu naprawdę zadebiutować w swoim realnym życiu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/muchy"&gt;http://www.myspace.com/muchy&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-8905611031672661592?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/8905611031672661592/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/muchy-notoryczni-debiutanci-recenzja.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8905611031672661592'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8905611031672661592'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/muchy-notoryczni-debiutanci-recenzja.html' title='Muchy &quot;Notoryczni Debiutanci&quot;: Recenzja'/><author><name>Phil Nincompop</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15936483500419058898</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/Sr4WIBDKscI/AAAAAAAAANA/4fgq05ky7UE/S220/d.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/S7MtOD-JsZI/AAAAAAAAARY/rRbkcMOuCxM/s72-c/z7470038G,Muchy---Notoryczni-Debiutanci.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-6874898609584583569</id><published>2010-03-29T16:13:00.005+02:00</published><updated>2010-03-29T23:37:17.491+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Laura Marling „I Speak Because I Can”: Lau(d=r)anium</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/a/a1/Ispeakbecauseican.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 226px; height: 226px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/a/a1/Ispeakbecauseican.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W 2007 roku Laura powaliła mnie swoim &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=0yx1nwtc-Rc"&gt;„New Romantic”&lt;/a&gt;, i to nawet dwa razy, bo u &lt;a href="http://vimeo.com/3311853"&gt;Jools’a&lt;/a&gt;  ta smarkula zabrzmiała dwa razy lepiej. Potargana chudzina w koszulce Spice Girls, ledwo otwierająca buzię i patrząca w podłogę. Bladolica, krasnousta, prawie przezroczysta. Zaczęła przebierać palcami po strunach i ruszyła: „I know I said I loved you but I'm thinking I was wrong/ I'm the first to admit that I'm still pretty young”. I w sumie nic dodać nic ująć, aczkolwiek chyba prościej odkopać nowy gatunek dinozaura (ostatnio robią to średnio raz w tygodniu), niż odkryć 17latkę z głosem tak czystym i niewinnym, a po brzegi wypełnionym melancholią. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Długogrający &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Alas_i_cannot_swim"&gt;debiut&lt;/a&gt; Laury Marling to było coś. Geniusz. Prostota. Czyste piękno. Ja sam byłem bardzo kontent, sypiałem z Laurą i się z nią budziłem. Jeździliśmy razem autobusem, ona śpiewała o wielkiej miłości, trochę idealistycznej i szczenięcej, choć już bardzo gorzkiej i rozczarowującej, a ja gotowałem makaron albo robiłem zakupy. Powinniście nas razem wtedy zobaczyć! W międzyczasie Laura trochę &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=T8YCSJpF4g4"&gt;kolaborowała&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=gKS7WuDW6TY"&gt;coverowała&lt;/a&gt;, pojawiała się to &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=qz-FoGp3p0s"&gt;tu&lt;/a&gt;, to &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=NsCSoojkHzQ"&gt;tam&lt;/a&gt;. Po znajomości, po przyjacielsku, za jeden uśmiech. Trzymała klasę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Ale spokojnie, nie będzie rozczarowań, „I Speak Because I Can” też daje radę, ciężar drugiej płyty wzięty na klatę. Oczywiście, tylko raz mogłem się złapać na bezbronnego podlotka, którego nic nie boli tak jak życie, więc tym razem bez sentymentów, obyło się bez gotowania i zbędnego pieprzenia. Laura Marling zrobiła album dojrzalszy, bardziej rozbudowany, w większej skali. Zresztą nawet porównując okładki: koniec z foklową hipisariadią, jestem kobietą.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Jej głos na nowej płycie jest dużo mocniejszy, częściej też się zmienia, nawet w obrębie jednego utworu. Jest zła. Zmiana. Jest bezbronna i słodka. Znów zmiana. Jest poważna. Poza tym znakiem firmowym „I Speak…” są dużo bardziej złożone aranżacje. Wszystkiego jest więcej. Nakładające się wokale, bogate instrumentarium, wszystko niby bazuje na tych samych pomysłach, piosenki dalej mają marlingową strukturę A + B + C, ale z większym rozmachem. To już nie ta sama dziewczynka grająca na gitarze i mocząca nogi w rzece. Laura podpatrzyła trochę rzeczy u kolegów z folkowych zespołów, z którymi się bujała przez ostatnie 2 lata. Pokazali jej np. gdzie kupić dobre banjo, jak w pełni wykorzystać tzw. „irlandzki trick”, robiąc niepokojące tło szumem akustycznych gitar i używając bodhránu (za dużo kiedyś słuchałem &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=YseL9kHhTRY"&gt;The Corrs&lt;/a&gt;, żeby go nie rozpoznać). Właśnie, rytm. Jest tu go całkiem sporo. Podobnie jak gatunków, z których Marling czerpie i po swojemu interpretuje.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Jakieś highlighty? Ciężko powiedzieć, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=rt1dmt-Zqyc"&gt;oba&lt;/a&gt; &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=1YXKWOTGskY"&gt;single&lt;/a&gt; niezłe, świetny opener, po bardzo dobrym energetycznym przedostatnim, następuje zamykający tytułowy, który po prostu jest przepiękny, tak jak ten pół płyty wcześniej. W ogóle nieparzyste jakieś niby lepsze, ale może to tylko pozory. Tak czy tak, po co rzucać tytułami, te niespełna 40 minut muzyki warto łyknąć w całości, i tak poczujecie niedosyt. I nie wiem czy ta płyta jest gorsza od poprzedniej, może wcale nie, może więcej nie znaczy gorzej, może w tym przypadku nie warto gloryfikować przeszłego minimalizmu, a przyklaskiwać teraźniejszemu progresowi? Może to, może tamto. Skupmy się na wiośnie.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/lauramarling"&gt;&lt;br /&gt;http://www.myspace.com/lauramarling&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-6874898609584583569?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/6874898609584583569/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/laura-marling-i-speak-because-i-can.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6874898609584583569'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6874898609584583569'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/laura-marling-i-speak-because-i-can.html' title='Laura Marling „I Speak Because I Can”: Lau(d=r)anium'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-1771536173654436173</id><published>2010-03-14T12:09:00.006+01:00</published><updated>2010-03-14T12:18:10.810+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Film'/><title type='text'>"Tlen" - Bardzo duszny seans.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_qBvm8W_o8RA/S5zE48hDnwI/AAAAAAAAAAU/H45hYta6Hr0/s1600-h/tlen.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 123px; height: 178px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_qBvm8W_o8RA/S5zE48hDnwI/AAAAAAAAAAU/H45hYta6Hr0/s320/tlen.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5448446131807952642" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Słowo tworzy dźwięk, dźwięk nadaje rytm, który tworzy muzykę, a ta wywołuje obraz. Tak właśnie skonstruowany został „Tlen”. Wszystkie warstwy filmu są integralne, tworzą widowisko multimedialne, któremu łatwo się poddać, zahipnotyzować. Pięknie brzmiący język rosyjski stwarza harmonię. Gdy recytacja nabiera tempa, obraz robi się coraz bardziej agresywny, kiedy głos się uspakaja, widz może odetchnąć. „Tlen” mocno ingeruje w zmysły, nie daje od siebie oderwać wzroku, a tempo słów nie pozwala nawet na moment skierować myśli w innym kierunku. Tekstu jest dużo. Czasem zdania padają jedno po drugim. Niewładający biegle rosyjskim widzowie muszą dołożyć nie lada starań by ogarnąć wszystko, co dzieje się na ekranie, odczytać napisy i zrozumieć ich sens. Niestety, techniczny problem białych liter na białym tle lub na rosyjskich napisach, będących częścią clipów, był dokuczliwy i zakłócał odbiór spektaklu. Trudno się wobec tego dziwić, że twórca nalegał na dubbing, jednak coś mówi mi, że „Tlen” bez dźwięcznego rosyjskiego nieco stracił by swój dyskretny urok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyrypajew stworzył dramat o mało oryginalnej treści. Mamy zakochaną parę, mezalians, zbrodnię, następstwa czynów (wkracza wymiar sprawiedliwości). Aby nieco złagodzić podobieństwo do wszystkich historii àla  Romeo i Julia, autor zadaje kilka metafizycznych pytań, dorzuca nieco polityki, ubarwia wszystko starotestamentowymi tekstami, a żeby było „na czasie”, także językiem młodego pokolenia. Dostajemy narkotyczne wizje oraz kilka przedstawień życia w wielkim mieście. Powstaje mieszanka trudno przyswajalna, ciężkostrawna. Wyrypajew podaje nam ten ciężki posiłek w pięknej oprawie, doskonale znanej zjadaczom MTV. Tekst po tekście, obraz, po obrazie. Skoro już zasiadło się przed ekranem, to przyswoi się wszystko, bo konwencja teledysku nie pozwoli wstać, lekko otumani, zagłuszy poczucie czasu. Otrzymujemy wirtuozerski popis, mieszaninę gatunków i technik. Pojawia się prawie wszystko: sceny na księżycu, pod wodą (środowiska beztlenowe), animacje tradycyjne, komputerowe. „Tlen” to swoista antologia sztuki teledysku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Film został okrzyknięty jako odważny, nowatorski i eksperymentalny. Czy taki jest? Tak i nie. Ja chwilę zastanowiłabym się przed popadnięciem w bezkresny zachwyt nad „Tlenem”. Sama postać Saszy wydaje mi się lekko wtórna. Ruda piękność, jako uosobienie odmienności, lekkości, dzikości, tlenu. Ile jeszcze bladolicych rudowłosych zjaw pojawi się na ekranach i plakatach, wciąż w tej samej roli nieuchwytnych outsiderek. Nie umiem pozbyć się skojarzenia z „Biegnij Lola Biegnij”. TU też film przeplata się z animacją. Dużą rolę odgrywa tempo muzyki. Rude włosy dominują w kadrach i przypadkiem obie bohaterki noszą tatuaż w tym samym miejscu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Połączenie dramatu z ciągłą narracją muzyczną dało nowoczesny musical, po którym wyszłam z kina lekko zmieszana. Wyrypajew radzi by film oglądać intuicyjnie, by poczuć przykazania, bo ich odbiór za pomocą intelektu niewiele daje w zachodnim świecie. Nie wiedziałam, czy w spektaklu tym było zbyt wiele metafizyki, czy ja tylko usilnie szukałam tam kolejnych warstw i tak złożonej struktury. Mimo tego oddychać „Tlenem” jest przyjemnie, tylko czasem można się zakrztusić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-1771536173654436173?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/1771536173654436173/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/tlen-bardzo-duszny-seans.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1771536173654436173'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1771536173654436173'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/tlen-bardzo-duszny-seans.html' title='&quot;Tlen&quot; - Bardzo duszny seans.'/><author><name>Lilly Lichi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13623364901819644252</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_qBvm8W_o8RA/S5zE48hDnwI/AAAAAAAAAAU/H45hYta6Hr0/s72-c/tlen.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-4557169333783827900</id><published>2010-03-09T13:39:00.005+01:00</published><updated>2010-03-09T14:28:56.166+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Chiddy Bang „Opposite Of Adults”: forever young jerks</title><content type='html'>&lt;meta equiv="Content-Type" content="text/html; charset=utf-8"&gt;&lt;meta name="ProgId" content="Word.Document"&gt;&lt;meta name="Generator" content="Microsoft Word 12"&gt;&lt;meta name="Originator" content="Microsoft Word 12"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;link rel="File-List" href="file:///C:%5CDOCUME%7E1%5CFilip%5CUSTAWI%7E1%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_filelist.xml"&gt;&lt;link rel="themeData" href="file:///C:%5CDOCUME%7E1%5CFilip%5CUSTAWI%7E1%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_themedata.thmx"&gt;&lt;link rel="colorSchemeMapping" href="file:///C:%5CDOCUME%7E1%5CFilip%5CUSTAWI%7E1%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_colorschememapping.xml"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:trackmoves/&gt;   &lt;w:trackformatting/&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:punctuationkerning/&gt;   &lt;w:validateagainstschemas/&gt;   &lt;w:saveifxmlinvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:ignoremixedcontent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:alwaysshowplaceholdertext&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:donotpromoteqf/&gt;   &lt;w:lidthemeother&gt;PL&lt;/w:LidThemeOther&gt;   &lt;w:lidthemeasian&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeAsian&gt;   &lt;w:lidthemecomplexscript&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeComplexScript&gt;   &lt;w:compatibility&gt;    &lt;w:breakwrappedtables/&gt;    &lt;w:snaptogridincell/&gt;    &lt;w:wraptextwithpunct/&gt;    &lt;w:useasianbreakrules/&gt;    &lt;w:dontgrowautofit/&gt;    &lt;w:splitpgbreakandparamark/&gt;    &lt;w:dontvertaligncellwithsp/&gt;    &lt;w:dontbreakconstrainedforcedtables/&gt;    &lt;w:dontvertalignintxbx/&gt;    &lt;w:word11kerningpairs/&gt;    &lt;w:cachedcolbalance/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;m:mathpr&gt;    &lt;m:mathfont val="Cambria Math"&gt;    &lt;m:brkbin val="before"&gt;    &lt;m:brkbinsub val="&amp;#45;-"&gt;    &lt;m:smallfrac val="off"&gt;    &lt;m:dispdef/&gt;    &lt;m:lmargin val="0"&gt;    &lt;m:rmargin val="0"&gt;    &lt;m:defjc val="centerGroup"&gt;    &lt;m:wrapindent val="1440"&gt;    &lt;m:intlim val="subSup"&gt;    &lt;m:narylim val="undOvr"&gt;   &lt;/m:mathPr&gt;&lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:latentstyles deflockedstate="false" defunhidewhenused="true" defsemihidden="true" defqformat="false" defpriority="99" latentstylecount="267"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="0" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Normal"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="heading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="35" qformat="true" name="caption"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="10" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Title"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" name="Default Paragraph Font"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="11" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtitle"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="22" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Strong"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="20" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="59" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Table Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Placeholder Text"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="No Spacing"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Revision"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="34" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="List Paragraph"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="29" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="30" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="19" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtle Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="21" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="31" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtle Reference"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="32" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Reference"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="33" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Book Title"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="37" name="Bibliography"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" qformat="true" name="TOC Heading"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;style&gt; &lt;!--  /* Font Definitions */  @font-face 	{font-family:"Cambria Math"; 	panose-1:2 4 5 3 5 4 6 3 2 4; 	mso-font-charset:238; 	mso-generic-font-family:roman; 	mso-font-pitch:variable; 	mso-font-signature:-1610611985 1107304683 0 0 159 0;} @font-face 	{font-family:Calibri; 	panose-1:2 15 5 2 2 2 4 3 2 4; 	mso-font-charset:238; 	mso-generic-font-family:swiss; 	mso-font-pitch:variable; 	mso-font-signature:-1610611985 1073750139 0 0 159 0;}  /* Style Definitions */  p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal 	{mso-style-unhide:no; 	mso-style-qformat:yes; 	mso-style-parent:""; 	margin-top:0cm; 	margin-right:0cm; 	margin-bottom:10.0pt; 	margin-left:0cm; 	line-height:115%; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:11.0pt; 	font-family:"Calibri","sans-serif"; 	mso-ascii-font-family:Calibri; 	mso-ascii-theme-font:minor-latin; 	mso-fareast-font-family:Calibri; 	mso-fareast-theme-font:minor-latin; 	mso-hansi-font-family:Calibri; 	mso-hansi-theme-font:minor-latin; 	mso-bidi-font-family:"Times New Roman"; 	mso-bidi-theme-font:minor-bidi; 	mso-fareast-language:EN-US;} span.apple-style-span 	{mso-style-name:apple-style-span; 	mso-style-unhide:no;} .MsoChpDefault 	{mso-style-type:export-only; 	mso-default-props:yes; 	mso-ascii-font-family:Calibri; 	mso-ascii-theme-font:minor-latin; 	mso-fareast-font-family:Calibri; 	mso-fareast-theme-font:minor-latin; 	mso-hansi-font-family:Calibri; 	mso-hansi-theme-font:minor-latin; 	mso-bidi-font-family:"Times New Roman"; 	mso-bidi-theme-font:minor-bidi; 	mso-fareast-language:EN-US;} .MsoPapDefault 	{mso-style-type:export-only; 	margin-bottom:10.0pt; 	line-height:115%;} @page Section1 	{size:612.0pt 792.0pt; 	margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt; 	mso-header-margin:35.4pt; 	mso-footer-margin:35.4pt; 	mso-paper-source:0;} div.Section1 	{page:Section1;} --&gt; &lt;/style&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt;  /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable 	{mso-style-name:Standardowy; 	mso-tstyle-rowband-size:0; 	mso-tstyle-colband-size:0; 	mso-style-noshow:yes; 	mso-style-priority:99; 	mso-style-qformat:yes; 	mso-style-parent:""; 	mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; 	mso-para-margin-top:0cm; 	mso-para-margin-right:0cm; 	mso-para-margin-bottom:10.0pt; 	mso-para-margin-left:0cm; 	line-height:115%; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:11.0pt; 	font-family:"Calibri","sans-serif"; 	mso-ascii-font-family:Calibri; 	mso-ascii-theme-font:minor-latin; 	mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; 	mso-fareast-theme-font:minor-fareast; 	mso-hansi-font-family:Calibri; 	mso-hansi-theme-font:minor-latin;} &lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;I am hip-hop! To jedyne, co mi przyszło do głowy po usłyszeniu nowego wymiatacza od Chiddy Bang,  który wdarł się właśnie do pierwszej dziesiątki iTune’owych hitów w UK. Bo co innego można sobie pomyśleć, gdy odchodzi się nieco od hip-hopu w stronę muzyki serwowanej przez MGMT czy Passion Pit i okazuje, się, że hip-hop idzie tam razem z tobą. Delikatnie próbował mi już o tym powiedzieć Kid Cudi, ale teraz chłopaki z Chiddy Bang jebneli mnie tym przekazem prosto w pysk, żeby mi to przypadkiem nie umknęło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Opposite of adults” jest piękną, rapową wariacją na temat „Kids” od MGMT i choć ukradziony jest z niego nawet nie sampel a jedynie kilka tonów, to nikt nie ma wątpliwości co do więzi obu utworów. Sam bit, który jest prościutką, wystukaną na keyboardzie melodią, buja głowami słuchaczy jak przejażdżka polskimi drogami po zimie. Przekaz jest oczywisty – nie ma sensu dojrzewać, bo i po co, skoro : “I remember I was younger as a kid it was the best / I used to touch on all the pretty girls at recess”. Klip mimo wykorzystania oklepanego patentu jest niesamowicie pocieszny i budzi we mnie niedojrzałego gnojka, który chciałby być takim amerykańskim cool kidsem. Poza tym nie można przejść obojętnie obok umiejętności aktorskich Xaphoona, który umie wyrazić obojętność na milion różnych sposobów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hip-hop zmienia się na każdym poziomie zawodowstwa. Dzieje się to w Polsce (Pezet – „Muzyka Emocjonalna” IMHO najlepszy polski rapowy album 2009) i za granicą, wyjadacze ewoluują (Kanye West – Coldest Winter), młodzi zaskakują (New Boyz, Audio Push), nawet MF Doom który nie mógł zmienić stylu Madvillainów z powodu jego mega-zajebistości zmienił chociaż ksywkę – jakiś progres musi być! Młody duet z Filadelfii, w którego skład wchodzi mający nigeryjskie korzenie MC Chiddy i producent Xaphoon, przeżuwają Indie, elektronikę i rap i wyrzucają muzę, która przy odrobinie pracy może sporo namieszać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;object width="560" height="340"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/McRgkE_vgjU&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/McRgkE_vgjU&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1&amp;amp;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="560" height="340"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-4557169333783827900?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/4557169333783827900/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/chiddy-bang-opposite-of-adults-forever.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4557169333783827900'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4557169333783827900'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/chiddy-bang-opposite-of-adults-forever.html' title='Chiddy Bang „Opposite Of Adults”: forever young jerks'/><author><name>Outluc Masta</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12356414949773309039</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-1709261830731601932</id><published>2010-03-05T21:12:00.013+01:00</published><updated>2010-03-06T00:04:19.454+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Podsumowania'/><title type='text'>Oscar - Decydujące starcie</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/S5Fu_qZ007I/AAAAAAAAATI/YKl1PznAvV0/s1600-h/oscar.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 288px; height: 252px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/S5Fu_qZ007I/AAAAAAAAATI/YKl1PznAvV0/s200/oscar.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5445255464461063090" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nie dbam o telewizję. Nic ciekawego i do tego permanentna powtórka z rozrywki i to zazwyczaj kiepskiej. Ale raz do roku odkurzam stare pudło, żeby zobaczyć rozdanie Oscarów. Że kicz? Komercja? Wewnętrzne rozgrywki środowiskowe? Tak, tak i tak. Zgodzę się też z tym, że dużo ciekawsze rzeczy dzieją się w Sundance czy na Spirit Awards, że lepsze filmy dostają BAFTy, a niezdecydowani członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej rozdając Oscary często kierują się zdaniem Hollywoodzkiego Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej, którzy swoje Złote Globy rozdają wcześniej. Wszystko prawda. Ale po prostu mam sentyment. A z tym ciężko dyskutować.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Co w tym roku? 82-gą Ceremonię w Kodak Theatre poprowadzą Alec Baldwin i Steve Martin, którzy ostatnio wystąpili razem w „It’s Complicated”. Po Baldwinie wiem mniej więcej czego się spodziewać (choć nie jestem wielkim fanem jego komediowych występów, nie oglądam „30 Rock”). A Martin? Dawno go nie było. Komediowa forma już nie ta. Czy potrafi jeszcze rozbawić? Plotka głosi, że był pomysł na ceremonię prowadzoną przez Sashę Barona Cohena. Ale każdy się chyba bał żartów z Haiti i śmierci Jacksona, więc odpuszczono. OK., to był dość ryzykowny pomysł, ale zamiast tego można było zaprosić uwielbianego ostatnio przez środowisko Conana O’ Briena (patrz NBC Gate). To byłoby coś. Choć moim marzeniem w roli hosta jest zdecydowanie Sarah Silverman. Pomarzyć piękna rzecz.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nowością w tym roku jest nominowanie do najlepszego filmu nie pięciu, ale dziesięciu obrazów. Nie owijając w bawełnę - kompletny bezsens. Ale nad tym popastwię się zaraz. Teraz jeszcze trochę ponarzekam na wielkich nieobecnych, a w zasadzie jednego: gdzie jest „ &lt;a href="http://www.imdb.com/title/tt0386117/"&gt;Where The Wild Things Are&lt;/a&gt;” Spike’a Jonze? Gdzie nominacja za scenariusz (czy Amerykanie myślą, że to profanacja ich ukochanej książki z dzieciństwa)? Efekty! Charakteryzacje! Reżyserię! Muzykę! Nawet nieśmiało myślałem, że młodociany Max Records będzie miał swoją szansę (fenomenalna rola). Reasumując: dawno nie było tak intensywnego filmu, który pokazywał świat oczami dziecka – w sposób smutny, okrutny, niezrozumiały i jakże pełen radości i zabawy. Oscar za klimat!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kto dostanie Oscara w tym roku? Nie mam pojęcia. Zaczynając od aktorów wydaje mi się, że jedynym pewniakiem (i to spośród wszystkich kategorii) w tym roku jest drugi plan Christopha Waltza za „Bękarty Wojny”. Tak jak rok temu nikt nie oszukiwał się, że ze statuetką z Kodak Theatre wyjdzie rodzina Heatha Ledgera, tak ten sympatyczny, skromny i jakże utalentowany Austriak może powoli zacząć robić miejsce na półce. Jak nie on to kto? Spokojnie, na pewno on. Ale pochwalę przy okazji Harrelsona (bardzo dobry w świetnym „The Messenger”). Główne role męskie? Tu trudniej. Raczej nie Morgan Freeman za rolę Mandeli w „Invictus” (staruszek ostatnio podpadł tabloidom za tzw. &lt;a href="http://www.thaindian.com/newsportal/entertainment/morgan-freeman-to-marry-his-step-grand-daughter_100216582.html"&gt;Woody Allen move&lt;/a&gt;, a to w Hollywood wbrew pozorom ma duże znaczenie). Nie obstawiam też Colina Firtha („A Single Man” do tej pory niestety nie widziałem), to podobno bardzo dobra rola, ale kierując się tropem Akademii – rok temu za rolę geja nagrodę zgarnął Sean Penn – powtórzenie tego zagrania rozpocznie niepotrzebne dyskusje dotyczące faworyzowania, a tego unika się jak ognia. Paradoksalnie Clooney ma duże szanse – choć dla mnie, mimo że jego rola w „Up in the Air” jest całkiem niezła, to na ekranie jak zwykle starym dobrym Georgem, z którym napiłbym się piwa. Trochę za mało. Jeremy Renner jest również w czołówce typowanych i z Oscara dla niego ucieszyłbym się bardzo. Dobra, solidna rola w „Hurt Locker”. Oszczędna w środkach. Na pewno nikt się nie obrazi jak będzie miał okazję podziękować Bogu, rodzicom i specjalistom od rozbrajania bomb, którzy nauczyli go paru sztuczek. Został jeszcze Jeff Bridges za „Crazy Heart”. Fenomenalny występ, który właściwie stanowi o 90% mocy tego filmu, ale czy dostanie nagrodę to wielka zagadka. Amerykanie lubią takie historie, kochają country, uwielbiają Jeffa. Ale czy aż tak? Ciężko powiedzieć.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Aktorki. Największą zagadką była dla mnie nominacja dla Sandry Bullock („&lt;a href="http://www.imdb.com/title/tt0878804/"&gt;The Blind Side&lt;/a&gt;”). Obejrzałem jej występ, przyznaje, dużo lepszy niż wszystko inne, ale na nagrodę bym nie liczył, chyba, że za postępy czy przełom. O Helen Mirren się nie wypowiem, nie widziałem, ale Mirren zawsze rulez we wszystkim, więc szanse oczywiście są. Carey Mulligan za „An Education” to czarny koń tego rozdania. Zawsze cieszą mnie nagrody dla młodych i zdolnych. Brytyjka zdecydowanie do takich należy. I może wygrać. Streep? Raczej nie. Za dużo jej ostatnio. Meryl jest kultowa, ale „Julie &amp;amp; Julia” było filmem zbyt banalnym, a jej rola troszkę na dłuższą metę sztuczna i irytująca. Osobiście nie pochwaliłbym tego wyboru. Zostaje Gabourey Sidibe i szczerze mówiąc tu najbardziej spodziewam się statuetki. Zresztą dziewczyna idzie jak burza i zgarnia wszystko po kolei. Zupełnie zasłużenie – rola w „Precious” to prawdziwa bomba, podobnie jak sam film. Za drugi plan nominowana jest jej koleżanka z planu Mo’Nique. Takie same szanse jak u Gabi, duże prawdopodobieństwo. Współnominowane to Penelope Cruz („Nine”) – film zbyt słaby i nie sądzę, Maggie Gyllenhall („Crazy Heart”) – za mało pokazała jak na Oscara i dwie aktorki z „Up In the Air” – Vera Farmiga i Anna Kendrick. Wybieram Verę. Myślę, że jeśli Akademia zrezygnuje z długich modlitewnych podziękowań i lamentów Moni’que, ta Amerykanka o ukraińskich kojarzeniach ma duże szanse. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;A teraz tak na szybko kilka kategorii i przejdę do najważniejszej. Czyżbym jeszcze nawet nie wspomniał o Avatarze? Spokojnie. Ale oby nie dostał za reżyserię. Mógłby dostać Tarantino, bo byłoby to ukoronowanie nie tylko jednego z najlepszych filmów ostatniego roku, ale samej jego osoby. Albo Kathryn Bigelow – odwaliła w „Hurt Locker” kawał świetnej roboty. Ale być może statuetkę ściśnie jednak Żelazny Jim i kolejny raz podziękuje swojej piątej żonie za wsparcie nie zawracanie mu głowy na planie? Kto to wie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Scenariusz oryginalny? Zdecydowanie „Bękarty”. Choć dla niektórych to dość kontrowersyjny wybór. „The Messanger” mógłby dostać, ale nie dostanie. Może „Hurt Locker?” Jedno wiem na pewno – jakkolwiek „Up” to bardzo dobrze napisana uniwersalna historia, to przyznanie mu Oscara nie jest dobrym pomysłem. Pierwsze pół godziny wgniata w fotel i wyciska łzy, ale to w końcu tylko animacja – a mamy tu trzy dobre filmy rozliczające się z dwoma różnymi wojnami!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Mam swojego faworyta także jeśli chodzi o scenariusz adaptowany. To „&lt;a href="http://www.imdb.com/title/tt1226774/"&gt;In the Loop&lt;/a&gt;”, które na pewno nagrody nie dostanie. Rewelacyjna satyra polityczna, diabelnie inteligentnie i ostro. Ehh, gdybym tylko mógł wślizgnąć się do Akademii. Może w przyszłym roku coś im podeślę. Ale w tej kategorii jeszcze nie wszystko stracone, bo może Oscara dostanie jeden z czadowych popkulturalnych pisarzy, czyli Nick Hornby (to on pogrzebał trochę w autobiografii brytyjskiej dziennikarki Lynn Barber i zrobił z tego „An Education”). Bądźmy jednak realistami – zwycięży pewnie „Precious” albo „Up in the Air”. Ja wybieram brytyjskie, oni wezmą amerykańskie. Myślę, że południowoafrykańskiego kandydata możemy sobie odpuścić, mimo zakamuflowanych w historii o krewetkach odniesień do humanizmu. Bądźmy poważni.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;„Avatar” i „Hurt Locker” mogą się pochwalić w tegorocznym wyścigu równą liczbą nominacji (9). Amerykanie kochają nowości, więc zawsze informują, że tu pierwszy Oscar w historii dla człowieka z Peru, tam pierwszą nagrodę dostał operator-daltonista, tu w innej kategorii został nominowany jednocześnie mężczyzna, dziecko i pies. W tym roku pierwszy raz w historii największą liczbę nominacji dzierży para, która kiedyś była małżeństwem. Socjologiczne arcyciekawe, merytorycznie nieistotne. Dajmy Jimowi trochę statuetek technicznych, a Kate niech weźmie ze dwie-trzy konkretniejsze i może się nie pozabijają na ceremonii. Chociaż na pewno jedną z obiecanych statuetek już teraz chciałbym Cameronowi odebrać. „Biała wstążka” Haneke – to są moje ulubione zdjęcia tego roku. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Kto zrobił najfajniejszą muzykę w 2009? Alexandre Desplat ("&lt;a href="http://www.imdb.com/title/tt0432283/"&gt;Fantastic Mr. Fox&lt;/a&gt;"). Kogo wybierze Akademia? Michaela Giacchino („Up”). Nie jest to jeszcze tragedia, ale Boże, chroń nas przez „Avatarem” i kolejny raz tą samą melodią Jamesa Hornera (Cameron dostał chyba bon na konkretną liczbę nominacji i musieli go czymś wypełnić). Identycznie sytuacja ma się z filmem animowanym – jako zagorzały fan Wesa Andersona krzyknę „Pan Lis”! A oni każą mi spojrzeć w górę. Reszta? Nie ma szans. Jeszcze w oczy rzuca mi się tu kategoria: piosenka oryginalna (tyle dobrej muzyki, a oni co roku mają problemy z wypełnieniem tych nominacji i albo dają po 3, albo po kilka miałkich songów z coraz nędzniejszych filmów Disneya). And the Oscar goes to…”&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=K7Jf2mcSplw"&gt;The Weary Kind&lt;/a&gt;”. Weteran T-Bone Burnett i młoda country-folkowa gwiazda Ryan Bingham napisali świetny kawałek do wspomnianego wcześniej „Crazy Heart”. Prosto, a łapie za serce. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Co do najlepszych filmów tego roku, to zaczynając od zagranicznych typuję albo niemiecką „&lt;a href="http://www.imdb.com/title/tt1149362/"&gt;Białą Wstążkę&lt;/a&gt;” Michaela Haneke albo francuskiego „&lt;a href="http://www.imdb.com/title/tt1235166/"&gt;Proroka&lt;/a&gt;” Jacquesa Audiarda – oba mocne i wstrząsające, na bardzo wysokim poziomie. Kiedy my zrobimy taki film, którego nie będzie wstyd wysłać? Natomiast co do najbardziej wyczekiwanego Best Picture of the Year…&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Jak już mówiłem 10 pozycji to stanowczo za dużo. Bo i po co? Może i łatwiej wytypować do nominacji, ale na pewno trudniej wybrać. Najgorzej, że teraz już pewnie tak będzie przez parę lat, dopóki nie pójdą po rozum do głowy. W każdym razie przejdźmy do brutalnego odcinania i redukcji. „Up”? Nie. Animacja nie może stawać w szranki z normalną fabuła, nawet jeśli ktoś w filmie umiera albo ma depresję. „The Blind Side” też idzie na pierwszy ogień – wybranie takiego filmu świadczyłoby o cofnięciu się Akademii w rozwoju (kinowym oczywiście). Społeczne dramaty o filantropach? It’s so 90s. „Dystrykt 9” – znów pudło. To film dla fanów sci-fi, bardzo nowatorski, ale jednak tkwiący mocno w gatunku, zbyt hermetyczny na główna nagrodę – jego wybór zaskoczyłby mnie chyba z tej 10tki najbardziej. „A Serious Man” braci Coen? Świetny obraz, powrót do ich starego stylu, ale patrz wyżej – tylko dla wtajemniczonych. Plus wylewająca się wiadrami megażydowskość – tu  fantastyczna, inteligentna i ciekawa, ale patrz rozdział „amerykański lęk przed rasową i polityczną faworyzacją”. Oscara musi dostać coś uniwersalnego. Takie to buty, nikt się z tym nie kryje. „An Education” chyba odpada – za mały rozmiar jak na Hollywoodzką stopę. Uroczy, ale dać temu filmowi statuetkę to jak budować 10-cio metrową żaglówkę w stoczni marynarki wojennej. To samo z „Precious” – uderza bardziej niż trójwymiar Camerona, ciary na plecach, ale zbyt ciężki kaliber na number 1. Troszkę większy i zdecydowanie bardziej uniwersalny ( czyt. amerykański) jest „Up In the Air” Jasona Reitmana, którego widzowie zdążyli już polubić, a i członkowie Akademii mają do niego słabość (patrz: „Juno”). I chociaż osobiście ten film nie urzekł mnie aż tak (jest po prostu całkiem niezły), to byłby to ciekawy wybór. Ale ale! Zostały nam jeszcze 3 pozycje – trzech gigantów, starcie tytanów. „Hurt Locker”, „Avatar” i „Inglorious Basterds”. Jako odwieczny fan Tarantino, zachwycony jego ostatnim filmem (czego dowód dałem &lt;a href="http://coldaim.blogspot.com/2009/09/inglorious-basterds-czyli-jak-tarantino.html"&gt;tu&lt;/a&gt;) i zmęczony dyskusjami czy Irak czy Pandora, przywitałbym  z uśmiechem na podium tego gburowatego prostaka, jakim jest Quentin. Ale myślę, że niestety ma w tym wyścigu najmniejsze szanse. Wóz albo przewóz, Cameron albo Bigelow. Oscary to święto kina Hollywoodzkiego, mainstreamowego, zawsze tak było. Po stronie „Avatara” stoi też jego sukces na Złotych Globach. No i to bardzo bezpieczny wybór. „Hurt Locker” jest ambitniejszy, ostrzejszy, inteligentniejszy, ale przez to trudniejszy, nie dla wszystkich. Zmusza do dyskusji, a nie wszyscy chcą dyskutować, szczególnie w Stanach i na ten konkretny temat. Co innego „Avatar” – choć to tylko prosta bajka, to jednocześnie nowy rozdział w historii kina. Nowy level amerykańskiej rozrywki – dużo, drogo i widowiskowo, ale już niedaleko od „interaktywnie”. Film Bigelow jest za to na wskroś europejski – mimo działań wojennych w tle, bardzo kameralny, oszczędny i ironiczny. Ja takie lubię najbardziej, ale co wybierze Akademia? Czy będzie miała odwagę też lubić Bigelow? „Avatar” czy „Hurt Locker”? „Hurt Locker” czy „Avatar”? Może warto rzucić monetą. Najciekawiej będzie jak upadnie ona na sztorc. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-1709261830731601932?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/1709261830731601932/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/oscar-decydujace-starcie.html#comment-form' title='Komentarze (15)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1709261830731601932'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1709261830731601932'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/oscar-decydujace-starcie.html' title='Oscar - Decydujące starcie'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/S5Fu_qZ007I/AAAAAAAAATI/YKl1PznAvV0/s72-c/oscar.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>15</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-5206847683837799045</id><published>2010-03-03T11:26:00.005+01:00</published><updated>2010-03-03T13:49:15.610+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Film'/><title type='text'>"Alice in Wonderland": Alicja już tu nie mieszka.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/f/ff/Alice-In-Wonderland-Theatrical-Poster.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 212px; height: 315px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/f/ff/Alice-In-Wonderland-Theatrical-Poster.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zacznę od wyliczenia swoich grzechów. Otóż, mimo że widziałem „Alicję” w IMAXie, to niestety z dubbingiem (jak zawsze wywołał u mnie pewien rodzaj frustracji) i z perspektywy rozpłaszczonej myszy, co trochę zubożyło moje doznania trójwymiarowe (choć wydaje mi się, że akurat w przypadku tego filmu nie ma co się podniecać – ot zwykła rutyna). W każdym razie tak wyszło i na początku seansu snułem plany obejrzenia w niedalekiej przyszłości filmu jeszcze raz, tym razem z napisami,  żeby przede wszystkim usłyszeć głos(y) Matta Lucasa,  Heleny Bonham Carter czy Johnny’ego Deppa. Jeśli chodzi o tego ostatniego, to nie z wielkiej miłości, ale raczej, żeby zagłuszyć głos Pazury (D-R-A-M-A-T). Ale teraz już sam nie wiem czy chce mi się jeszcze raz brodzić w tych popłuczynach po starym dobrym Burtonie. Nieco mnie zemdliło. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Bez serc i bez ducha? Poniekąd tak, bo choć serc jest tu zdecydowanie za dużo, to ducha wielkiego reżysera nie uświadczysz. Gdzie był podczas całej produkcji? Rysował w przyczepie swój kolejny film animowany, podczas gdy całą robotę wzięli w swoje ręce bezduszni spece od rozrywki z Disney &amp;amp; co.? Tak to właśnie wygląda. Odczułem to szczególnie mocno będąc skazanym na 10 minutowy wikipediowy wykład z serii „Tim Burton – życie i twórczość”, który pani z kina przeczytała z plastikowym i jakże trudnym do ukrycia „entuzjazmem” (nie pomogło &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=xy5JwYOlgvY"&gt;p-p-p-poker face&lt;/a&gt;). Wymieniła nawet wszystkie znaki firmowe reżysera, takie jak gotyk, mrok, cienie, śmierć. Oj wiecie przecież, znacie je dobrze! A tu co? Doszukałem się jednej sceny, która naprawdę była godna mistrza – całe kilkadziesiąt sekund, kiedy Alicja przechodzi przez fosę „po trupach”. Tyle. Reszta jak ze Shreka. Kolorowo, cukierkowo, mało zabawnie, groteski tyle, co kot napłakał, a wszystko po linii najmniejszego oporu. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To może teraz podsumowanie bohaterów w telegraficznym skrócie: Kot? Nudny i kiepsko zrobiony (powinien być przynajmniej taki jak ten!). Pan Gąsiennica? Irytujący. Kapelusznik? Niezły, ale grając tego typu role przez ostatnią dekadę Depp chyba wyprztykał się już z pomysłów i czuć wtórność. Czerwona Królowa? Przewidywalna, poza tym myślałem, że Helenę stać na więcej. Alicja? Pomyłka. Australijskie pół Polki, czyli Mia Wasikowska nie ma w sobie potrzebnego uroku. Jest trochę podobna do młodej, nomen omen, Alicii, nie tej carrollowskiej, ale Silverstone. Czy ktoś z was czuł kiedyś coś do Silverstone? No właśnie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Fabuła tego filmu to kompletny bezsens. Cała historia już się wydarzyła kiedyś i teraz Alicja wraca i przeżywa wszystko jeszcze raz? Po co takie udziwnienia? Widziałem wywiad z Burtonem i Deppem u Jonathana Rossa (a, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=HVJvC42U-WQ"&gt;macie&lt;/a&gt;), gdzie reżyser mówił, że widział ze 20 ekranizacji i każda była taka sama, opowiadała tę samą historię. Tim, na miłość boską, Alicja to arcydzieło literatury, to wielopoziomowe i wielowarstwowe cudo, a ty dałeś to do przeróbki jakiejś babie od Disneya. Może i napisała wszystkie te wyciskające łzy dialogi do Króla Lwa, ale tu wycięła wszystko co ważne, dając na początku jakąś mdłą arystokratyczną historię o zaręczynach, wspaniałym tatusiu Alicji i wchodzeniu w dorosłość. Niech cię diabli! Wydawało się, że to udźwigniesz, a zrobiłeś jakieś sofciarskie landrynkowe gówno dla dzieciaków. Już dużo lepszy klimat i na pewno bliższy zamysłowi Carrolla ma porno-musical z 76’ roku, film, który po prostu trzeba &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=g8fDfZPN-6Y"&gt;zobaczyć&lt;/a&gt;. I niechże Marilyn Manson skończy wreszcie swoje „Phantasmagoria: The Visions of Lewis Caroll”. Muszę czymś zagryźć gorzki smak porażki Burtona. Albo popić. Eat me, drink me, whatever.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-5206847683837799045?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/5206847683837799045/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/alice-in-wonderland-alicja-juz-tu-nie.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/5206847683837799045'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/5206847683837799045'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/alice-in-wonderland-alicja-juz-tu-nie.html' title='&quot;Alice in Wonderland&quot;: Alicja już tu nie mieszka.'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-1970206206026801413</id><published>2010-03-01T23:26:00.009+01:00</published><updated>2010-03-06T00:15:21.147+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Joanna Newsom "Have One On Me": Harfeelin'</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Joa&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/f/f8/Joanna_Newsom_-_Have_One_On_Me.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 230px; height: 230px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/f/f8/Joanna_Newsom_-_Have_One_On_Me.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;nna Newsom to pod wieloma względami artystka trudna. Rozbudowane formy, które uniemożliwiają singlową radiową promocję, długie nieoczywiste i wielowarstwowe teksty, „solówki” na harfie i ten głos, dla niektórych zbyt dziecinny i irytujący. Zniechęcić się można szybko, trochę lubić się jej nie da. Musisz zanurzyć się od razu w całości, bo stanie po kolana w wodzie po prostu nie ma sensu. Amerykanka jest nie tylko bardzo oryginalna, ale także świadoma wszystkiego, co robi. Jest pewna siebie i ma powody – zachwyca, hipnotyzuje nie pozwalając sobie na momenty słabsze. Już po debiutanckim, jeszcze mocno piosenkowym „The Milk-Eyed Mender” wszyscy klęczeli w uniesieniu, a kiedy pojawiło się „Ys” było po prostu pozamiatane. Pięć utworów, prawie godzina muzyki i to takiej, której wcześniej nie było. Bajkowe, piękne, niespotykane. W 2006 każdy dzieciak chciał dostać pod choinkę harfę. Wydana pół roku później EPka z uwodzącym barokowym utworem „Colleen”, brzmiącym jak prosto z królewskiego dworu, była tylko wisienką na torcie. Co dalej? Co dalej?!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Joanna nie jest dziewczyną, która sobie cokolwiek ułatwia i idzie na kompromisy. Znowu zaszalała. Owszem, wróciła trochę do formy piosenkowej, ale jej pojęcie piosenki jest specyficzne. „Have one on me” to wydawnictwo 3-płytowe i to nie bonusy, odrzuty czy koncerty, ale dwie godziny zupełnie nowego materiału. Pełnoprawnego, równego, dopracowanego, dojrzałego i wgniatającego w fotel. Godnych uwagi artystów można poznać nie po wysokim poziomie w danym momencie, ale po nieustannym rozwoju na przestrzeni płyt. Co więc nowego u kalifornijskiej harfistki?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Przede wszystkim różnorodność kompozycyjna. Jest wiele odmiennych pomysłów w tych 18-tu utworach i nie ma wrażenia snucia długiej opowieści jak w przypadku na wskroś folkowego „Ys”. Wszystko idealnie pasuje i układa się w całość, ale to nie koncept na jednym oddechu. Wszystko współgra i zachowany jest klimat, ale to już nie tylko folk. Ponadto instrumentarium nie tyle zostało wzbogacone, co poszczególne instrumenty wysunięte są na pierwszy plan. Harfa to dalej ulubione narzędzie Newsom, ale pojawiają się też pojedyncze smyczki, solowe dęciaki, fortepian, gitara, perkusja i masa dziwacznych instrumentów o nic nikomu nie mówiących orientalnych nazwach. Bez przesady, tylko w wymagających tego momentach, ale jak już to ich użycie jest więcej niż uzasadnione. I tak np. perkusja w z pozoru minimalistycznych, ale tak naprawdę bardzo rozbuchanych aranżacyjnie „Baby Birtch” i „In California” jest obecna tylko w kilku momentach, ale ma w sobie więcej smaku niż szwajcarska czekolada&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; na gorąco&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, którą właśnie popijam . „Jackrabbits” za to, bardzo proste i zbudowane na brzmieniu tylko instrumentów szarpanych, gdzie gitara koresponduje z harfą, a swoje trzy grosze dorzuca banjo, to klasyczna piosenka, już nie forma. „Powiedz mi, że mogę, że mogę znów cię kochać”, śpiewa zrozpaczona Joanna, a my dostajemy coś, co dotychczas było u niej rzadkością – refren.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Momentów (i tekstów!), które na tej płycie naprawdę urzekają jest prawie tyle ile utworów. „Good Intensions Paving Company” to mój ulubieniec, chórki, wstawki country – w ogóle co za wesoły i rezolutny klimat. Feist się kłania. Utwory z pierwszoplanowym fortepianem, takie jak „Occident” czy jazzujące „Soft As Chalk” są bliskie temu, co robi Tori Amos czy Regina Spektor. Natomiast takie rzeczy jak „Kingfisher” pokazują, że artystka ma jeszcze świeże pomysły jak wejść w klimat dworskiej opowieści. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;„Have One On Me” to album, który ciężko będzie przebić. Joanna powinna wycofać się z muzyki, kupić farmę i zacząć hodować kozy. Tylko tak zachowa twarz, kiedy za dwa-trzy lata wyda coś minimalnie słabszego, a spodziewająca się cudu krytyka zmiesza ją z błotem.  Bo tu do cudu jest niedaleko. Już rozpoczynające wszystko „Easy” robi wielkie wrażenie - Newsom wytacza tu od razu wszystkie działa, żeby w skrócie pochwalić się tym, co przez najbliższe dwie godziny będzie w skupieniu i bez pośpiechu prezentować. „Spokojnie, spokojnie, nie bójcie się. Musicie mnie spotkać, żeby mnie zobaczyć. Tu prawie mnie nie ma” – choć te słowa wypowiadane są w zupełnie innym kontekście, to brzmią jak zaproszenie. I koniecznie trzeba z niego skorzystać, w końcu to Joanna stawia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/joannanewsomallalive"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;http://www.myspace.com/joannanewsomallalive&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.npr.org/templates/story/story.php?storyId=123981491#playlist"&gt;oficjalny odsłuch&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-1970206206026801413?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/1970206206026801413/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/joanna-newsom-have-on-on-me-harfeelin.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1970206206026801413'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1970206206026801413'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/03/joanna-newsom-have-on-on-me-harfeelin.html' title='Joanna Newsom &quot;Have One On Me&quot;: Harfeelin&apos;'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-3787777644920156965</id><published>2010-02-28T18:03:00.004+01:00</published><updated>2010-02-28T18:13:23.573+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Yeasayer "Odd Blood". Synthycymbalizer.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;meta equiv="Content-Type" content="text/html; charset=utf-8"&gt;&lt;meta name="ProgId" content="Word.Document"&gt;&lt;meta name="Generator" content="Microsoft Word 12"&gt;&lt;meta name="Originator" content="Microsoft Word 12"&gt;&lt;link rel="File-List" href="file:///C:%5CUsers%5CFilip%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_filelist.xml"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;o:officedocumentsettings&gt;   &lt;o:relyonvml/&gt;   &lt;o:allowpng/&gt;  &lt;/o:OfficeDocumentSettings&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;link rel="themeData" href="file:///C:%5CUsers%5CFilip%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_themedata.thmx"&gt;&lt;link rel="colorSchemeMapping" href="file:///C:%5CUsers%5CFilip%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_colorschememapping.xml"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:trackmoves/&gt;   &lt;w:trackformatting/&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:punctuationkerning/&gt;   &lt;w:validateagainstschemas/&gt;   &lt;w:saveifxmlinvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:ignoremixedcontent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:alwaysshowplaceholdertext&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:donotpromoteqf/&gt;   &lt;w:lidthemeother&gt;PL&lt;/w:LidThemeOther&gt;   &lt;w:lidthemeasian&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeAsian&gt;   &lt;w:lidthemecomplexscript&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeComplexScript&gt;   &lt;w:compatibility&gt;    &lt;w:breakwrappedtables/&gt;    &lt;w:snaptogridincell/&gt;    &lt;w:wraptextwithpunct/&gt;    &lt;w:useasianbreakrules/&gt;    &lt;w:dontgrowautofit/&gt;    &lt;w:splitpgbreakandparamark/&gt;    &lt;w:dontvertaligncellwithsp/&gt;    &lt;w:dontbreakconstrainedforcedtables/&gt;    &lt;w:dontvertalignintxbx/&gt;    &lt;w:word11kerningpairs/&gt;    &lt;w:cachedcolbalance/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;m:mathpr&gt;    &lt;m:mathfont val="Cambria Math"&gt;    &lt;m:brkbin val="before"&gt;    &lt;m:brkbinsub val="&amp;#45;-"&gt;    &lt;m:smallfrac val="off"&gt;    &lt;m:dispdef/&gt;    &lt;m:lmargin val="0"&gt;    &lt;m:rmargin val="0"&gt;    &lt;m:defjc val="centerGroup"&gt;    &lt;m:wrapindent val="1440"&gt;    &lt;m:intlim val="subSup"&gt;    &lt;m:narylim val="undOvr"&gt;   &lt;/m:mathPr&gt;&lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:latentstyles deflockedstate="false" defunhidewhenused="true" defsemihidden="true" defqformat="false" defpriority="99" latentstylecount="267"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="0" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Normal"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="heading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="35" qformat="true" name="caption"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="10" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Title"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" name="Default Paragraph Font"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="11" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtitle"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="22" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Strong"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="20" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="59" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Table Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Placeholder Text"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="No Spacing"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Revision"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="34" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="List Paragraph"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="29" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="30" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="19" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtle Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="21" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="31" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtle Reference"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="32" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Reference"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="33" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Book Title"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="37" name="Bibliography"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" qformat="true" name="TOC Heading"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;style&gt; &lt;!--  /* Font Definitions */  @font-face 	{font-family:"Cambria Math"; 	panose-1:2 4 5 3 5 4 6 3 2 4; 	mso-font-charset:1; 	mso-generic-font-family:roman; 	mso-font-format:other; 	mso-font-pitch:variable; 	mso-font-signature:0 0 0 0 0 0;} @font-face 	{font-family:Calibri; 	panose-1:2 15 5 2 2 2 4 3 2 4; 	mso-font-charset:238; 	mso-generic-font-family:swiss; 	mso-font-pitch:variable; 	mso-font-signature:-1610611985 1073750139 0 0 159 0;}  /* Style Definitions */  p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal 	{mso-style-unhide:no; 	mso-style-qformat:yes; 	mso-style-parent:""; 	margin-top:0cm; 	margin-right:0cm; 	margin-bottom:10.0pt; 	margin-left:0cm; 	text-align:justify; 	text-indent:35.45pt; 	line-height:115%; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:12.0pt; 	font-family:"Arial","sans-serif"; 	mso-fareast-font-family:Calibri; 	mso-fareast-theme-font:minor-latin; 	letter-spacing:1.5pt; 	mso-fareast-language:EN-US;} .MsoChpDefault 	{mso-style-type:export-only; 	mso-default-props:yes; 	font-size:12.0pt; 	mso-ansi-font-size:12.0pt; 	mso-bidi-font-size:12.0pt; 	mso-ascii-font-family:Arial; 	mso-fareast-font-family:Calibri; 	mso-fareast-theme-font:minor-latin; 	mso-hansi-font-family:Arial; 	mso-bidi-font-family:Arial; 	letter-spacing:1.5pt; 	mso-fareast-language:EN-US;} .MsoPapDefault 	{mso-style-type:export-only; 	margin-bottom:10.0pt; 	text-align:justify; 	text-indent:35.45pt; 	line-height:115%;} @page Section1 	{size:595.3pt 841.9pt; 	margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 99.25pt; 	mso-header-margin:35.45pt; 	mso-footer-margin:35.45pt; 	mso-paper-source:0;} div.Section1 	{page:Section1;} --&gt; &lt;/style&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt;  /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable 	{mso-style-name:Standardowy; 	mso-tstyle-rowband-size:0; 	mso-tstyle-colband-size:0; 	mso-style-noshow:yes; 	mso-style-priority:99; 	mso-style-qformat:yes; 	mso-style-parent:""; 	mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; 	mso-para-margin-top:0cm; 	mso-para-margin-right:0cm; 	mso-para-margin-bottom:10.0pt; 	mso-para-margin-left:0cm; 	text-align:justify; 	text-indent:35.45pt; 	line-height:115%; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:11.0pt; 	font-family:"Calibri","sans-serif"; 	mso-ascii-font-family:Calibri; 	mso-ascii-theme-font:minor-latin; 	mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; 	mso-fareast-theme-font:minor-fareast; 	mso-hansi-font-family:Calibri; 	mso-hansi-theme-font:minor-latin; 	mso-bidi-font-family:"Times New Roman"; 	mso-bidi-theme-font:minor-bidi;} &lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/S4qir21rqJI/AAAAAAAAARM/KSu-fd7OxYA/s1600-h/z7425595X,Yeasayer---Odd-Blood.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/S4qir21rqJI/AAAAAAAAARM/KSu-fd7OxYA/s200/z7425595X,Yeasayer---Odd-Blood.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5443341973969414290" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Opener niczym rozpoczęcie wielkiej „czwórki” Gabriela. No ale czemu tu się dziwić, w końcu mamy do czynienia z followerem piewców African Music, więc wyznanie to samo. Potem zmodulowany wokal, którego króliki z The Knife by się nie powstydziły. Tutaj jednak zamiast pesymizmu i beznadziei mamy melodykę, która daję nadzieję.&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;Cała płyta w swej rytmice jest radosna. Ktoś w sieci rzucił porównanie do Duran Duran. Nie bez przyczyny. Oprócz wokalizy Ananda Wildera, podobnej do maniery Simona Le Bon, mamy arcyciekawe nawiązanie do funkująco-synth-popowej rytmiki twórców „Rio”. Już pierwszy kontakt z płytą wskazuję na większą ilość elektroniki niż to było na debiucie. Głębokie, długie zaciągające klawisze. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Następnie galopujący „Ambling Alp”. Znamy, znamy. Miał się wedrzeć do naszego podsumowania, ale w ostatnim momencie wybiegł z toru. Na wokalu jeszcze raz Simon, teraz bezpośrednio, pewny siebie. Zawsze kiedy penetruję obszary new romantic, rozbraja mnie totalna zadziorność wokalna. Pierwsze nawiązanie do Animali – sekcja rytmiczna. W 2:17 piskliwe, bujające chórki. Worldbeatowa zajawka z debiutu jest tu obecna, lecz skąpana w polewie elektronicznej. Pod koniec solówka na keyboardzie, zupełnie niemodna i łysiejąca, a z drugiej strony kusząca. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Początek „Madder Red” prosto z „All Hour Cymbals”, ale już nagłe zejście w 0:47 daje coś co trudno było uchwycić w dekadzie zerowej. Zaćmienie słońca na wokalu. Przed oczami mam „Construction Time Again” z kawałkami śpiewanymi przez Gore’a. Akcent położony na konkretne słowa w stylu Martina. Tylko gitara w końcówce już nie na tamte czasy, ale to nic. DM mają też „Ultrę”.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„I Remember” – co tu się dzieję. Jakieś Ultravoxy itd. „Vienna” naszych czasów? „ONE” – mamy Ibiza soundy, Delorean i Air France w powietrzu. Plaża. W 0:58 wchodzi refren. Jakież podbicie wokalu! Kolejna pętla okraszona strzelistym, odbijającym się samplem rzuca na kolana. W „Love Me Girl” zostajemy w klimacie. Mamy przyśpieszony Balearic. Kto się oprze w 1:50 wokalizie a la MJ ten jest twardym zawodnikiem. W „Rome” to już nie przelewki z porównaniami do Duran Duran. Chociaż uśmiecham się pod nosem, kiedy wyobrażam sobie jak Le Boni wypuszczają dziś taki singiel. Nawet Timba nie pomógł w byciu odważnym. A szkoda. W „Mondegreen” ocieramy się o wstawkę r’n’b. Czyżby nowy kierunek na przyszłej płycie?&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Z połączenia multikulturowej muzy z brzmienia pierwszej płyty z synthpopopem otrzymaliśmy niesamowitą mieszankę mogącą konkurować z najlepszymi gatunku (nowe „Rio”?). Gdyby ta płyta powstała na początku lat 80 już byłaby klasykiem. Szkoda, że dziś nie przebije się do mainstreamu. Mimo tylu morderczych hooków znowu będzie tylko pożywką blogosfery. Nie mogłem przeboleć dlaczego Juvelena nie zaczęła puszczać Zetka, podobnie nie przeboleję, że tyle genialnych melodii pójdzie na marne w przypadku „Odd Blood”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/yeasayer"&gt;http://www.myspace.com/yeasayer&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-3787777644920156965?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/3787777644920156965/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/02/yeasayer-odd-blood-synthycymbalizer.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/3787777644920156965'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/3787777644920156965'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/02/yeasayer-odd-blood-synthycymbalizer.html' title='Yeasayer &quot;Odd Blood&quot;. Synthycymbalizer.'/><author><name>Phil Nincompop</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15936483500419058898</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/Sr4WIBDKscI/AAAAAAAAANA/4fgq05ky7UE/S220/d.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/S4qir21rqJI/AAAAAAAAARM/KSu-fd7OxYA/s72-c/z7425595X,Yeasayer---Odd-Blood.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-1856552023701101926</id><published>2010-02-15T22:11:00.008+01:00</published><updated>2010-02-16T09:21:59.948+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Depeche Mode - Łódź, Atlas Arena - 11.02.2010. WRONG!</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Depeche Mode. Znamy tę nazwę od dziecka. Począwszy od napisów na &lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/S3m5P5pCw9I/AAAAAAAAARE/-nwzdmdeFCo/s1600-h/dm.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer; width: 240px; height: 192px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/S3m5P5pCw9I/AAAAAAAAARE/-nwzdmdeFCo/s200/dm.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5438581707848729554" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;osiedlowych &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;murach, poprzez pociągające&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;teledyski w MTV, aż po fanatycznych fanów, którzy za DM daliby się pokroić. Bez wątpienia to zespół cieszący się u nas statusem religii. Dlatego nikt się nie obraził się na odwołane koncerty, tym bardziej, że teraz w Łodzi dostaliśmy dwa gigi. Gahan po przejściach zdrowotnych znowu chce zarobić na kolejne piętro apartamentu w Nowym Jorku, Gore na renowacje rancza w Santa Barbara, a Fletcher chce wreszcie poczuć, że coś znaczy na scenie. Żartuję, przyjechali tutaj specjalnie dla Polaków. Znów żartuję :(&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozpiętość fanatyzmu uczestników koncertu DM musi być bardzo duża. Ci, którzy znają tylko „Enjoy the Silence” i chcą zobaczyć DM przed śmiercią, bo to największy po Jutu zespół na świecie, ci którzy znają największe kawałki, bo dostali od znajomych na gwiazdkę „The Best of”, ci którzy znają cały repertuar na pamięć, ale „tolerują” też inne zespoły i ci którzy proszą kolejny raz fryzjera o „lotnisko”. Przed koncertem zastanawiałem się czego tak naprawdę  potencjalny uczestnik koncertu oczekuje od dinozaurów elektro-popu. Gore i spółka wiedzą to najlepiej. To ich nie pierwszy raz.   Chłopaki zostawili prawie całą setliste z trasy „Touring the Angel”. Nie wiem czy to oznaka lenistwa, czy stwierdzili, że wyżej się nie da. Szlagier na szlagierze, aż do porzygania. Szkoda, że DM nie rozdają prezentów. Wyobrażacie sobie „Photographic” z wizualizacjami z filmów porno, albo chociaż takie wysublimowane „Lie To Me”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słaba płyta – słaba trasa? „Sounds of the Universe” wydaję się płytą robioną na szybko. Gdzieś słychać echa, „Playing the Angel”, ale ma się wrażenie, że to totalne odrzuty z sesji. Czy warto było się śpieszyć?  Czy był w Łodzi jakiś fan, który zaczął przygodę z DM od „Sounds of the Universe”. Nie sądzę. Dlatego usłyszeliśmy tylko cztery kawałki z nieudanej płyty. „In Chains” – na wejście, bez powera, bez polotu. Sam widok Gahana widzianego pierwszy raz mógł zwiększyć emocje związane z odbiorem kawałka. Następnie „Wrong” – dlaczego nie weszli tym kawałkiem? Najlepszy numer z płyty, zacząłem doznawać. „Hole to Feed” – nie pamiętam, strasznie nudny kawałek. „Come Back” – hipnotyczny, kosmiczny, świetnie obrazujący w jakim kierunku powinni pójść Depeche Mode.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Były też momenty ekstazy. W pełni doznałem na „Walking In My Shoes” – szczere wyznanie Gahana nadal brzmi rewelacyjnie. „Behind the Wheel” – totalnie seksowny, „Stripped” – dźwięki zapłonu samochodu bezcenne, „Policy of Truth” i "World In My Eyes” – tych piosenek nie da się spierdolić, „Personal Jesus” – naprawdę można dotknąć wiary. Jakoś enjoye i neverletmedowny mnie nie porwały. Ostatnio mam niechęć do koncertów masowych, a jakiekolwiek solidaryzowanie się tłumów napawa mnie cynicznym śmiechem. Ja naprawdę chciałem doznać, ale nie dałem rady. Gahan też nie. Miałem wrażenie, że wszystko było misternie zaplanowanym show. Profesjonalnie odegranym, ale jednak zaplanowanym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co na plus? Gore naprawdę dawał radę. Chociaż grane pod akompaniament wyłącznie pianinka „Home”, „Judas” i „One Caress”, robiły ogromne wrażenie dzięki potędze głosu Martina. Nie wiem czy Andy Fletcher miał podpięty keyboard czy nie, ale jego postać na koncercie i tak jest komiczna. Niczym bohater Woodego Allena, który znalazł się nie w tym miejscu co trzeba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla fana, który tysiące razy oglądał świetne „One Night In Paris” i "Live In Milan” ten koncert to na prawdę nic wielkiego. Jeżeli wyjdzie DVD z tej trasy, będzie to coś na kształt trzeciej części Terminatora. Czy da się zrobić coś więcej po doskonałej płycie „Playing the Angel” i po trasie, która dawała po garach? Nie pomogły nawet wizualizacje, które zawsze były atutem koncertów DM. Dźwięki wszechświata trafiły niestety w czarną dziurę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. I tak będę na kolejnym ich koncercie:P&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-1856552023701101926?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/1856552023701101926/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/02/depeche-mode-odz-atlas-arena-11022010.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1856552023701101926'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/1856552023701101926'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/02/depeche-mode-odz-atlas-arena-11022010.html' title='Depeche Mode - Łódź, Atlas Arena - 11.02.2010. WRONG!'/><author><name>Phil Nincompop</name><uri>http://www.blogger.com/profile/15936483500419058898</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://3.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/Sr4WIBDKscI/AAAAAAAAANA/4fgq05ky7UE/S220/d.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_SjX3C7N8ujI/S3m5P5pCw9I/AAAAAAAAARE/-nwzdmdeFCo/s72-c/dm.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-4223140235966103518</id><published>2010-02-08T16:26:00.004+01:00</published><updated>2010-02-08T16:31:10.046+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Film'/><title type='text'>"Parnassus". Gdzie diabeł nie może, tam Gilliama pośle.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;„Przyjdź, usiądź, poddaj się historii, którą ci oferuję. I zobacz dokąd cię &lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_qBvm8W_o8RA/S3AtooPmxoI/AAAAAAAAAAM/M0_7qc7lfjg/s1600-h/z7288336X.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer; width: 194px; height: 279px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_qBvm8W_o8RA/S3AtooPmxoI/AAAAAAAAAAM/M0_7qc7lfjg/s320/z7288336X.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5435894926257079938" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;zaprowadzi” zachęcał Gilliam w wywiadach promocyjnych swojego nowego filmu. „Parnassus” wprowadza w świat cyganerii - odmienny, teatralny, uroczy, doskonale wykreowany, pobudzający zmysły. Artystyczna trupa w absurdalnym pojeździe, jak okręt dryfuje ulicami Londynu. Ostatni bastylion wyobraźni unosi się nad zdegenerowanym światem bezdomnych, pijaków, oraz smutnych rodzin pogrążonych w codziennej rutynie. Wieczorami aktorzy dają nieciekawe, z punktu widzenia współczesnego odbiorcy przedstawienia.  Subtelny świat, utkany ze starych materiałów, skonstruowany z tekturowych rekwizytów, wykreowany przez staromodne kostiumy, nie jest w stanie przyciągnąć nikogo poza zawadiakami, pragnącymi wyszydzić ludzi żyjących inaczej, niekonwencjonalnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Magiczny tabor, koczuje w postindustrialnych przestrzeniach, gdzie rozgrywają się sceny z codziennego życia trupy, okraszone uroczo absurdalnymi dodatkami z pogranicza magii, snu i wiejskiej sielanki, aż chce się na to patrzeć dla samej wizualnej przyjemności. Pierwsza scena przejścia na drugą stronę lustra, ukazuje wnętrze umysłu Parnassusa w konwencji scenografii teatralnej, gdzie  pojawia się i znika hipnotyzująca ruda nimfa, zabawia nas przerażającym chichotem. Taki obraz kusi, daje miły przedsmak tego, jaki może być klimat filmu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takiej historii możemy i chcemy się poddać, ale wtem wbiega do lustra rozkapryszone dziecko. Nie ma już ślicznego świata, gdzie porcelanowa laleczka tańczy, półbóg mędrzec lewituje, a stare teatralne kotary unoszą stęchłą woń. Czar pryska! Widz prowadzony jest w świat znany i niestety dziś popularny, nieobcy dla każdego gracza komputerowego i zjadacza współczesnych filmów. Wychwalana wyobraźnia powoli przestaje być potrzebna, bo jest teraz w świecie, gdzie wszystko jest możliwe, gdzie graficy komputerowi wyczarują najpiękniejsze kolory, disnejowski krajobraz, stworzą też najczarniejsze piekło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dokąd zaprowadzi nas Terry Gilliam? O czym właściwie jest „Parnasus”? Może to odwiecznie snuta opowieść o walce dobra ze złem, w której diabeł zawsze wodzi na pokuszenie. Satyra na problemy dzisiejszego świata; konsumpcjonizm, bezdomność, przestępczość, mafijny półświatek Może to opowieść o relacjach między dorastającą córką, a bezradnym ojcem, który roztaczając swoją wizję świata chronił swoje jedyne dziecko. Kto wie, czy cała opowieść nie jest tylko wytworem wygłodniałego, zmarzniętego umysłu pijaka, albo wizją sfrustrowanego człowieka, który całe życie spędził jako kiepski uliczny artysta, którego jedynym światem jest mały tekturowy teatrzyk. A może „Parnasus” to tylko pomnik Heatha Ledgera, pomnik stawiany charytatywnie (o ironio - z tego tematu w filmie się śmiejemy), przez zacne grono jego przyjaciół? A czy można krytykować, pomnik, który stawiany był w trudach, czy nie należy wybaczyć scenariuszowych błędów, gdy wiemy, że film miał wyglądać inaczej. Czy wyglądałby wtedy lepiej?…. Możemy sobie to tylko wyobrazić.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-4223140235966103518?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/4223140235966103518/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/02/parnassus-gdzie-diabe-nie-moze-tam.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4223140235966103518'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4223140235966103518'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/02/parnassus-gdzie-diabe-nie-moze-tam.html' title='&quot;Parnassus&quot;. Gdzie diabeł nie może, tam Gilliama pośle.'/><author><name>Lilly Lichi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13623364901819644252</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_qBvm8W_o8RA/S3AtooPmxoI/AAAAAAAAAAM/M0_7qc7lfjg/s72-c/z7288336X.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-430081705079600639</id><published>2010-02-03T12:11:00.004+01:00</published><updated>2010-02-03T14:22:27.800+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Film'/><title type='text'>„Sherlock Holmes”:  Push the tempo</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Światła! Kamera! Akcja! W nowy film Guya Ritchiego wchodzimy właśnie &lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/e/e0/Sherlock_holmes_ver5.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 186px; height: 279px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/e/e0/Sherlock_holmes_ver5.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;tak.  Szybko, bez zbędnych ceregieli. Jedna z najbardziej wyświechtanych literackich postaci, obecna w filmach wielokrotnie, detektywistyczny wzór metra z Sèvres, odgrzana jest po raz kolejny, tym razem nie w ekskluzywnej restauracji podczas inteligenckiej kolacji, ale w barze szybkiej obsługi, na stojąco, polana popkulturalnym sosem. I jakkolwiek olej jest już bardzo stary, to dalej smakuje wybornie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Nie trzeba być codziennym bywalcem plotkarskich serwisów, żeby wiedzieć jedno – opadły kajdany i Mr Madonna wreszcie jest w formie. „Sherlock Holmes” to powrót do grona najlepszych sztukmistrzów kina akcji. Choć jego, umówmy się, jedyne liczące się dzieła, które nakręcił w 1998 i 2000 roku to filmy tematyczne, a konkretnie kino drobnogangsterskie, to w „Holmesie” też czuć jego południowoangielską rękę. Znów mamy film, w którym zdziecinniali faceci udający twardzieli, wpadają co chwila w  tarapaty. Zabawa na całego, załaduj, przeładuj, wypal.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Duet aktorski, który obserwujemy na ekranie, czyli Robert Downey jr. i Jude Law działa bardzo sprawnie. Law wprawdzie wypada dużo lepiej, niż będący ostatnio w gorszej formie Downey jr., ale to kwestia milimetrów. W ich wydaniu Holmes i Watson to nie dystyngowani dżentelmeni, ale raczej para młodzieniaszków – chuliganów, żądnych dobrej zabawy. Choć i u Conan Doyle’a byli przyjaciółmi, to wtedy przyjaźń oznaczała coś zupełnie innego, poza tym w pewnym sensie Watson był postacią stojącą hierarchicznie niżej niż tytułowy Holmes. U Ritchiego wszystko zaciera się, detektywi kłócą się, przekomarzają, docinają sobie i raz po raz ratują swoje tyłki z opresji. Zaprawdę trudno nie zauważyć podobieństwa do serialowych doktorów House’a i Wilsona, kiedy Watson z litością obserwuje nurzającego się w beznadziei i zblazowaniu Holmesa, a tamten raz po raz mu się odgryza. Ale to wszystko dobrze – taki jest klimat filmu, elokwentne przydługie dialogi zabiłyby wszystko, a przy tak szybkiej akcji pewnie pierwsi pod nóż poszliby główni bohaterowie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Można zastanawiać się czy nie warto było przy takim budżecie i z takimi możliwościami zrobić tego trochę inaczej – mroczniej, bardziej tajemniczo, na serio. Postaram się odpowiedzieć na to pytanie tak szybko, jak szybko Holmes zadaje, uprzednio dobrze przemyślane, nokautujące ciosy podczas walk wręcz: nie, nie i jeszcze raz nie! Może dobijam teraz czyjąś żądzę koniecznego artyzmu, ale Homes 2.0 jest cool. Komiksowi bohaterowie, trochę gadżetów, walki wręcz, niezbędny slapstick – Holmes i Watson, mimo braku trykotów i peleryn to też trochę superbohaterowie chroniący miasto bezprawia. Ten pierwszy prawie kompulsywnie szukając jakiejś sprawy do rozwiązania jest jak Batman, zapalający swój reflektor nad Gotham, drugi, będący zawsze obok i skłonny do pomocy, to wdzięczny Robin. Galeria przerysowanych czarnych postaci, piękna femme fatale, kadry, w których nie ma miejsca na nieuzasadniony brak akcji - to duży plus jeśli rozpatrujemy film pod kątem kina bez wytchnienia, takiego, które puszczone w telewizji nastręcza dużych problemów ludziom, zajmującym się zabijaniem napięcia, poprzez wsadzanie reklam gdzieś pomiędzy. Owszem, prostota rozwiązań czasem razi, a komizm sytuacji momentami nie jest aż tak komiczny jak byśmy chcieli, banał skądś tam wyłazi, szybki, drogi samochód z plastikową tapicerką – ot co. Nie chce już mówiąc o, choć widowiskowym, to uciętym szybko zakończeniu i napomknięciu o szykującej się następnej części, podanym na tacy tak, jakby na ten most wdrapał się sam Ritchie i pokazał na laptopie filmik „w następnym odcinku”. Ale to wszystko sprawy marginalne – w końcu miała być rozrywka i jest rozrywka. Magia hollywoodzkiego kina. A jak komuś się nie podoba, to niech opuści projekcję. Rozszerzone źrenice, dip serowy do nachos spływający po brodzie, siorbanie coli. Pierwotna przyjemność. I jakoś nie widzę, żeby ktoś wstawał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-430081705079600639?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/430081705079600639/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/02/sherlock-holmes-push-tempo.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/430081705079600639'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/430081705079600639'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/02/sherlock-holmes-push-tempo.html' title='„Sherlock Holmes”:  Push the tempo'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-4848457321687048786</id><published>2010-01-27T16:48:00.020+01:00</published><updated>2010-01-27T17:42:54.129+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Vampire Weekend "Contra": Drugi haust ciepłej juchy.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/8/8e/Cover_contra.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 235px; height: 239px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/8/8e/Cover_contra.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Skończyła się kolejna 365tka w muzyce, powoli dobiega też końca dekada i jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się różnorodne podsumowania. Właściwie nie tyle zaczęły, co nie chcą skończyć, atakując zewsząd. Trochę mam ich już dość, choć można się w nie wgłębić i przeanalizować kilka spraw – zauważyć trendy, tendencje i kierunki. Jako, że ja zupełnie nie o tym, to podzielę się tylko jednym spostrzeżeniem: większość podsumowujących całą dekadę mówi coś w stylu „revival był zły, tak, dałem się na to złapać, ale byłem młody i głupi, przepraszam i obiecuję, że już na zawsze będę zajmował się tylko ambitną muzyką o &lt;a href="http://chacinski.wordpress.com/2010/01/06/najlepsze-gatunki-dekady/"&gt;skomplikowanych gatunkach&lt;/a&gt;”. Niezbyt rozumiem to wszystko, bo choć oczywiście takie młodzieńcze gitarowe granie, nawiązujące najpierw do lat 70tych, a potem 80tych, które wjechało w dekadę na dużej kurwie zjadło w końcu swój ogon i to bardzo szybko, to pozostawiło po sobie nie tylko sporo naprawdę dobrych, zwykle debiutanckich płyt (zespołów już nie, bo ¾ z nich, niczym &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=G_2_XElV1-Y"&gt;zdezorientowane pingwiny&lt;/a&gt; w filmie Wernera Herzoga ruszyło na pewną śmierć), ale też zestaw uniwersalnych prawd. Nie są one ani skomplikowane, ani specjalnie wzniosłe. Po prostu: dziewczyny kochają chłopców z gitarami, chłopcy bez gitar im zazdroszczą, a już ponad wszystko każdy, absolutnie każdy lubi sobie potupać nóżką, szczególnie w szarym zatłoczonym autobusie. Proste.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Podczas którejś tam dyskusji à propos debiutu Vampire Weekend, który na mnie zadziałał bardzo pozytywnie, a mój zacny, znany również wam kolega Phil kręcił dość znacząco nosem, musiałem przyznać mu jedno. To zespół z gatunku one-album-wonder. Nie ma co czekać na jego drugą płytę, bo co mogą na niej pokazać? Jeszcze więcej Afryki? No proszę. Bycie fanem to brutalna sprawa. Trzeba wiedzieć kiedy uśpić konające zwierzę. Póki nie jest za późno.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W środku listopada niespodziewanie zaatakowali mnie jednak „Kuzyni”. Mocny, pierwszy singiel kazał mi przypomnieć sobie Wampirach. Początkowo ostrożnie – tak: świetne gitary, tak: fenomenalny werbel, tak: wokalne wejście w temat jak z małpiarni, tak: basik chodzi jak marzenie. Ale spokojnie, mimo, że nie zapomnę o chłopakach, kiedy będę za rok rozliczał się z singli, i tego, że &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=1e0u11rgd9Q"&gt;teledysk&lt;/a&gt; urzeka swoją rozrywkową prostotą, to that’s all folks!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wyszła „Contra”, puściłem od początku, jak Pan Bóg przykazał, a nie tam, że piąty gra pierwszy, a siódmy trzeci. Leci ta „Horchata” i…słabo! No niestety, popłuczyny po self-titled debiucie, tak jak przewidywałem. Nic wielkiego. Zrzuciłem na ipoda, wyszedłem z domu, odpaliłem dwójkę. I wtedy stało się coś zupełnie normalnego o tej porze roku. Zaczął padać śnieg. A ja doznałem. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To niesamowite, jaką „Contra” jest idealnie zimową płytą, nie tylko tekstowo, że coś tam „in december” czy „racing taxis In the Winter”. Bo łatwo chyba nagrać wesoły i żywiołowy materiał na lato, przy którym chce się tańczyć. To często mający miejsce wykalkulowany proceder. Ale zrobić w zimie coś bez natarczywych świąt i dzwonków sań, co spowoduje klimatyczne ocieplenie? „White Sky” ma coś takiego. Wirujący arpeggiowany syntezator i rosnące napięcie, prowadzące do świetnego refrenu - słychać, że Ezra Koenig już nie śpiewa na czuja, że ten szalony koncertowy rok to był najlepszy trening z możliwych. „Holiday” wpada w ucho szybko i wcale z niego nie wypada. Czuć zmianę w stosunku do debiutu, pozytywną – więcej chwytowych mocniejszych gitar bez rezygnacji ze spokojnych momentów. Posłuchajcie tej młodzieńczej energii, kiedy Ezra po wokalnym wyciszającym bridge’u wchodzi z „I’ve got wheels, I’ve got cutter spray”. Działa bez zarzutu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„California English” to afro-przypomnienie. Śmiać mi się chce jak słyszę wokal na autotunie, który, mimo że podkręcony został do przesady, nie brzmi plastikowo, ale po prostu pasuje. Nie ma co przypisywać tego pomysłu super producentowi XY (i tu zazwyczaj padają dotychczasowe indie sukcesy), bo tak jak poprzednią płytę wyprodukowali sami. Poza tym, oprócz wysmakowanych smyczków, ten numer to sztandarowy przykład songwritingu Koeniga – dziwne słowa, które pozornie są nadętym pseudo-inteligenckim bełkotem ułożone są tak, że razem brzmią idealnie. Świetnie pasuje tu wypowiedź W. Waglewskiego: „Od pewnego czasu moim marzeniem jest zrobienie ze słowa czegoś na kształt dźwięku, żeby nie niosło za sobą jednej, zdecydowanej odpowiedzi, żeby dawało przestrzeń do zagospodarowania”. Wydaje się, że Ezra Koenig też kombinuje w tym samym kierunku. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Taxi Cab” to na pewno jedna z ciekawszych rzeczy na „Contrze”. Te niechcące się skończyć gamowe, czy nawet barokowe klawiszowe pochody, kojarzą mi się trochę z muzyką tworzoną przez Marka Mothersbaugha do filmów Wesa Andersona. Ospale, spokojnie, dostojnie – jedziemy z Ezrą taksówką, a on powoli opowiada całą historię - „like a real aristocrat”. Kolejne „Run” jest już trochę gorsze, mimo to uwodzi melodią (szczególnie śpiewnym refrenem) i dawką przyjemnej minimalistycznej elektroniki. O „Cousins” już było, natomiast mogę przyczepić się trochę do „Giving Up The Gun”, którego zwrotka niestety trąci lekkim banałem, a refren nie do końca ratuje sytuację. Mam nadzieję, że nie przyjdzie im do głowy, żeby wybrać ten utwór na kolejny „zdobędziemy całe Stany” singiel. Bo to może naprawdę zadziałać i tyle ich widzieliśmy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zaczynający się szczekaniem M.I.A. „Diplomat’s Son” to znów użycie starych pseudo afrykańskich chwytów i przy okazji naprawdę dobry numer. Nachodzi mnie refleksja, że to, o co bałem się po debiucie najbardziej, czyli wyczerpanie formuły afro popu to kompletna bzdura, bo to zostało już zrobione n lat temu. Muzyka tego typu, trochę tak jak np. reggae jest bardzo specyficzna, ciężko tu o różnorodność. Plus dla Wampirów, bo oni nie silą się na to z premedytacją, to tylko zabawa. Wiedzą, że ponad wszystko liczy się dobrze napisana piosenka, melodia, która działa, reszta to tylko i wyłącznie żonglerka środkami. A oni umiejętne w nich przebierają.  &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Trudno o lepsze wyciszenie niż koniec tej płyty, refleksyjne „I Think Ur A Contra”, czyli kilka słów od porzuconego. Zrozumienie miesza się z żalem, są pretensje, ale wiadomo, że już za późno. Pamiętaj, posłuchaj, bądź szczęśliwa.  A my znów czujemy klimat, znów robi się cieplej, znów otula nas kołdra Batmanglijowych smyków i ogarnia mądrość Koenigowych słów. Znów śnieg pada za oknem. Tak – myliłem się, tak – „Contra” to bardzo dobra płyta i tak – znów nie mogę wyobrazić sobie następnej. Ale może to i dobrze. Na razie wiem tylko jedno - trzeba jakoś przetrwać tę zimę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.myspace.com/vampireweekend"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;http://www.myspace.com/vampireweekend&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-4848457321687048786?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/4848457321687048786/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/01/vampire-weekend-contra-drugi-haust.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4848457321687048786'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/4848457321687048786'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/01/vampire-weekend-contra-drugi-haust.html' title='Vampire Weekend &quot;Contra&quot;: Drugi haust ciepłej juchy.'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-6528442532222550843</id><published>2010-01-23T19:38:00.003+01:00</published><updated>2010-01-23T21:14:41.725+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Muzyka'/><title type='text'>Simian Mobile Disco "Temporary Pleasure": Czasoumilacz</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://hitmusicacademy.files.wordpress.com/2009/08/simian-mobile-disco-temporary-pleasure.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 225px; height: 225px;" src="http://hitmusicacademy.files.wordpress.com/2009/08/simian-mobile-disco-temporary-pleasure.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zawsze idziemy z duchem czasu. A że czasy są, jakie są, postanowiłem wyciągnąć mą chudą i wyrozumiałą rękę w kierunku nowej (sprzed 6 miesięcy) produkcji naszych wyspiarskich przyjaciół z Simian Mobile Disco, a konkretnie po płytę „Temporary Pleasure”. Jako, że jest to rzecz dość specyficzna, byłoby dość smutno ją pominąć. Zatem ku radości i ku rzeczy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Wreszcie jakiś powiew świeżości” – krzyknąłem swym umysłem, po tym jak dwaj panowie z Mobile Disco przestali wydawać kolejne płyty z live actami, tudzież remixami kawałków z jakże „posłysznej” debiutanckiej „Attack Decay Sustain Release”. Mój optymizm zmąciły nieco komentarze z tych i tamtych portali, gdzie królowały teksty typu „to nie jest ten sam Simian”, „co się z nimi stało” i ogólnie, że „this sucks, lol”. Lubię jednak wychodzić losowi naprzeciw, tym bardziej mając w opozycji tak zacne i silne argumenty, więc, z nieco mniejszym optymizmem, ale za to większym zapałem („Oni muszą się mylić!”), przystąpiłem do odsłuchu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mój pierwszy kontakt z albumem to singiel „&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=Ylu0ybj7DIg"&gt;Audacity of Huge&lt;/a&gt;”, który w połączeniu z teledyskiem daje idealną mieszankę. Krótki, acz intensywny kawałek od razu wciągnął mnie tak, że nawet na sylwestrze zasłużył na swoje 5 minut. Swoją drogą estetyka i kolorystyka klipu zasługuje na jakąś nagrodę, nie wiem jaką, ale jakąś bym jej przyznał. Plastyczność i sugestywność obrazu idealnie zbiega się z muzyką, i co chyba ważniejsze, z przekazem – a więc pogardy dla przepychu i przelukrowanych pączków. Ok, popieramy. I idziemy dalej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Od razu trzeba zaznaczyć, że na płycie jest dość tłoczno. Magiczny i zwiększający hype na utwór skrót „feat.” w tytule kawałków pojawia się z wysoką częstotliwością. Jednak większego splendoru dodaje mu fakt, iż stoją za nim nie byle jakie nazwiska: Gruff Rhys (SFA), Beth Ditto (Gossip) czy Alexis Taylor z Hot Chip. Widocznie panowie James i Jas musieli wydrukować trochę laurek z zaproszeniami i wypić niejedną banię, żeby nakłonić do współpracy takie persony. Ale za to należy się plusik. I tutaj nadchodzi moment, w którym podnosi się kurtyna i dochodzimy do tego, jaka ta płyta jest naprawdę – przede wszystkim mega eklektyczna. I wychodzi jej to jak najbardziej na dobre. Jest kawałek „Cream Dream”, który możesz sobie puścić zaraz po tym jak zdołałeś wyłączyć wkurwiający budzik; jest też „10000 Horses Can’t Be Wrong”, którą możesz sobie zaaplikować jako dodatek do LSD na dyskotece, no i jest frywolne choć lirycznie „Cruel Intentions”, które nawet jako białe tango na weselu dałoby radę. Oczywiście ta różnorodność wynika ze złożoności i mnogości gości, którzy brali udział w projekcie. Co warte podkreślenia, w każdym z kawałków da się wyczuć wkład konkretnej osoby, ich wpływ jest aż nadto wyraźny i rzekłbym „uszalnie” namacalny – jak słyszę Cream Dream i głos Gruffa to od razu czuję jego walijską rękę, a kawałek Bad Blood jest tak Hot Chipowy, że spokojnie wkleiłbym go na płytę „Made in the Dark”, bez zbytniego uszczerbku dla wyżej wymienionych. Taki GusGus powinien porównać tę płytę do swojego niedawnego „24/7”. Już wyobrażam sobie jak trójka panów z GusGus siedzi przy wódce i dochodzi do nieuchronnej konstatacji: „kurwa, ale wydaliśmy monotonne gówno”. Dokładnie, takie gówno, na które nawet szkoda recenzji. Jak widać, nie wystarczy ładnie się obciąć żeby wydać album. No ale GusGus to temat na inną pogadankę. W każdym razie produkcji od Simiana mogliby się spokojnie nauczyć.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W tym miejscu teoretycznie powinno pojawić się zdanie typu „oczywiście nie ma róży bez kolców” i coś w tym stylu chciałem również zaaplikować przeglądając tracklistę i szukając słabych punktów albumu. Jasne, na siłę można napisać, że kawałek „Turn Up the Dial” nieco odbiega od reszty, ale pisząc to zdanie znów zaczynam mieć second thoughts co do tego czy tak jest, i że niby dlaczego. Dochodzę do wniosku, że, niestety z obiektywnego punktu widzenia nabrałem nieco sentymentu do tej płyty. Co chyba mimo wszystko dobrze o niej świadczy. Oczywiście nie jest to płyta wybitna, typowa 7/10. Jednak jej tytuł mówi wszystko – wciągnie was na chwilę, ale za to pochłonie w 100%. Potem się znudzi, gdzieś uleci, jak to z chwilowymi przyjemnościami bywa. A kiedyś znów wróci i ze swej roli wywiąże się bez zarzutu. Zresztą sprawdźcie sami.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-6528442532222550843?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/6528442532222550843/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/01/simian-mobile-disco-temporary-pleasure.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6528442532222550843'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6528442532222550843'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/01/simian-mobile-disco-temporary-pleasure.html' title='Simian Mobile Disco &quot;Temporary Pleasure&quot;: Czasoumilacz'/><author><name>Mickey Pikeyline</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11288382318244215846</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-6070136698502775863</id><published>2010-01-21T09:22:00.003+01:00</published><updated>2010-01-21T09:25:08.269+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Film'/><title type='text'>“Paranormal Activity” – Blair Witch Franchising</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Postawmy sprawę jasno – nikogo już nie kręci idea horroru stylizowanego&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_kW1kuWdA_Io/S1gPI1wVThI/AAAAAAAAABo/-B5tRvCQZpo/s1600-h/ParanormalActivity.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 0pt 10px 10px; float: right; cursor: pointer; width: 216px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_kW1kuWdA_Io/S1gPI1wVThI/AAAAAAAAABo/-B5tRvCQZpo/s320/ParanormalActivity.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5429105995338305042" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;na para-dokument lub film amatorski. Było minęło. „Blair Witch Project” pod koniec lat dziewięćdziesiątych przetarł drogę dla takich produkcji, ale problem z „Blair Witch” polega na tym, że, niczym Ulysses Joyce’a,  stał się on od razu najlepszym i niemal jedynym przedstawicielem swojego gatunku (mówimy tu oczywiście o tym gatunku, który dociera do masowego odbiorcy). Ok, zlinczujcie mnie, był jeszcze „REC”, ale według mnie daleko mu do doskonałości oraz „Cloverfield”, który kasuje dwa poprzednie obrazy budżetem, a my, jeżeli jeszcze tego nie zauważyliście, mówimy to pewnej odnodze „hand-held camera horror”, mianowicie o odnodze wyjątkowo niskobudżetowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak więc „Paranormal activity”. Hm. Cóż można o PA nim powiedzieć… Ano wabi nas bardzo sprytnie. Na  wstępie poznajemy dwójkę młodych ludzi, Katie i Micah, a także dowiadujemy się o ich problemach w nowym domu. Niby banał, ale naprawdę przyjemnie się nam nich patrzy, i choć widać braki w umiejętności posługiwania się kamerą (daj Bóg, zamierzone) pokrywane dość dziwnymi ujęciami, to, hej, mamy tu do czynienia z amatorami, prawda? Zawieśmy na chwilę niewiarę, bo z początku wszystko układa się bardzo ładnie. Dziwne stuki i odgłosy, które pojawiają się w nocy, a których zastosowanie w dobie wszechobecnego gore powinny trącić myszką, naprawdę straszą, i nie można PA odmówić zgrabnego budowania napięcia. Reżyser postawił na straszenie nas tym, czego nie widać, i wychodzi mu to wzorowo;, człowiek w kinowym fotelu ogryza paznokcie i piszczy: „Zamknijcie te cholerne drzwi, zaraz coś przez nie wlezie! Nie wytrzymam! Nie wytrzymam!”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mamy też oczywiście minusy scenariusza. Zamknięcie całej akcji w czterech ścianach zamiast wywoływać duszą atmosferę wzbudza irytację. Profile psychologiczne obu postaci momentami sypią się niemiłosiernie – vide, Katie, która wie, że coś ją ściga ale bredzi niezmiennie, że będzie lepiej; jakieś płonące tabliczki do rozmowy z duchami; twardziel Micah drażni wciąż i wciąż powtarzając, że sam poradzi sobie z demonem i pokrzykuje na niego jak (WTF?) kumpel z boiska. Czasami nie trzyma się to wszystko kupy, ale z drugiej strony doskonałe sceny, jak chociażby ta, gdy w nocy słychać dudniące kroki na pustych schodach (wierzcie mi, naprawdę przerażająca), wynagradzają wiele potknięć reżysera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety w pewnym momencie w PA coś pęka. Napięcie siada po około godzinie za sprawą jednego bzdurnego rekwizytu. Ekipa filmowa dokonuje czegoś absurdalnego: drążąc glebę undergroundu coraz  głębiej i głębiej w poszukiwaniu złotego samorodka sukcesu, nagle , orientuje się, że zawędrowała za daleko i czym prędzej postanawia się wydostać na powierzchnię - w związku z czym końcówka filmu przypomina uderzenie w pysk àa la popłuczyny po  „Świcie Żywych Trupów”. Aż łza się w oku kręci na samą myśl jak bardzo można było spieprzyć tak wiele obiecujące dzieło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ramach nawiedzeń odsyłam do „Entity” z 1981 roku. Ten film wytrzymał niemal trzydzieści lat i nadal przeraża. Porównując z nim PA obawiam się, że o tym drugim niedługo zapomnimy. Choć obejrzeć warto. Na tle takiego powiedzmy „Unborn”, PA pozostaje klasą samą w sobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z drugiej strony rozważania nad kondycją współczesnego horroru to już temat na inną pogadankę…&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-6070136698502775863?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/6070136698502775863/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/01/paranormal-activity-blair-witch.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6070136698502775863'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/6070136698502775863'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/01/paranormal-activity-blair-witch.html' title='“Paranormal Activity” – Blair Witch Franchising'/><author><name>Paulie Pennywise</name><uri>http://www.blogger.com/profile/03605784608939272950</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_kW1kuWdA_Io/SxA2WgGoWdI/AAAAAAAAABI/DLmKYySKIQc/S220/HorrorFilmFreak.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_kW1kuWdA_Io/S1gPI1wVThI/AAAAAAAAABo/-B5tRvCQZpo/s72-c/ParanormalActivity.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-8771068784831949594</id><published>2010-01-17T20:24:00.012+01:00</published><updated>2010-01-17T23:03:25.346+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Film'/><title type='text'>"Avatar", czyli złote góry z tektury.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/b0/Avatar-Teaser-Poster.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 204px; height: 304px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/b0/Avatar-Teaser-Poster.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Na początek anegdota: &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Cztery czy pięć lat temu byłem świadkiem pewnej rozmowy* na pewnym planie filmowym. Rozmawiali James Cameron i Eric Murphy, bardziej znany jako agent hollywoodzkiego gwiazdora Vincenta Chase’a.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Murphy: Jim, te efekty na bluescreenie są niesamowite! Kiedyś wcale nie będziecie potrzebowali aktorów!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Cameron: To prawda, za pięć lat.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Murphy: ?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Cameron: Żartuję! &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ta rozmowa naprawdę miała miejsce i w pewien sposób przepowiedzenie przez reżysera przyszłości może wywołać gęsią skórkę. Ale nie powinno - James Cameron avatarową historię wymyślił w środku lat 90tych i przez ponad dekadę konsekwentnie dążył do jej zrealizowania, będąc świadom własnych ograniczeń finansowych, a przede wszystkim technologicznych. Choć po sukcesie „Titanica” świat kupiłby od niego wszystko, on wiedział, że to nie czas. Ktoś może się żachnąć: „jak to? przecież w „Avatarze” występują ludzie, Cameron nie miał racji!”. Nie bądźmy jednak dziećmi – to wykalkulowany chwyt. Równie dobrze mogłoby ich nie być, albo wygenerowano by ich komputerowo, a wy nie zauważylibyście różnicy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Avatar” to film, który ciężko do czegokolwiek porównać, trzeba to Żelaznemu Jimowi oddać (taką ma w Fabryce Snów ksywę, i nie chodzi o dobre zdrowie). To nowatorskie kino, które coś rozpoczyna. Nie wiem czy kolejną epokę, bo klasyczne oglądanie filmów na dużym ekranie raczej nie zaniknie. Tylko jeśli takowe można porównać do oglądania na niebie ładnych fajerwerków, to już seans z Cameronem jest jazdą na największym rollercoasterze. Sprawdzanie „o co cały szum z tymi niebieskimi kotkami” na komputerze czy w zwykłym kinie właściwie mija się z celem. Ma być HD i 3D, cyfra i okulary. A wtedy dopiero poczujecie jak to jest robić unik przed granatem dymnym. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;A teraz czas zdjąć okulary i przekrzywić trochę głowę w bok. Oprócz niesamowitych, zapierających dech w piersiach fenomenalnych i nowatorskich efektów i fantastycznego nowego świata, który został stworzony od podstaw, film nie niesie za sobą kompletnie nic. To pusta bajeczka, oparta na ogranych motywach. Nie wiem czy słyszeliście porównania do „Pocahontas”, ale coś w tym jest. Ale jak na fabułę można jeszcze przymknąć oko (choć sprawdźcie &lt;a href="http://drubk.com/pics/1263540085-402.jpg"&gt;to&lt;/a&gt;), to już dialogi są naprawdę słabe. Czy ja wymagam zbyt wiele? Film za 300 milionów dolców mógłby mieć dobry scenariusz. Wytwórnia powinna powiedzieć Cameronowi jasno: „ok Jim, ten script jest naprawdę wporzo, tylko ty będziesz widniał w creditsach, ale zapłacimy 100 tysięcy Paulowi Hagginsowi, żeby dodał tu trochę prawdziwego życia, 100 Charliemu Kaufmanowi - każdy film potrzebuje szczypty inteligentnego absurdu, a ekipa z Saturday Night Live da nam kilka dobrych żartów”. Tych ostatnich w filmie praktycznie nie ma, sytuacyjny dowcip jest na poziomie telenoweli. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kolejną rzeczą, za której Cameronowi należy się solidny opieprz są bohaterowie. Nudni, przewidywalni, papierowi, komiksowi, nierzeczywiści. Kalki kalek. Zły pułkownik Quaritch jest jak jeden z przeciwników Batmana, a grany przez Joela Moore’a Norm Spellman to już zupełna porażka. Jego teksty wypowiadane pełnym udawanego zdziwienia przemądrzałym głosem ważniaka ("Czym jest Eywa?! Jedynym bóstwem Na’vi. Ich boginią, stwórczynią wszystkich żyjących rzeczy. Wszystkiego co znają! Wiedziałbyś, gdybyś przeszedł odpowiednie szkolenie!”), są jak z „Pana Samochodzika” albo „Scooby Doo”. A poza tym standard: twardziel o miękkim sercu (nowa ikona kina akcji Sam Worthington znowu w tej samej roli), nieczuły biurokrata cipa (nie wiem dlaczego Ribisi ostatnio łapie takie ogony), seksowna pilot śmigłowca (tu akurat Michelle Rodriguez wycisnęła z tej roli wszystko – respekt) i pyskata pani naukowiec (Sigourney Weaver wiedziała co robi – w krótkich szortach i przebraniu Avatara wygląda tak dobrze jak 20 parę lat temu, kiedy to razem z Cameronem kręciła drugą część „Obcego”). Po stronie „niebieskich” podobnie: księżniczka, jej rodzice u władzy, najlepszy łowca – absztyfikant i banda prostych dzikusów, żyjących w zgodzie z matką naturą. Główna amantka filmu, córka wodza, Neytiri („grana” przez Zoe Saldane), czyli owa „niebieska Pocahontas” kojarzyła mi się przez cały czas z postacią z jakiejś latynoskiej telenoweli, która lamenty do Matki Bożej z Guadalupe  przerywa co jakiś siarczystymi obelgami wypowiadanymi po hiszpańsku (tu w języku Na’vi). W okularach czy bez – szału nie ma.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Avatar” jest na ustach wszystkich i wszyscy chcą go zobaczyć. To zrozumiałe. Robi wrażenie. W Stanach powstała już nawet nowa jednostka chorobowa, post-Avatar depression, czy coś takiego, a Internet pełny jest wyznań: „Zbudziłem się rano i nie chciało mi się nic, nie chciałem wychodzić do szarego świata, pracować, żyć. Chciałem znów być na Pandorze – była taka piękna i kolorowa”. W pewnym więc sensie film spełnił swoją rolę, pokazał coś nowego. Trudno mi zniechęcać kogokolwiek do obejrzenia, wprost przeciwnie, idźcie, bo to jakaś tam atrakcja. Ale nie można tego filmu chwalić pod niebiosa, przybijając sobie piątki i dając mu dziesiątki, bo kompletnie nie zasłużył. Tym bardziej dlatego, że Cameron pod przykrywką widowiska zmieniającego oblicze kina mógł zamiast banału przemycić dosłownie wszystko, także coś inteligentnego. Niestety, po seansie nie zostaje nic. Słyszę tylko w głowie odgłos kasy liczącej pieniądze. Chi-ching. Chi-ching. A Żelazny Jim gdzieś tam po drugiej stronie oceanu z ironicznym uśmiechem zaciera ręce.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;*Owa rozmowa, to fragment odcinka serialu „Entourage” z gościnnym występem Jamesa Camerona (zagrał samego siebie), który wyemitowany został 7 sierpnia 2005 roku na antenie HBO. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;      &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1384293489206228725-8771068784831949594?l=coldaim.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://coldaim.blogspot.com/feeds/8771068784831949594/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/01/avatar-czyli-zote-gory-z-tektury.html#comment-form' title='Komentarze (11)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8771068784831949594'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1384293489206228725/posts/default/8771068784831949594'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://coldaim.blogspot.com/2010/01/avatar-czyli-zote-gory-z-tektury.html' title='&quot;Avatar&quot;, czyli złote góry z tektury.'/><author><name>Zee Oswald</name><uri>http://www.blogger.com/profile/11565252853717388289</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='22' src='http://1.bp.blogspot.com/_B8nu-9c82is/Srko8SWkEOI/AAAAAAAAAR0/TGNtfO9nOn0/S220/trumpet+bw.JPG'/></author><thr:total>11</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1384293489206228725.post-1881781229513006077</id><published>2009-12-30T21:53:00.034+01:00</published><updated>2009-12-31T09:17:51.945+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Podsumowania'/><title type='text'>Rok w albumach: 2009</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_fRnbKcY81vw/SzvSQhWOOyI/AAAAAAAAAbU/RN0GHMvkbck/s1600-h/12.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 462px; height: 306px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_fRnbKcY81vw/SzvSQhWOOyI/AAAAAAAAAbU/RN0GHMvkbck/s320/12.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5421157757741841186" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;meta equiv="Content-Type" content="text/html; charset=utf-8"&gt;&lt;meta name="ProgId" content="Word.Document"&gt;&lt;meta name="Generator" content="Microsoft Word 12"&gt;&lt;meta name="Originator" content="Microsoft Word 12"&gt;&lt;link rel="File-List" href="file:///C:%5CUsers%5CSo%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_filelist.xml"&gt;&lt;link rel="themeData" href="file:///C:%5CUsers%5CSo%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_themedata.thmx"&gt;&lt;link rel="colorSchemeMapping" href="file:///C:%5CUsers%5CSo%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtmlclip1%5C01%5Cclip_colorschememapping.xml"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:trackmoves/&gt;   &lt;w:trackformatting/&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:punctuationkerning/&gt;   &lt;w:validateagainstschemas/&gt;   &lt;w:saveifxmlinvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:ignoremixedcontent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:alwaysshowplaceholdertext&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:donotpromoteqf/&gt;   &lt;w:lidthemeother&gt;PL&lt;/w:LidThemeOther&gt;   &lt;w:lidthemeasian&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeAsian&gt;   &lt;w:lidthemecomplexscript&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeComplexScript&gt;   &lt;w:compatibility&gt;    &lt;w:breakwrappedtables/&gt;    &lt;w:snaptogridincell/&gt;    &lt;w:wraptextwithpunct/&gt;    &lt;w:useasianbreakrules/&gt;    &lt;w:dontgrowautofit/&gt;    &lt;w:splitpgbreakandparamark/&gt;    &lt;w:dontvertaligncellwithsp/&gt;    &lt;w:dontbreakconstrainedforcedtables/&gt;    &lt;w:dontvertalignintxbx/&gt;    &lt;w:word11kerningpairs/&gt;    &lt;w:cachedcolbalance/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;m:mathpr&gt;    &lt;m:mathfont val="Cambria Math"&gt;    &lt;m:brkbin val="before"&gt;    &lt;m:brkbinsub val="--"&gt;    &lt;m:smallfrac val="off"&gt;    &lt;m:dispdef/&gt;    &lt;m:lmargin val="0"&gt;    &lt;m:rmargin val="0"&gt;    &lt;m:defjc val="centerGroup"&gt;    &lt;m:wrapindent val="1440"&gt;    &lt;m:intlim val="subSup"&gt;    &lt;m:narylim val="undOvr"&gt;   &lt;/m:mathPr&gt;&lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:latentstyles deflockedstate="false" defunhidewhenused="true" defsemihidden="true" defqformat="false" defpriority="99" latentstylecount="267"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="0" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Normal"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="heading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="35" qformat="true" name="caption"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="10" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Title"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" name="Default Paragraph Font"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="11" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtitle"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="22" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Strong"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="20" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="59" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Table Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Placeholder Text"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="No Spacing"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Revision"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="34" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="List Paragraph"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="29" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="30" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked=
